Jaka była największa wygrana w historii polskich wyścigów?
Sądzę, że ponad 50 tys. za 2 zł w zakładach kwintowych, czyli takich, w których trzeba trafić zwycięzcę w pięciu kolejnych gonitwach.
Szybka kasa. To dlatego zainteresował się pan wyścigami?
Nie. Początkowo w ogóle nie myślałem o nich w kategoriach pieniądza. Z końmi miałem do czynienia od dziecka. Wyścigami zainteresowałem się równo 40 lat temu. Wtedy właśnie, jeszcze gdy studiowałem matematykę i historię sztuki, napisałem pierwszy w życiu reportaż o wyścigach konnych i graczach, którzy obstawiają wyniki, nie widząc ścigających się kilkaset kilometrów dalej koni. Od tamtej pory zacząłem bardziej interesować się pochodzeniem koni, treningiem i wyścigami. Analizowałem gonitwy dla znajomych, którzy grali od dawna, na ogół bez sukcesów. Okazało się, że rzetelna analiza pozwala wygrywać.
Chce pan pochwalić hazard?
Wyścigi konne nie mają nic wspólnego z prawdziwym hazardem: ruletką, jednorękim bandytą, grami liczbowymi. Najbliżej im do gry na giełdzie, gdzie intuicja i wiedza muszą mieć oparcie w rzetelnej analizie. Kiedyś Roger Caillois wszystkie gry polegające na przypadku określił wspólnym terminem 'alea', co po łacinie oznacza grę w kości. Zaliczył do nich również grę na wyścigach. Niesłusznie. Jest jeszcze inna grupa gier zwana "agon", na których wynik decydujący wpływ ma grający. Otóż obstawianie gonitw łączy w sobie elementy gry typu alea i agon, z przewagą - wiem to z doświadczenia - agonu.
Jakie to doświadczenia?
W czasie stanu wojennego, kiedy to ówczesna władza usunęła mnie z miesięcznika 'Odra' za niepoddanie się weryfikacji, a mój filmowy debiut 'Wolny strzelec' został zatrzymany przez cenzurę, z trudem utrzymywałem siebie i rodzinę. Wtedy postanowiłem wrócić do koni. Analizę opierałem wyłącznie na ogólnie dostępnym programie wyścigów. Tak jak bohaterowie mojego reportażu nie mogłem zobaczyć koni przed biegiem; one biegały w Warszawie, a ja obstawiałem wyniki w rodzinnym Wrocławiu. A jednak analiza gołych faktów przynosiła efekty. Konie pozwoliły mi przeżyć do kolejnego filmu. Gdy pod koniec lat 80. odblokowano nam paszporty, z dwójką moich kolegów graczy - prawnikiem i elektronikiem, fantastycznie analizującymi wyścigi - postanowiliśmy jeździć od czasu do czasu do Niemiec. Nie było łatwo zdobyć wizę, średnio co miesiąc staliśmy godzinami pod ambasadą niemiecką, w piątek jechaliśmy do Berlina. 12 godzin analizy wyścigów sobotnich, 12 godzin niedzielnych, potem dwugodzinna burza mózgów, a na koniec chwile prawdy w kolekturze. Szukaliśmy trudniejszych zakładów, tzw. trójek, czyli musieliśmy odgadnąć kolejność trzech pierwszych koni na mecie. Tylko wtedy z małych pieniędzy - na ogół graliśmy za najniższe stawki, po jednej marce każda kombinacja - mogliśmy wygrać duże. Jak na nasze warunki, oczywiście. Byliśmy bardzo skuteczni, właściwie prawie w ogóle nie przegrywaliśmy. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Z czasem graliśmy coraz odważniej. Oni zainwestowali m.in. w sklepy, ja kupowałem sobie czas na pisanie scenariuszy.
Czy robiąc swój kolejny film, nie myślał pan o grze na wyścigach? Nie ciągnęło pana?
Zupełnie nie. Kiedy miałem dobrą sytuację finansową, mogłem nie grać latami. Oglądać wyścigi oczywiście lubiłem, lecz podczas realizacji filmu nie pozwalałem sobie nawet na to. W jednym przypadku złamałem tę zasadę, ale wtedy nie byłem reżyserem, lecz scenarzystą i współproducentem. Podczas realizacji w Nowym Jorku filmu Przemysława Reuta 'Paradox Lake' zdarzało się, że brakowało pieniędzy na taśmę, sprzęt, gaże. Kiedyś odkryłem niedaleko planu zdjęciowego kolekturę wyścigów konnych. Zagrałem czwórkę, czyli cztery konie w kolejności. Pamiętam do dzisiaj - 32 kombinacje po dolarze. Udało się. Po 20 minutach przyniosłem na plan kilka tysięcy dolarów. Potem wielokrotnie jeszcze amerykańskie konie ratowały budżet naszego filmu.
W zeszłym roku pański ogier Ruten wygrał dwa prestiżowe wyścigi w Polsce - Derby i bieg o Nagrodę St Leger. Został Koniem Roku 2008. Czym kieruje się pan przy wyborze koni?
Głównie pochodzeniem - analiza końskich rodowodów jest pasjonująca. Kiedyś znalazłem w internecie informację, że jedna z amerykańskich klaczy Melissa's Missile ma w rodowodzie matkę o imieniu Kossakówna i babkę Lotkę. Przy czym obie miały świetnych ojców i dziadków, jednym z nich był znakomity Danzig. Długo nie dawały mi spokoju polskie nazwy koni. Chciałem wiedzieć, kto je im nadał. Wkrótce dowiedziałem się, że Melissa pochodzi ze słynnej amerykańskiej stadniny Calumet Farm należącej do nieżyjącego dziś Henryka de Kwiatkowskiego. Postanowiłem ściągnąć Melissę do Polski, a w przyszłości zrobić film o niesamowicie barwnym życiu tego niezwykłego Polaka. Gdy pewnego dnia odkryłem, że Amerykanie chcą sprzedać syna znakomitego ogiera El Prado, legitymującego się wspaniałym rodowodem, nie namyślałem się długo. Musiałem o niego długo walczyć, ponieważ Amerykanie zmienili zdanie i chcieli się wycofać. Postawili mi warunki na pozór nie do spełnienia, zażądali m.in., żeby wynegocjowana kwota znalazła się na ich koncie w ciągu trzech dni. Zapożyczyłem się - wydawałoby się, że wbrew zdrowemu rozsądkowi. W ten sposób Ruten znalazł się w naszym kraju. Mam nadzieję, że zapoczątkuje on nową, wybitną linię w polskiej hodowli koni wyścigowych.
Świat koniarzy i wyścigów to także temat pana najnowszego filmu pt. 'Wygrany'. Jednego z dwóch głównych bohaterów filmu - Amerykanina polskiego pochodzenia, gracza wyścigowego - zagra Harvey Keitel lub Omar Sharif.
O tym, który z nich zagra, zdecydują i możliwości terminowe, i nasze finanse. Obaj są zainteresowani. 'Wygrany' opowiada o ściganiu się ludzi i koni, o trudnej sztuce wygrywania. Będzie to także historia niezwykłej przyjaźni, pozornie niemożliwej, w której dwóch bohaterów dzieli właściwie wszystko: wiek, zainteresowania, środowisko. Konie to świat starszego z bohaterów filmu, to także mój świat od dziecka. Przed laty brat mojej mamy Stanisław Sokołowski był jednym z największych hodowców koni do bryczek i powozów, a także zwykłych koni roboczych na Podlasiu. Przez 20 lat niemal rok w rok spędzałem u niego wakacje. Frajdę sprawiało mi sprowadzanie koni z łąki (na najlepszym z nich jechałem na oklep). Ale to, co najbardziej mnie fascynowało, to niedzielne wyścigi bryczkami z kościoła. Konie wuja zawsze były najszybsze.
W filmie wygranym okazuje się drugi z bohaterów, wybitny młody pianista, który po dotarciu na szczyt rezygnuje z konkursów i w jakiejś małej knajpce odnajduje radość z grania - bez rankingów, ocen i poczucia ciągłej rywalizacji. Czy pan ma podobny stosunek do swego zawodu?
Pasja filmowa, podobnie jak miłość do koni, zaczęła się dla mnie w dzieciństwie. Miałem to szczęście, że na mojej ulicy i moich podwórkach chętnie kręcono filmy, m.in. 'Ewa chce spać' Tadeusza Chmielewskiego oraz 'Popiół i diament' Andrzeja Wajdy. Po obejrzeniu kilka lat później tego drugiego zrozumiałem, że to kreowanie nowych światów z elementów znanych, obecnych wokół nas, oswojonych jest czymś fascynującym, czymś, co chciałbym w życiu robić. Chciałbym tak jak mój młodszy bohater móc uprawiać sztukę bezinteresowną, która niczego nie musi. Filmy o wrażliwych ludziach dla wrażliwej widowni. Do ścigania się artystów i sztuki mam stosunek mocno ambiwalentny. Z jednej strony wiem, że jest to jakaś koszmarna konieczność, służąca promocji. Z drugiej - mam świadomość, jak dalece umowne jest ocenianie sztuki. Bo w jaki sposób mierzyć niemierzalne, jak porównywać ze sobą, ważyć na szali nieporównywalne. Czy świetny dramat jest lepszy, czy gorszy od świetnej komedii? Czy Fellini jest lepszy od Tarkowskiego? Takie wyrokowanie to absurd.
Ta omylność ludzkiej sprawiedliwości to chyba pana ulubiony motyw. Pojawia się i w 'Nadzorze', i w pana ostatnim filmie 'Bezmiar sprawiedliwości'.
Omylność jest wpisana w ocenę filmu, spektaklu czy występu pianisty. Trzeba się, niestety, z tym pogodzić, że często oceniają cię frustraci i nieudacznicy, którzy na chwilę dostali kawałek władzy. Niesprawiedliwy werdykt boli, ale cóż robić? Czasami przypłacamy to zawałem, z wiekiem kwitujemy już tylko wzruszeniem ramion. Można najwyżej zrezygnować ze ścigania się w konkursach, w których naprawdę nie ma znaczenia, co masz do powiedzenia swoim filmem, co pokazujesz, nie ma znaczenia zawodowstwo i jakość. Taką zresztą decyzję już podjąłem - moje filmy nie będą się ścigać na polskich festiwalach. Byłem jurorem ponad 20 konkursów filmowych, m.in. w Wenecji, Berlinie, Oberhausen, Mannheimie i Krakowie. Widziałem na własne oczy, jak wybitne dzieła nierzadko przegrywają, a ja nic właściwie nie mogę zrobić. Wygrywają za to filmy średnie, nijakie, bo tak wynika ze zwykłej arytmetyki, albo wręcz kiepskie, mające za sobą silne lobby producenckie, dystrybucyjne itp. Tak naprawdę jest coś uwłaczającego w ściganiu się artystów. Zostawmy to koniom, które ściganie się mają we krwi.