http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Mama: Nie można zabraniać marzeń. Nie chcę się bać

Nazwisko znane redakcji
02.09.2009 , aktualizacja: 02.09.2009 10:34
A A A Drukuj
W drugiej klasie liceum pojechał w Tatry, na prawdziwą ścianę. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę że te jego zajęcia są niebezpieczne

ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
Tekst ten pochodzi z WYSOKICH OBCASÓW nr 1, dodatku do Gazety Wyborczej nr 79, wydanie z dnia 03/04/1999

Niedawno Maciek odebrał telefon, zbladł. Usłyszałam, że jego kolega Marcin nie żyje. Zaczęłam krzyczeć: "Nie będziesz się wspinał, nie pozwalam, nie chcę takich telefonów". Byłam przekonana, że Marcin spadł. Maciek odłożył słuchawkę i powiedział: "Mamo, on się rozbił samochodem". I odebrał mi wszystkie argumenty.

Zaczęło się w podstawówce, od skałek. Maciek z harcerzami jeździł do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Potem w jego liceum zajęcia wf. były do wyboru: koszykówka, siatkówka, siłownia i ścianka wspinaczkowa. Wybrał ściankę. Korzystali z niej również dorośli alpiniści. Wisiało tam ogłoszenie o nabo- rze na kurs Speleoklubu Warszawskiego: góry i jaskinie. Maciek oznajmił nam, że zapisuje się na ten kurs. Mój mąż powiedział, że to się fatalnie skończy: górami. Ja powiedziałam: "Niech zdobywa sprawności". Mąż mówił: "Zgodzisz się, a potem będziesz wystawać na balkonie i denerwować się o niego (stoję na balkonie, gdy dzieci nie wracają). Nie stwarzajmy sobie takich sytuacji".

Maciek miał dziewięć miesięcy, gdy wspinał się po półkach z książkami. Spadał stamtąd, bo nie umiał zejść. Spadał, ryczał, ja go przytulałam i właził z powrotem. Bez przerwy musiałam za nim biegać. Gdy go kładłam spać, byłam kompletnie wykończona. On był zawsze bardzo sprawny, lubiłam to w nim. Miałam duże zaufanie do jego fizycznych możliwości. Pamiętam, jak w przedszkolu wspinał się na gołą sosnę. Inne matki mdlały na ten widok. Ale, odpukać, nigdy nie miał żadnego wypadku. Wypadki miały tłuste dziewczynki, które rozbijały sobie głowy na huśtawce.

Kiedy pierwszy raz pojechał z klu-bem na kurs jaskiniowy, był jeszcze dzieckiem, miał piętnaście lat. Od-wiozłam go na dworzec. A tam stare byki, brodaci studenci, kilka dziewczyn, wszyscy obwieszeni sprzętem. Był tylko jeden rówieśnik Maćka - "Mały", kolega z osiedla i z harcerstwa. Stałyśmy z mamą "Małego" na peronie jak dwie kokoszki. Chłopcy byli trochę nami speszeni. Musiałyśmy wyglądać nieszczęśliwie, bo podeszła do nas jedna z dziewczyn i powiedziała: "Niech się pani nie przejmuje, my się nimi zajmiemy".

W Tatry, na prawdziwą ścianę pojechał pod koniec kursu. Był w drugiej klasie liceum. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że te jego zajęcia są niebezpieczne. Co innego chodzenie po skałkach, co innego alpinizm - to mi przemawia do wyobraźni, jak pewnie większości ludzi. Słyszy się o wypadkach w górach, o taternikach, alpinistach, którzy pospadali. To było jego pierwsze w życiu lato w Tatrach. Bo na wakacje zawsze jeździliśmy z dziećmi nad morze. Tatry znał z zimowego chodzenia po dolinkach i jazdy na nartach.

Wrócił zachwycony, patrzyłam na człowieka, który dotknął szczęścia. Zaczęły się regularne wyjazdy do jaskiń, w Tatry. Po drodze spotkało go wyróżnienie. Dobrze ukończył kurs i zaproszono go w Alpy do eksplorowania najgłębszej jaskini - miał wtedy niecałe siedemnaście lat. Po powrocie opowiadał, na czym polega zdobywanie jaskiń. Chodził mi mróz po plecach. Mówił z zachwytem: "Osiem godzin przesuwamy się ruchem robaczkowym z potwornie ciężkim sprzętem. Patrzę sto, dwieście metrów w dół, widać tylko karbidowe lampki kolegów. To fantastyczne".

Ciągle pytam, czy wie, jak bardzo jest to niebezpieczne. A on jest na takie pytania świetnie przygotowany. Mówi: "W jaskiniach zdarza się bardzo mało wypadków. A do wspinaczki górskiej mamy teraz świetny sprzęt, jest dużo bezpieczniej. Miałem dobrych nauczycieli, nie jestem wariatem. Jeżeli robię to, czego mnie nauczyli, wiem, co potrafię, to mi się nic nie stanie". I wyciąga statystyki, które mówią, że latanie balonem i ściganie się na żużlu jest dużo bardziej ryzykowne.

Ale oboje wiemy, że są rzeczy, których się nie da przewidzieć. W zeszłym roku na Jurze ktoś powbijał złe haki, chłopak spadł i złamał kręgosłup. Maciek był wtedy właśnie tam. Usłyszałam w radiu o tym wypadku. Zesztywniałam. Nie miałam nawet gdzie zadzwonić. W takich sytuacjach staram się myśleć racjonalnie - wiem, że to nie on. Był wypadek, więc będą szczególnie uważać.

W tym roku zdarzył się śmiertelny wypadek na kursie - Maciek tłumaczył, że tamten chłopak po prostu nie wykonał polecenia instruktora. "To idiota. Idiota może też wleźć pod tramwaj". Nigdy mu nie zabro-niłam wspinaczki. Pewnie dlatego, że wiedziałam, iż to nie poskutkuje. Pierwszy raz w życiu był tak zdeterminowany. Był bardzo posłusznym dzieckiem. Miał dużą swobodę, ale zawsze nas słuchał. Ani nas nie oszukiwał, ani się nie awanturował, gdy mu czegoś zabranialiśmy.

Znajomi pytają mnie czasem: "Czyś ty zwariowała? Przecież to takie niebezpieczne. A jakby był narkomanem, też byś mu pozwoliła? Też powiedziałabyś, że nie dasz rady?" Oczywiście nie - narkotyki to coś bardzo złego. Wtedy zrobi- łabym wszystko. Na wspinaczkę jest kulturowe przyzwolenie, alpinistów się podziwia. Przykładem jest moja teściowa, która skutecz- nie zabroniła wspinaczki ojcu Maćka. A wnukiem chwali się na pra- wo i lewo. Wypytuje go, wyciąga szczegóły, pewnie więcej wie o tym niż ja.

Jesteśmy najszczęśliwsi,kiedy Maciek wraca z wyprawy do domu -opowiada mama 18-letniego alpinisty

Teresa Kelus-Lizut, psycholog w poradni międzyszkolnej

Nie wolno zabraniać dziecku realizacji marzeń. Kiedy rodzicom brak racjonalnych argumentów, jedynym sposobem na to jest szantaż, najgorsze z narzędzi wychowawczych. Piętnastolatka jeszcze można nie puścić na wymarzoną wyprawę, ale i tak zrobi to później - z jeszcze większą determinacją, czując smak zakazanego owocu. A my stracimy z nim kontakt.

Trzymając dziecko pod kloszem, wyrządzamy mu krzywdę. A i tak nie jesteśmy w stanie go uchronić - można się przecież zabić na skórce od banana. Rodzice zabraniają takich ryzykownych pasji dla własnego spokoju.

Bo rodzice zawsze denerwują się o dzieci. Ten lęk towarzyszy nam przez całe życie i nie ma na niego rady. Idiotyczne jest porównanie alpinizmu z narkotykami. Alpinizm to walka ze sobą, własną słabością. A narkomania to autodestrukcja i wiadomo jak się skoń- czy. Z nią trzeba walczyć i wtedy nawet szantaż jest dozwolony.

Iza Wielgórska, matka 11-letniej Eweliny i 7-letniego Olka

Zawsze fascynowali mnie alpiniści - prawdziwi mężczyźni w puchowych kurtkach. Wydawało mi się, że są bliżej absolutu niż "normalni" ludzie. Podziwiam tych, którzy mają w życiu cel, ideę. Chciałabym, by moje dzieci znalazły prawdziwą pasję, która pozwoliłaby im zdystansować się wobec codzienności. Ta pasja nie może być niebezpieczna, bo nie zniosłabym ciągłego strachu o dziecko. I choć wiem, że to egoizm, nie pozwoliłabym synowi ani córce zapisać się na kurs skałkowy. Gdyby połknęli bakcyla, nie umiałabym im już zabronić wspinaczki. Teraz nie zgodziłabym się na jakiś pomysł, później musiałabym już walczyć z pasją. A tego bym nie chciała.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się