Deklarację zagwarantowania kobietom 10, a potem 30 proc. złożyła pani na Kongresie Kobiet. Później pojawiły się protesty kobiet naukowców - że parytety są w nauce niepotrzebne i szkodliwe.
Kobiety naukowcy nie potrzebują i nie chcą żadnych parytetów przy ocenie ich osiągnięć naukowych. Świetnie sobie radzą w badaniach, pozyskiwaniu grantów, uzyskując doktoraty i habilitacje. W Polsce broni doktoratów więcej kobiet niż mężczyzn - dziś proporcje są jak 60 do 40. Z habilitacją jest odwrotnie, ale też nie najgorzej - ostatnio ponad 30 proc. doktorów habilitowanych to kobiety.
Parytety są potrzebne w organach zarządzających nauką, i to nie w uczelniach wyższych, ale w instytucjach centralnych - takich jak Centralna Komisja ds. Tytułów i Stopni Naukowych albo Rada Główna Szkolnictwa Wyższego. Mam zdjęcie jednego z takich gremiów, które mogłabym pokazać - sami panowie, a jedyne kobiety obok nich to panie z ministerstwa. W organach zarządzających nauką prawie nie ma kobiet.
Dlaczego kobiet nie ma w tych gremiach? To jest w pewnym sensie kariera menedżerska w nauce, polityczna. Są mniej nastawione na tego typu karierę?
Sytuacja jest chyba bardziej skomplikowana. Kobiety jako strażniczki domowego ogniska mają najczęściej znacznie mniej czasu niż mężczyźni, a jeżeli chcą być matkami, to zamiast zabiegać o stanowiska, muszą karierę przerywać, nieraz na kilka lat. Jako żona i matka dwóch córek mogę coś na ten temat powiedzieć. Drugi powód jest trudniejszy do zaakceptowania. W wyobraźni mężczyzn często brakuje obrazu kobiety, która stoi na czele dużej uczelni lub zajmuje wysokie stanowisko w Polskiej Akademii Nauk. A skoro kobiet jest znacznie mniej wśród profesury tytularnej, która w zasadzie decyduje o wyborach do tych gremiów, to chyba nic dziwnego. Z kolei same kobiety specjalnie nie zabiegają o te stanowiska. Szkoda im tracić czas nieraz na długie, bezproduktywne debaty. Wolą w tym czasie pójść na spacer z dzieckiem czy upiec szarlotkę. Istnieje też taka obiegowa opinia, że mężczyźni częściej są agresywni, a kobiety bardziej odpowiedzialne. Jakiś pretekst do powstania tej opinii chyba był...
To nie jest stereotyp? Trochę przykro mi to słyszeć. Myślałem, że jestem całkiem odpowiedzialny i nieprzesadnie agresywny.
Może. Jako mężczyzna piszący do kobiecego pisma nie jest pan reprezentatywny... To oczywiście żart. Każdy stereotyp jest krzywdzący, a najłatwiejsze są podziały według płci, koloru skóry czy narodowości. A przecież między czernią i bielą jest wiele odmian szarości. Jednak dla mężczyzn bardziej naturalne jest zabieganie o stanowiska i funkcje. Wynika to z tradycyjnego układu ról w rodzinie. Mężczyzna kiedyś polował na zwierzynę, by zapewnić byt rodzinie, teraz nadal poluje - tylko inaczej - na stanowiska, funkcje, władzę. W dawnych czasach, kiedy społecznie ważna była praca fizyczna, mężczyźni - korzystając ze swojej naturalnej przewagi fizycznej - dominowali. W dzisiejszej cybercywilizacji, kiedy intelekt, praca mózgiem i co najwyżej 'prawym kciukiem' mają większy wymiar społeczny, kobiety mają dokładnie takie same możliwości jak mężczyźni. Przyglądając się mężczyznom na wysokich stanowiskach w nauce, podziwiam ich za to, że znają odpowiedzi na wszystkie pytania. I mówię to bez ironii. Kobiety raczej pytania zadają, mają więcej wątpliwości i rozterek.
To ja zadam pani pytanie. Ale najpierw zacytuję prof. Dariusza Rotha z Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego: 'Takich kwestii minister nie powinien regulować odgórnie (...). Nauka to nie sport. Aktywne w nauce kobiety nie muszą być jak kiedyś lekkoatletki z NRD, o niezbyt wiadomej płci. Mamy na siłę forsować słabszych kandydatów ze względu na płeć, a odrzucać lepszych, bo trzeba pilnować parytetu? (...) Sądzę, że wiele środowisk naukowych sprzeciwi się parytetom. Wcale nie chodzi tu o szowinistyczne podejście, ale o zdrowy rozsądek. Miło byłoby, gdyby w Radzie zasiadało więcej kobiet, bo one zawsze łagodzą obyczaje'. Odpowiada pani rola maskotki? Fajnie będzie, jak przyjdą kobiety, bo się zrobi przyjemniej.
(Długa pauza) Po pierwsze, kobiety byłyby oburzone, gdyby traktować je inaczej, lepiej od mężczyzn przy ocenie ich osiągnięć naukowych. I nie o to zupełnie chodzi w parytecie. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że wśród wszystkich samodzielnych pracowników naukowych, a więc z habilitacją, jest powyżej 30 proc. kobiet, to parytet, który proponuję (w pierwszej kadencji od 10 proc., w kolejnych od 30 proc.), pozwoli docelowo, by miały odpowiednią do swojej liczby reprezentację. Czy oznacza to, że będziemy mieli słabsze kandydatki ze względu na płeć? Że wszystkie kobiety, które są pracownikami naukowymi, są słabszymi naukowcami od ich kolegów? Jeśli profesor mężczyzna będzie kandydował, to oznacza to, że jest dobry, jeśli profesor kobieta - to jest zła? Parytety tylko wówczas powodują obniżenie jakości kandydatów, gdy przy tej okazji jednocześnie obniża się pewnej grupie kryteria dostępu. A przecież kryteria uzyskiwania stopni naukowych w Polsce dla mężczyzn i kobiet są identyczne. W wypowiedzi prof. Rotha pobrzmiewa zatem lekceważąca nuta dla osiągnięć naukowych kobiet profesorów. Mam więc nadzieję, że zna takie nazwiska jak prof. Maria Ossowska, prof. Barbara Skarga czy też prof. Maria Siemionow - kobieta chirurg, która jako pierwsza na świecie dokonała przeszczepu twarzy. Po drugie, nie można mówić, że 'kobiety łagodzą obyczaje'. To nie tylko protekcjonalne, ale także obraźliwe.
W czasie dyskusji na Kongresie Kobiet padło też takie zdanie: 'Kobieta z naukowymi sukcesami wzbudza niechęć i zazdrość mężczyzn'. Wzbudza?
Są podstawy, by tak myśleć. Jestem pierwszą kobietą ministrem w historii polskiej nauki. Wcześniej prof. Łybacka była ministrem edukacji i szkolnictwa wyższego, ale nauką kobieta jeszcze nie kierowała. Na początku, kiedy środowisko jeszcze mnie nie znało, zetknęłam się z murem niechęci.
'Co nam baba będzie mówiła, co mamy robić'.
Słucham?
Przepraszam. To ja powiedziałem.
Brzmiało to raczej tak: 'Jak baba może zarządzać nauką?'. Oczywiście były także inne przyczyny tej niechęci. Nie należałam do elity szkolnictwa wyższego. Nie byłam rektorem wielkiej uczelni publicznej ani prezesem Polskiej Akademii Nauk. Miałam wiele sukcesów: ważną rolę na światowym kongresie nauk administracyjnych, udział w zarządach międzynarodowych towarzystw naukowych, pracę w Komisji Ekspertów ds. Administracji Publicznej ONZ, nagrodę przywiezioną z St. John's College w Oksfordzie... ale w środowisku opiniotwórczej nauki polskiej nie byłam szeroko znana. Dlatego trudno nie odnieść wrażenia, że praźródłem tej niechęci na samym początku było to, że jestem 'kobietą z prowincji'. Podczas pierwszego spotkania prezydium Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, na które mnie zaproszono, ówczesny przewodniczący przedstawił mnie w sposób, który wydawał mu się bardzo szarmancki: 'Pani minister, kwiat rycerstwa nauki polskiej ściele się u pani stóp'. I rzeczywiście - sami mężczyźni, bo akurat w spotkaniu nie uczestniczyła prof. Chałasińska-Macukow, rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Odpowiedziałam: 'Chyba nie sądzicie panowie, że będę tylko na balkonie stała i chusteczką powiewała?'. Od razu zazgrzytało.
W karierze nie miała pani kłopotów ze względu na płeć?
Nie, nigdy nie odczułam jakiegoś innego czy też szczególnego traktowania. W czasach mojej asystentury w mojej dyscyplinie naukowej - prawie administracyjnym i w nauce administracji - była tylko jedna kobieta profesor. Pani prof. Teresa Rabska z UAM w Poznaniu. Osoba o wielkim autorytecie naukowym i szlachetnej biografii. Później pojawiło się już wiele więcej kobiet z habilitacją i profesurą tytularną. Inaczej było z funkcjami na uczelni. Dopiero po habilitacji zaproponowano mi stanowisko prodziekana - chociaż w poprzedniej kadencji pełnił tę funkcję mężczyzna ze stopniem doktora. Natomiast stanowisko rektora uczelni niepublicznej uzyskałam w drodze konkursu organizowanego przez założyciela, czyli Fundację Rozwoju Demokracji Lokalnej.
Gdyby były wybory, wybraliby mężczyznę?
Tak podejrzewam. Jestem wdzięczna prof. Regulskiemu, założycielowi FRDL, że odważył się postawić na kobietę - zresztą nie pierwszy raz! Przede mną rektorem szkoły w Łodzi została Krystyna Płaza. Wówczas, w połowie lat 90., byłyśmy rodzynkami w tym środowisku. Teraz to się trochę zmieniło. Więcej jest kobiet rektorów, również w uczelniach publicznych, nawet jedną politechniką i akademią medyczną kierują kobiety. Więcej jest też kobiet prorektorów, dziekanów, prodziekanów... Zmiany więc następują, chociaż stopniowo i powoli.
Nie boi się pani powrotu do środowiska naukowego? Ministrem jest się kilka lat. Profesorem - do emerytury. Jak się podpadnie kolegom, może nie być przyjemnie.
Mam pełną świadomość przemijania funkcji, którą pełnię. Nie czuję się też szczególnie podpadnięta. A z powrotem na uczelnię mam wyłącznie pozytywne skojarzenia. Najbardziej brakuje mi wykładów i tej energii młodości oraz intelektualnej wolności, którą czerpie się z kontaktów ze studentami. Zresztą wszystkie propozycje reform w szkolnictwie wyższym filtruję przez potrzeby studentów i młodych pracowników nauki, którzy będą ich podstawowymi beneficjentami. Z drugiej strony moją obecną funkcję traktuję jako 'badania uczestniczące' czy też 'staż w praktyce'. Znalazłszy się w samym centrum administracji publicznej, zyskałam niespotykaną dla teoretyka nauki administracji szansę zdobycia unikatowego doświadczenia. Z pewnością wykorzystam je w pracy naukowej i dydaktycznej.
To po co psuć sobie stosunki z naukowcami sprawą parytetu? Może kobiet po prostu pewne zajęcia - np. kariera w gremiach zarządzających nauką - nie pociągają? Na studiach politechnicznych też jest mało dziewcząt.
Naprawdę pan myśli, że psuję sobie stosunki z naukowcami kwestią parytetu, a nie poprawiam u tych 30 proc. kobiet naukowców? Kobiet pewne zajęcia czy też funkcje nie pociągają z różnych powodów. Wolą być szczęśliwe, oddając się rodzinie i wychowaniu dzieci, i to daje im poczucie spełnienia. Bardzo szanuję takie wybory. Znam kobiety, które świetnie się realizowały w życiu zawodowym, ale w pewnym momencie wolały zostać w domu. Pamiętam kolację w domu jednego z profesorów Uniwersytetu w Birmingham. Poznałam wówczas jego żonę, która rozpoczynała karierę jako utalentowana dziennikarka, ale po urodzeniu dzieci zrezygnowała z niej. Mają siedmioro dzieci, w kolacji uczestniczyła piątka dorosłych. I wówczas promieniująca z tej rodziny silna więź emocjonalna, wrażliwość intelektualna i poczucie humoru zrobiły na mnie niezapomniane wrażenie.
Po drugie, nie wierzę, że kobiet, które wybierają karierę zawodową i ją konsekwentnie realizują, wysokie stanowiska nie pociągają. Jestem przekonana, że w ten sposób tłumaczą sobie własną bezsilność, gdy zderzają się ze szklanym sufitem - efektem wyborów mężczyzn dokonywanych przez mężczyzn. Wówczas zamiast walczyć, wolą wrócić do domu i upiec szarlotkę. Dla mądrych kobiet kariera nie jest jedynym imperatywem w życiu, chcą i potrafią ją znakomicie łączyć z obowiązkami żony i matki. Po spotkaniach z wybitnymi kobietami laureatkami wielu nagród naukowych gotowa jestem postawić tezę, że te kobiety, które spełniają się w roli naukowca, potrafią się również świetnie spełniać w rolach żony i matki. Dlatego staramy się uelastycznić limity wieku określane obecnie sztywno przy ubieganiu się o granty lub stypendia zagraniczne, tak by uwzględniane były w nich okresy urlopów macierzyńskich.
Na studiach politechnicznych jest mało dziewcząt z winy kolejnego stereotypu. Ten stereotyp, niestety, powielają nieraz same kobiety. Wychowują dziewczynki tak, aby później były dobrymi nauczycielkami, pielęgniarkami, stewardesami, a nie marzyły o badaniach kosmicznych czy konstrukcji mostów. W podręcznikach szkolnych - nawet dzisiaj! - mężczyzna jest przedstawiany jako pilot samolotu, marynarz, podróżnik, odkrywca świata, a kobieta - w kuchni, w domu, gotująca, podająca... To samo jest w reklamach, w których kobiety albo są gospodyniami domowymi - reklamują potrawy czy proszki do prania - albo są obiektem seksualnym, ślicznym dodatkiem do drogiego samochodu.
Rozumiem, że nie można tego zmienić z dnia na dzień. Ale czy coś da się zrobić, żeby więcej dziewcząt studiowało przedmioty ścisłe?
Fundacja Perspektywy prowadzi świetną akcję 'Dziewczyny na politechniki', która studia politechniczne promuje w szkołach średnich. Do akcji tej włączyły się w zasadzie wszystkie politechniki. Ministerstwo finansuje wysokie stypendia na kierunkach ścisłych i technicznych, odpowiednio je promując. Okazuje się, że dziewczęta dostają te stypendia częściej niż chłopcy. A więc dają sobie świetnie radę również na kierunkach technicznych i ścisłych. Zresztą kobiet ze stopniem doktora habilitowanego jest więcej w naukach rolniczych i medycznych niż w naukach humanistycznych i społecznych. Trochę się boję, że jak tak dalej pójdzie, to w przyszłości wymiotą mężczyzn z nauki i jej otoczenia. Więc nasz parytet może być stosowany chyba tylko przejściowo. Bez mężczyzn świat byłby zbyt nudny i na pewno mniej interesujący