http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

W Wielkiej Brytanii nawet powietrze tuczy

Magdalena Gignal
01.10.2009 , aktualizacja: 05.10.2009 17:21
A A A Drukuj
Fot. East News
Magda, Katarzyna, Alicja wyemigrowały do Wielkiej Brytanii pięć lat i 57 kilogramów temu. Dziś trochę żałują, że na miejsce do życia wybrały najgrubszą wyspę świata
ZOBACZ TAKŻE
Chcesz wiedzieć więcej o nadwadze, odchudzaniu? Zobacz serwis odważsię.pl

Tajemnicza 'choroba', która dotyka 90 proc. kobiet przyjeżdżających z innych krajów do Wielkiej Brytanii z zamiarem osiedlenia się tu na dłużej, doczekała się już swojej nazwy. Heathrow Fat Injection Syndrom nie występuje jeszcze co prawda w słowniku medycznym, ale pojęciem tym powszechnie operuje się na Wyspach. Jak głosi fama, każda kobieta, która ląduje na londyńskim lotnisku, dostaje od obsługi zastrzyk powodujący obrastanie tłuszczem. Jeśli po kilku latach zdecyduje się na podróż w drugą stronę, statystycznie opuści kraj o co najmniej 5 kg cięższa. Magda ma 160 cm wzrostu. Waży... Nie chce powiedzieć ile. Łatwiej przychodzi jej przyznanie, że od przyjazdu na Wyspy przytyła 21 kg. Wcześniej wskazówka wagi pokazywała 52, a Magda bez trudu wchodziła w dżinsy z liceum. Teraz - lepiej nie mówić.

Zarzeka się przy tym, że jej zwyczaje żywieniowe się nie zmieniły, a jeśli już, to na lepsze. - W Polsce zajadałam się razowcem z masłem, pizzą, makaronem z serowym sosem - mówi. - Nie żałowałam sobie słodyczy. Kolacja o północy była na porządku dziennym. Tutaj jem najpóźniej o 19, wyrzuciłam z diety pieczywo, bo angielski chleb mi nie smakuje, kupuję dużo warzyw. Fakt - od czasu do czasu skuszę się na 'take away', ale wybieram w miarę zdrowe curry, a nie tradycyjną rybę z frytkami. Skąd więc ta waga!? Teoria Magdy, którą traktuje raczej z przymrużeniem oka, jest taka, że organizm kobiety dostosowuje się do otoczenia. Tak jak wtedy, kiedy mieszkała w akademiku. Wszystkie trzy kumpelki z jednego pokoju miesiączkowały w tym samym czasie. Zgodnie z tą teorią na Wyspach szczupłe dziewczyny upodabniają się do otaczających je z każdej strony puszystych. - Kiedy wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one - śmieje się Magda, choć wcale nie jest jej do śmiechu.

Otyli nie imprezują

Troje na czworo dorosłych mieszkańców Wielkiej Brytanii ma nadwagę lub cierpi na otyłość - wynika z raportu opublikowanego pod koniec ubiegłego roku. Przeciętna Brytyjka w wieku 50 lat zdążyła już zjeść ilość tłuszczu ukrytego w jej ulubionych czekoladkach, frytkach i ciastach, która powinna wystarczyć jej na 92 lata, a więc właściwie na całe życie. 40-latki wcale nie prezentują się lepiej w statystykach - średnio przejadły już 66-letni zapas tłuszczu. 30-latki mają na koncie 36 tłuszczowych lat, a 60-latki - 112. Andy Murdock reprezentujący sieć aptek Lloyds, która zleciła badanie, twierdzi, że kiedyś zwykło się mówić, że życie zaczyna się po czterdziestce. Dziś po 40. urodzinach zaczynają się problemy ze zdrowiem. Z podobnych badań przeprowadzonych we wrześniu ubiegłego roku przez Unilever wynika, że Brytyjki zjadają dwa razy więcej tłuszczów nasyconych niż zalecana dzienna dawka.

Najgorzej jest w Szkocji. Przeciętny jadłospis jej mieszkanki składa się: z typowego angielskiego śniadania (jaja, bekon, fasola w sosie pomidorowym, kiełbaski i pół pomidora) okraszonego dodatkowo tostem z masłem, z zupy z maślaną bułą na lunch, 'paja' - czyli placka faszerowanego wołowiną - w akompaniamencie frytek na obiad i koniecznie ze słodkiego ciasta na podwieczorek. W międzyczasie przeciętna Szkotka pogryza kanapki, batony i ciastka. Przy takich upodobaniach nie ma się co dziwić, że za narodowe danie Szkotów uchodzi baton Mars smażony w głębokim oleju.

W Londynie sytuacja przedstawia się trochę lepiej. Jego statystyczna mieszkanka codziennie zjada płatki z mlekiem lub tost na śniadanie, kanapkę i ciastko na lunch oraz lasagne na obiad, przekraczając zalecaną dzienną dawkę tłuszczu 'zaledwie' o 20 proc.

Chcesz schudnąć z pomocą specjalisty? Sprawdź nasze diety!



Dr David Haslam z National Obesity Forum uważa, że Brytyjczycy stali się nacją, dla której nadwaga jest normą, a sytuacja pogarsza się z roku na rok. Tutejsza służba zdrowia wydaje na leczenie chorób związanych z otyłością średnio 5 mld funtów rocznie. Nie wszystkich udaje się wyleczyć. Z powodów bezpośrednio związanych z otyłością w samej Anglii i Walii zmarło w 2007 roku ponad 1200 osób. To o 35 proc. więcej niż cztery lata wcześniej. Zdaniem doktora Emyra Benbowa, eksperta z Królewskiego College'u Patologów, statystyki nie przedstawiają prawdziwego obrazu skali zjawiska. - Wielu patologów z obawy przed urażeniem rodziny zmarłego nie podaje otyłości jako przyczyny śmierci - twierdzi dr Benbow. Ekstremalna otyłość Brytyjek i Brytyjczyków, zanim doprowadzi ich do lekarza (albo - gorzej - do patologa), coraz częściej jest przyczyną innych, 'pomniejszych' problemów. Brytyjskie agencje adopcyjne odmawiają adopcji osobom, których BMI wskazuje na znaczną otyłość. Mimo że w Anglii i Walii na adopcję czeka 4 tys. dzieci.

W styczniu tego roku media roztrząsały sprawę Damiena i Charlotte Hallów, których marzenia o dziecku zostały ucięte, bo Damien ważył za dużo. Swoją decyzję osoby za nią odpowiedzialne motywowały tym, że dziecko zostanie narażone na stres, jeśli mężczyzna zachoruje na chorobę spowodowaną przez otyłość i w jej rezultacie umrze. Mimo gwałtownej reakcji prasy argumentującej, że życie w placówce zastępczej może być nie mniej stresujące niż adopcja przez otyłego ojca, władze pozostały nieugięte, a Damien Hall przeszedł na dietę. Zbyt grube osoby mają na Wyspach problemy z pracą. Po historii otyłego strażaka, którego zwolniono z pracy w 2007 roku, w maju 2008 głośno było na Wyspach o Marie Parker. Mimo 20-letniego doświadczenia w zawodzie nie dostała posady kierowcy autobusu, bo ważyła za dużo. Za dużo oznaczało w tym przypadku 84 kg. Rozżalona pani Parker zwróciła się do sądu z żądaniem zadośćuczynienia za dyskryminację. - Znam kierowców dużo grubszych ode mnie - żaliła się 'Daily Mail'. - Każda kobieta, która spędza pół dnia za biurkiem czy kierownicą autobusu, ma tendencje do odkładania kilku kilogramów ekstra. Wśród koleżanek śmiejemy się, że mamy dodatkową oponę.

Firma Bus Translink o opony dba sama. Jako kierowców zatrudnia jedynie osoby, których BMI nie przekracza 33, argumentując takie kryterium troską o zdrowie swoich pracowników i bezpieczeństwo pasażerów. 'Jeśli pani Parker zrzuci wagę w ciągu pół roku, rozpatrzymy ponownie jej aplikację' - odpisali przedstawiciele firmy w odpowiedzi na skargę. Otyłość przeszkadza Brytyjkom nie tylko w pracy, ale też w tym, z czego słyną na świecie - czyli w ostrym imprezowaniu. W czerwcu ubiegłego roku klub nocny na wyspie Jersey odmówił wstępu grupie młodych kobiet, bo... były za grube. Sześć przyjaciółek usłyszało od ochroniarza klubu Havana, żeby 'odeszły i trochę schudły'. Zdegustowana takim potraktowaniem energiczna 23-latka Georgina Mason zażądała rozmowy z menedżerem klubu, który jednak potwierdził decyzję ochroniarza, argumentując, że klub otrzymał zbyt wiele skarg na grubasów. - Otyli ludzie i biznes nie idą w parze - usłyszała Georgina, która razem z przyjaciółkami złożyła na policji doniesienie o dyskryminacji i wystosowała protest w tej sprawie na łamach portalu społecznościowego Facebook.

No problem?

Chociaż otyłość bywa na Wyspach przyczyną nierównego traktowania, jawna dyskryminacja z powodu tuszy należy jednak wciąż do rzadkości. Brytyjczykom zarzuca się raczej rozdmuchaną do niebotycznych rozmiarów polityczną poprawność, w ramach której również ekstremalna otyłość jest tu powszechnie akceptowana. Społeczne przyzwolenie na wałki tłuszczu sprawia, że wiele kobiet wpada w pułapkę, której ofiarą padła też Katarzyna. - Zaraz po przyjeździe do Anglii podobało mi się, że nie ma tu społecznej presji wiecznego odchudzania się - mówi. - Wszystkie moje koleżanki w Polsce miały obsesję na punkcie szczupłości. Dobra figura nad Wisłą oznacza zupełnie coś innego niż nad Tamizą. Tutaj można nosić rozmiar 14 (polskie 42) i czuć się szczupło. Katarzyna 'wyluzowała się'. Schowała pod łóżko przywiezione z Polski ciuchy i ruszyła na zakupy. Pierwszych paru kilogramów nie zauważyła. Ciągle czuła się piękna i szczupła, podobało jej się, że bez problemu może znaleźć w sklepach dżinsy rurki w rozmiarze 16 (44). Po raz pierwszy zaczęła się zastanawiać, czy nie jest za gruba, kiedy nie zmieściła się w 16. Musiała poszukać rozmiaru 18, którego nie sprzedają już wszystkie sklepy. Drugi szok przyszedł podczas wizyty w Polsce. Zakupy z przyjaciółką skończyły się fiaskiem. W polskich sklepach w ogóle nie było rozmiaru 46. Przyjaciółka (rozmiar 38), z którą Katarzyna jeszcze kilka lat temu wymieniała się ciuchami, patrzyła na nią z niedowierzaniem. - Spojrzałam w lustro na wystawie i po raz pierwszy zobaczyłam grubą babę - mówi Katarzyna. - Podjęłam decyzję o odchudzaniu, ale na razie nie udało mi się wprowadzić jej w życie. Jak tylko przyjechałam, koleżanki z pracy zabrały mnie na pociechę na pizzę...

Za grubi, żeby pracować

Dobre czasy dla osób szukających usprawiedliwienia dla swojej tuszy powoli dobiegają chyba końca. Dzięki rozlicznym kampaniom uświadamiającym rośnie świadomość społeczna, która zaczyna wiązać otyłość nie tylko z gorszym stanem zdrowia, ale także z pieniędzmi podatników. Im grubszy obywatel, tym więcej państwo wydaje na utrzymywanie go w dobrej lub przynajmniej przyzwoitej kondycji zdrowotnej. I nie tylko. Państwo płaci również za utrzymanie otyłych obywateli, którzy pobierają zasiłki dla bezrobotnych, bo 'są zbyt grubi, by pracować'. Tak właśnie żyje ważąca w sumie 580 kg czteroosobowa rodzina Emmy Chawner, znanej telewidzom na całym świecie z programu X Factor, która dostaje od państwa 22 tys. funtów nieopodatkowanych zasiłków rocznie (odpowiednik zarobków na poziomie 30 tys. brutto). Rodzice 19-letniej Emmy, która od roku jest pośmiewiskiem całej Wielkiej Brytanii, ponieważ pojawiła się na ekranie w monstrualnej sukni przypominającej ślubną ważą oboje po 170 kg. Nie pracują od 11 lat. Zasiłki dostają zgodnie z teorią, że cierpią na 'dziedziczną otyłość', która uniemożliwia im normalne funkcjonowanie i pracę. Całe dnie spędzają przed telewizorem, z przerwami na posiłki i drzemki. Pan Chawner uważa, że pieniądze, które otrzymują od rządu, ledwo wystarczają im na podstawowe potrzeby. - To nie nasza wina, że nie możemy pracować - mówi. - Zasługujemy na więcej! Rodzina Emmy wydaje tygodniowo 50 funtów na jedzenie, w tym czekoladowe batony, frytki i 'paje'. Każdy z jej czworga członków zjada dziennie około 3 tys. kalorii. - Zdrowe jedzenie jest dla nas za drogie - twierdzi pani Chawner. Tylko Emma chciałaby schudnąć, jednak - jak mówi - nie ma czasu na dietę.

Brytyjski rząd, chcąc zachęcić Brytyjczyków podobnych do rodziny Chawnerów do odchudzania, posunął się do kontrowersyjnego i radykalnego kroku - płaci otyłym mieszkańcom kraju za zrzucenie wagi. Podobne programy wdraża już od dłuższego czasu kilku brytyjskich pracodawców. W jednej z firm osoba, która straci w ciągu ośmiu tygodni najwięcej kilogramów, dostaje vouchery na zakupy na kwotę 130 funtów. Konkurs nosi nazwę 'Biggest Loser' (w dosłownym tłumaczeniu 'największy przegrany', gra słów zmienia sens wyrażenia na 'osobę, która straciła najwięcej'). Inna firma prowadzi podobny konkurs 'Cold Turkey', ale grupowo. Grupa pracowników, która łącznie schudnie najwięcej, dostaje premię. O krok dalej zamierzają pójść linie lotnicze Ryanair, które chcą nałożyć na bilety 'podatek od tłuszczu'. Otyli pasażerowie być może już niedługo będą płacić więcej za miejsce na pokładzie samolotu. Podobny system już od ponad roku funkcjonuje w niektórych towarzystwach ubezpieczeniowych. Składki na ubezpieczenie na życie są w nich wyższe nawet o połowę dla osób ze stwierdzoną otyłością.

W ramach walki z otyłością brytyjski rząd stara się wywrzeć presję również na producentów żywności. Na początek skupił się na kontrolowaniu etykietek umieszczanych na produktach. Najwięcej kontrowersji budzą niezwykle popularne na Wyspach gotowe dania, na które Brytyjczycy wydają 2 mld funtów rocznie. Inaczej niż w Polsce w brytyjskich supermarketach można kupić nie tylko tłusty gulasz czy fasolę z mięsem w wersji do mikrofalówki, ale właściwie każde danie, o jakim konsument zamarzy. Również w wersji 'light' (lżejszej), 'healthy choice' (zdrowy wybór) czy 'be good to yourself' (bądź dobry dla siebie). Jednak z przeprowadzonych w ubiegłym roku badań rynku gotowych dań wynika, że wybierając z półki 'zdrowszy' produkt, można również wpaść w pułapkę. Niektóre z oznaczonych zachęcającą dietetyczną etykietą gotowych dań zawierają więcej tłuszczu niż Big Mac, smażona w głębokim oleju ryba z frytkami czy kebab. Kłamią nie tylko hasła reklamujące produkty. Nieprawdziwe informacje znajdują się również na etykietach informujących o faktycznej wartości odżywczej zawartości opakowań. Dlaczego? Zgodnie z obowiązującym prawem supermarketom przysługuje 20-proc. margines błędu, z którego to prawa skrzętnie korzystają. 20 g tłuszczu brzmi lepiej niż 25. Normy są naciągane, w rezultacie czego klient, nawet jeśli przeczyta etykietę, i tak zjada więcej tłuszczu, niż mu się wydaje. Z innego badania wynika, że od dietetycznych dań zdrowsze są nawet puszki z jedzeniem dla psów i kotów. John Searle, naukowiec z laboratorium w Burton-upon-Trent, które przeprowadziło badanie pokarmu dla zwierząt, twierdzi, że ludzie mogliby bez szkody dla organizmu jeść pożywienie swoich pupili. Niejednokrotnie ich dieta zyskałaby na tej zamianie.

Sprawdź, czy masz prawidłową wagę. Zrób bezpłatną analizę opracowaną przez specjalistów!



Niedaleko pada jabłko...

Ofiarami mylących haseł reklamowych, nierzetelnych informacji na etykietach i poklepywania po plecach padają nie tylko Brytyjki, ale również ich dzieci. Na otyłość cierpi na Wyspach co czwarty czterolatek i co trzeci dziesięciolatek. Dr Catharine Gale zajmująca się badaniem związku między otyłością matek i dzieci twierdzi, że kobiety ważące zbyt dużo w czasie ciąży obciążają swoje dzieci ryzykiem otyłości nie tylko w okresie niemowlęcym - jak dotychczas sądzono - ale również w dorosłym życiu. Żeby choć trochę zmniejszyć skalę zjawiska, brytyjski rząd znów posuwa się do radykalnych kroków. Na przykład w 2007 roku sąd nakazał odebranie Nicoli McKeown syna, który w wieku ośmiu lat ważył 90 kg. Connor miał trafić do ośrodka opiekuńczego, lecz po naciskach ze strony mediów i opinii publicznej ostatecznie pozostał w domu. Sąd przyznał jednak chłopcu opiekę kuratora i nakazał rodzinie zmianę nawyków żywieniowych. Od ubiegłego roku rodzice otrzymują od szkół 'fat reports', czyli informacje, czy ich dziecko mieści się w odpowiednim przedziale wagowym. Jednocześnie dyrektorom i nauczycielom nie wolno używać w listach do rodziców 'słowa na o' ('obese', czyli otyły), żeby nie urazić małych grubasów.

Alicja jest matką dwóch chłopców. Obu urodziła na Wyspach. Przed pierwszą ciążą ważyła 59 kg, po drugiej - 87. Młodszy syn ma już dwa lata, więc wymówka o 'pociążowych' pozostałościach nawet jej samej słabo trafia do przekonania. - Po porodzie trafiłam na spotkania dla młodych matek zorganizowane przez moją przychodnię - mówi. - Mimo że już wtedy nosiłam rozmiar 16 (44), byłam najszczuplejsza w grupie. Dziewczyny dzieliły się na dwa obozy. W pierwszym znalazły się te, które skoncentrowały się zupełnie na dziecku. O sobie zapomniały. W rozciągniętym dresie, ciążowym staniku i z maluchem ubranym w designerskie ciuszki czuły się szczęśliwe. Druga grupa to bojowniczki wyznające postawę - urodziłam dziecko, mam prawo być gruba! Nie czuję przynależności do żadnego z tych obozów. Po raz kolejny przeszłam na dietę, ale rezultaty są mizerne. Mam wrażenie, że w Anglii nawet powietrze tuczy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się