http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Niewybory

Kinga Dunin
21.06.2009 , aktualizacja: 17.06.2009 17:33
A A A Drukuj
W tenisówkach

Fot. Jacek Piotrowski
Dwudziestolecie prawie wolnych wyborów i zaraz potem głosowanie do europarlamentu coś mi uświadomiły. 20 lat temu po raz pierwszy w życiu - i jak dotąd ostatni - ludzie, na których zagłosowałam, weszli do parlamentu takiego czy innego. Chociaż też uczciwie trzeba przyznać, że nie głosowałam na nich, tylko przeciwko komunie. Jak wszyscy, cały naród, który postanowił zrzucić jarzmo... W każdym razie tak się dzisiaj mówi.



A jak było naprawdę? Frekwencja wynosiła nieco powyżej 60 procent. Pozostałe 40 nie chciało ani zrzucać jarzma, ani go narzucać. Miało to w nosie. Prawicowcy twierdzą, że byli to ludzie, którym honor nie pozwalał uczestniczyć w wyborach nie całkiem wolnych. Pozwolę sobie jednak w to wątpić. Gdzie dawniej byli ci bezkompromisowi antykomuniści, których tak brzydziły wybory nie całkiem wolne w roku 1989? Gdzie byli, kiedy wybory były absolutnie niewolne? Wiadomo gdzie. Przy urnach. Wówczas bowiem mieliśmy 98-procentową frekwencję. I w końcu głosowali nie z wielkiego strachu przed strasznymi represjami i natychmiastową wywózką na Sybir, tylko ze zwykłego konformizmu i małego strachu, zresztą niezbyt uzasadnionego.



W latach 70. czy 80. chyba już nic za to nie groziło, co sprawdziłam osobiście. Dziś może nie jest to ani takie ważne, ani szczególnie interesujące, przynajmniej dopóki ktoś z niegłosujących w 1989 roku nie próbuje się zapisywać w szeregi bezkompromisowej prawicy. Powróćmy jednak do głosujących, którzy wszyscy opowiedzieli się przeciwko komunie i teraz mają prawo się z tego cieszyć i to świętować. W przeciwieństwie do skomplikowanej ordynacji wyborczej do Sejmu wybory do Senatu były wolne. I to w nich zwycięstwo 'Solidarności' objawiło się w tak spektakularny sposób - 99 mandatów na 100! Pamiętajmy jednak, że nie były to wybory proporcjonalne, tylko większościowe. Nie oznaczało to więc, że 99 procent głosujących popierało 'Solidarność'. W istocie na jej kandydatów zagłosowało około 60 procent biorących udział w wyborach. 60 procent z 60. Jak komuś się chce liczyć, nich liczy. Wynik jest jednak pewny - była to mniejszość społeczeństwa. Po 20 latach to, co było dziełem mniejszości, stało się własnością wszystkich - tylko nie wiadomo, których wszystkich, tych z Krakowa czy z Gdańska?



A poza tym w ogóle nie wiadomo, czy mieliśmy w tym jakikolwiek udział. Przy okazji bowiem można było usłyszeć, że jest to dzieło papieża. A nawet Ducha Świętego. Tę ostatnią hipotezę z całą pewnością należy jednak odrzucić. To, co widzimy, nie może być dziełem jednej z nieskończenie mądrych osób Trójcy. Duch Święty nie sfuszerowałby tak sprawy. W każdym razie od czasu tamtych wyborów nigdy nie udało mi się nikogo wybrać, chociaż głosowałam.



Dzisiaj, kiedy rozstrzyga się polski wyścig między PO i PiS, wyścig, który średnio mnie interesuje, na pocieszenie oglądam sobie wyniki wyborów w innych krajach, w których mój głos by się nie zmarnował. Są takie. Nigdzie ugrupowania, które mi się podobają, nie osiągnęły oszałamiających sukcesów, ale przynajmniej można by sobie powiedzieć: jestem w liczącej się mniejszości. W Polsce natomiast jestem marginesem marginesu. I trudno. Daje mi to nieograniczone prawo do narzekania na wszystko i wszystkich. Tych, co rządzą, ja nie wybierałam. Mogę sobie ponarzekać np. na obchody dwudziestolecia, na szpalery panów opluwających się od gór do morza, zza których nie widać było żadnej kobiety. I mam nadzieję, że Kongres Kobiet Polskich, który odbywa się w Warszawie, kiedy państwo to czytają - a ja jeszcze nie wiem, jak będzie wyglądał, bo mówię z przeszłości - pokaże, że może być inaczej. Że ludzie o różnych poglądach mogą coś zrobić wspólnie. Że 20 lat wolnej Polski to także kobiety i ich działania. Że gdyby to one znalazły się w pierwszym szeregu, może byłoby choć trochę lepiej. Że poza kłopotliwym Wałęsą jest ktoś taki jak Henryka Krzywonos, która zawróciła go do stoczni, kiedy zabrakło mu determinacji.



Podziel się