http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Zielone brygady

Lidia Pańków, Agnieszka Rodowicz
07.06.2009 , aktualizacja: 04.06.2009 10:33
A A A Drukuj
Amerykanka Edina Tokodi tworzy obrazy, wtykając mech w szpary w parkanach, billboardach i murach 
Fot. BULLS Amerykanka Edina Tokodi tworzy obrazy, wtykając mech w szpary w parkanach, billboardach i murach
Przyłącz się do kwiatowego wandalizmu!
Grupa Richarda Reynoldsa, przywódcy ruchu guerilla gardening, czyli ogrodniczej partyzantki, podczas akcji w południowym Londynie
Fot. FOTOLINK
Grupa Richarda Reynoldsa, przywódcy ruchu guerilla gardening, czyli ogrodniczej partyzantki, podczas akcji w południowym Londynie
ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
Pomidory czy róże? Richard Reynolds, nieformalny lider londyńskiego ruchu guerrilla gardening, czyli ogrodniczej partyzantki, nie ma takiego dylematu. Żadnej marchewki! Nie ma mowy o rzepie. Reynolds jest estetą, interesuje go tylko efekt dekoracyjny. Sadzi stokrotki, kapryfolium, rozmaite pnącza, pospolite motylki, tulipany, maki. Najbardziej lubi kwiaty czerwone, bo te najlepiej jego zdaniem wkomponowują się w bury Londyn. Tworzy roślinne ornamenty na rondach, rozjazdach, poboczach szos, opuszczonych parcelach. Zdarza się, że w drodze z pubu zaczyna zbierać śmieci i pielić. Potem idą w ruch łopata, motyka, grabki. W nocy podjeżdża van załadowany sadzonkami, nawozem, pojemnikami z wodą. Miejski partyzant nigdy nie ma wolnego.



Reynolds doczekał się portretu w 'New York Times Magazine', w majowym numerze brytyjskiego miesięcznika o modzie 'Harper's Bazaar' pozuje jako celebryta. Londyńskie Muzeum Historii Ogrodnictwa zaprosiło go do poprowadzenia debaty. Pozycję światowego lidera miejskiej partyzantki ugruntowała jego opublikowana w zeszłym roku książka 'On Guerrilla Gardening: A handbook for gardening without boundaries' ('O partyzanckim ogrodnictwie, podręcznik ogrodnictwa bez granic'). Początki partyzanckiej działalności Reynoldsa były skromne. Pięć lat temu wypielił w nocy kwietniki pod swoim dziesięciopiętrowym blokiem w robotniczej dzielnicy Londynu Elephant Castle. Posadził szczepy, które dostał od matki z Devon. Te i kolejne wyczyny rejestrował w blogu www.guerrillagardening.org, który szybko stał się platformą do wymiany informacji na skalę międzynarodową. Dziś ponad 4 tys. osób zalogowało się jako 'rekruci'.



Partyzanci sami przyznają, że poruszają się na granicy prawa. 'Przyłącz się do kwiatowego wandalizmu' - brzmi hasło aktywistów z Toronto. - Ale co to za przestępstwo sadzić kwiaty? - zastanawia się sam Reynolds. Jeśli z czymś walczą, to z apatią i zaniedbaniem. Uprawiają anarchizm konstruktywny - na miarę XXI wieku. Spotkania z policją zwykle kończą się upomnieniem. Partyzanci wolą to niż użeranie się z urzędnikami. Bo żeby posiać trawnik, trzeba złożyć podanie, powołać ekspertów, uzyskać pozwolenie...



Jacek Powałek, mieszkaniec warszawskich Kabat, dwa lata temu zasadził przed swoim blokiem kilka drzew. Mówi o tym: - Zająłem się rozkosznie nielegalną działalnością. Trzy lata starał się, bezskutecznie, zainteresować urząd dzielnicy pomysłem zazielenienia pustego placu. Na miejscu akcji zostawił plakat z apelem do mieszkańców, by razem posadzić park. Dzisiaj rośnie tam ponad sto drzew, 650 krzewów, klomby z kwiatami, trawniki - wszystko za pieniądze mieszkańców osiedla. Park nadal jest nielegalny. - Minie jeszcze pewnie kilka lat, zanim uda się załatwić wszystkie pozwolenia - mówi Jacek. - Dobrze, że nie zwlekałem.



Według Karola Chądzyńskiego, byłego prezydenta Łodzi i prezesa Łódzkiego Przedsiębiorstwa Ogrodniczego, partyzantka ogrodnicza nie jest oddolnym działaniem społecznym, a wywrotową działalnością polityczną. Aby utwierdzić eksprezydenta w tym przeświadczeniu Grupa Pewnych Osób skopała i obsiała zaniedbany trawnik obok jego domu. W Opolu legendą jest już tajemniczy Pan Różany, który toczy bój z administracją o posadzone przez siebie róże, o które od lat sam dba. Kanadyjski kolektyw Windsor Guerilla Gardening mówi o swoich poczynaniach, że to skrzyżowanie starań o samowystarczalność z walką klasową: - Uprawianie publicznych przestrzeni daje równe szanse wszystkim ludziom, nie tylko tym, których stać na domek z ogródkiem.



'Ogrodnicza partyzantka miejska nie jest wymysłem bogatych dzieciaków, zbyt tchórzliwych na zabawy koktajlami Mołotowa. Miejskimi partyzantkami są i babcie, i studentki' - można przeczytać na polskim blogu Miejskiej Partyzantki Ogrodniczej (www.mpo.blox.pl). 71-letnia Élise, paryżanka z Dzielnicy Łacińskiej, przysłała londyńskim towarzyszom raport ze swojej inicjacji w walkę: 'Kiedy w radiu usłyszałam o waszej działalności, byłam zachwycona i zaintrygowana jako osoba z natury niezależna i sprzeciwiająca się wszelkim formom władzy i konformizmu'. Élise roztoczyła opiekę nad betonowym klombem i wyhodowała na nim nasturcję i rukolę. Do podlewania grządek zaangażowała zaprzyjaźnionego 50-letniego właściciela małej kwiaciarni z ulicy Lhomond (od niego kupiła kompost w dobrej cenie). 'Wszystko robię za dnia, co sprawia, że jest jeszcze bardziej niebezpiecznie. Bałabym się szlajać sama po mieście w nocy' - podkreśla Élise. Niektórzy partyzanci chcą rzucać się w oczy i zakładają odblaskowe kamizelki robotników drogowych. Reynolds czasem wybiera miejsca, gdzie jest duży ruch: - By ludzie mogli zobaczyć efekty naszego działania.



'W Polsce osoby, które nawet nie słyszały o tej partyzantce, praktykują ją od lat. Ostatnio na Inżynierskiej na warszawskiej Pradze spotkałem starszą kobietę, która wzięła pod opiekę teren przy przystanku. Była dumna z krzaku porzeczki, który udało jej się tam wyhodować' - relacjonuje Krzysiek Herman, doktorant w Katedrze Sztuki Krajobrazu na SGGW. Reynolds preferuje sadzenie kwiatów, istnieją oddziały, które uprawiają wyłącznie warzywa i owoce. Fallen Fruit z Los Angeles uważają, że sadzenie drzew i krzewów ozdobnych to marnowanie publicznych pieniędzy, wody i energii. - Niech wzdłuż naszych ulic rosną jabłonie i grusze! - postulują David Burns, Matias Viegener i Austin Young. Największy park w LA chcą zamienić w sad owocowy. Dla amerykańskiej organizacji Primal Seeds warzywno-owocowy guerrilla gardening to sposób walki z niesprawiedliwą dystrybucją żywności na świecie i korporacyjną kontrolą produkcji.



Początki ruchu trudno określić. Wzmianek o podobnych praktykach Reynolds doszukuje się w Ewangelii według świętego Mateusza. Za prekursorów zielonych brygad uważa XVII-wiecznych diggersów (kopaczy) w Anglii. Grupa założona przez kupca Gerrarda Winstanleya sprzeciwiała się rosnącym cenom i niesprawiedliwemu podziałowi ziem, uprawiając warzywa na nieużytkach w hrabstwie Surrey. Nazwę 'guerilla gardening' wymyśliła w 1973 roku Liz Christy, malarka z Dolnego Manhattanu. W zamieszkanej przez bohemę niszczejącej dzielnicy Lower East Side sadziła z przyjaciółmi warzywa, kwiaty i drzewa. Zaniedbany teren zamienili w ogród, który udało się ochronić przed deweloperskimi zakusami i do dziś istnieje jako Liz Christy Community Garden (www.lizchristygarden.org). Po wstukaniu 'guerilla gardening' w portalu społecznościowym Facebook wyskakuje kilkanaście grup: z Manchesteru, Paryża, Grecji, Pragi, Melbourne. Na mapie 'zapalnych punktów ogrodniczej partyzantki', która otwiera książkę Richarda Reynoldsa najgęściej jest w USA i Europie, ale Afryka i Ameryka Południowa też mają swoich aktywistów w Nairobi, Johannesburgu, Buenos Aires, Santa Antonio.



Bez internetu ruch nie miałby szans rozpowszechnić się tak błyskawicznie. Typowy zapis akcji w blogach i YouTube to zdjęcie 'przed' i 'po'. Na polskim www.mpo.blox.pl postów na razie niewiele. Na pierwszej akcji wiosną tego roku partyzantów z warszawskiego MPO było dwóch. Miesiąc później na zaniedbanych kwietnikach przy reprezentacyjnym Nowym Świecie sałatę, seler i bratki sadziło już kilkanaście osób. Wśród nich Barbara, nauczycielka, z wnuczką Gabrysią. - Takie akcje pokazują ludziom, że samemu można wiele zdziałać. Przyszłam, bo chciałam się dowiedzieć, co można posadzić na balkonie. Mieszkanka kamienicy, przy której sadzono kwiaty i warzywa, była oburzona. - Ideę popieram, ale ta akcja była pod publiczkę. Dlaczego nie zajęli się zaniedbanym skwerem na tyłach ulicy? Dlaczego sadzą sałatę na dziedzińcu pałacu Branickich? Dlaczego nie zaprosili nas, mieszkańców, do wspólnego działania, nie zapytali o zdanie? Moglibyśmy wtedy poprosić o zasadzenie drzew, które jakiś czas temu wycięto. Sadzenie sałaty przy ruchliwej ulicy to według niej marnowanie jedzenia. - Przecież nikt takiej sałaty jeść nie może. Nawet królik.



Nie wszystkie akcje kończą się sukcesem. Potrzebna jest osoba, która zasadzoną rośliną będzie się opiekować. To zasada z kodeksu zielonej partyzantki, od której odstępstwa nie ma. Fiaskiem zakończyła się akcja rewitalizacji kwietników pod Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego zorganizowana przez MPO i kolektyw Kwiatuchi w ramach Święta Ulicy Hożej. Interweniowała ochrona, a rośliny uschły - bo nie miał ich kto podlewać. W przestrzeni niczyjej trudno też zapobiec kradzieżom - taki los spotkał pospolity szczypiorek pod Infoszopem na Kijowskiej.



Artyści zainteresowali się ogrodniczą partyzantką. Shannon Spanhake z Chennai w Indiach (artystka i inżynier elektryk) założyła miniogródki w dziurach w jezdni w meksykańskiej Tijuanie. - Dziury są jak znak 'fuck you', który natura pokazuje człowiekowi - mówi Shannon. - Pojawiają się, człowiek zalewa je betonem, a one znowu się pojawiają. Amerykanka Edina Tokodi w parkany, billboardy, mury wtyka instalacje z mchu. Czasami musi je później pielić, podlewać, ale zazwyczaj żyją własnym życiem. Mają zachęcać ludzi, żeby się nimi opiekowali, bo 'mieszkańcy miast stracili kontakt z naturą'. Zielone graffiti tworzy Anna Garforth z Londynu. Pisze na murach mchem. Żeby przeczytać wiersz w całości, trzeba szukać jego fragmentów w całym mieście. Polska artystka Teresa Murak w różnych miejscach Warszawy wysiała nasiona lnu, słoneczników, malw, gryki, chabrów, maków, rzeżuchy oraz zbóż (rośliny, których zwykle się nie widuje w metropolii). Chce zaskakiwać przechodniów i kierowców. Jej prace to walka o terytorium, o zapomnianą, porzuconą, marginalną przestrzeń. Ruch guerrilli gardening stał się na tyle modny, że firma Adidas zrealizowała film reklamowy oparty na typowej akcji: grupa chłopaków rusza w nocy w miasto w samochodzie załadowanym sadzonkami. Na Węgrzech synchroniczna partyzancka akcja w czterech miastach reklamowała festiwal rockowy Hegyalia.



Podziel się