http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif
A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum

Sprzątanie domu

rozmawiał Tadeusz Sobolewski
2009-04-12, ostatnia aktualizacja 2009-04-08 15:56

Fot. Teresa Starzec

'To, co oglądamy, nie zostało wymyślone - samo życie stworzyło tę rowerową lawinę, która zaczęła pożerać mieszkanie, zagarniać dom' - z malarką Teresą Starzec spotkał się Tadeusz Sobolewski

<b>Teresa Starzec</b> 
- ur. 1952, jest malarką, graficzką. W roku 1991 założyła wraz z mężem, malarzem Andrzejem Bielawskim, Szkołę Rysunku i Malarstwa, tzw. Atelier Foksal, gdzie oboje nauczają. Wystawa Teresy Starzec czynna jest obecnie w galerii Fundacji Atelier, Foksal 11, 2. piętro, Warszawa. Jej obrazy można oglądać w Galerii Klimy Bocheńskiej w Wytwórni Wódek 'Koneser'
Teresa Starzec - ur. 1952, jest malarką, graficzką. W roku 1991 założyła wraz z mężem, malarzem Andrzejem Bielawskim, Szkołę Rysunku i Malarstwa, tzw. Atelier Foksal, gdzie oboje nauczają. Wystawa Teresy Starzec czynna jest obecnie w galerii Fundacji Atelier, Foksal 11, 2. piętro, Warszawa. Jej obrazy można oglądać w Galerii Klimy Bocheńskiej w Wytwórni Wódek 'Koneser'
ZOBACZ TAKŻE
W Atelier drzwi niemal się nie zamykają, wciąż dzwoni dzwonek. Schodami starej, szykownej warszawskiej kamienicy przy Foksal 11 suną w górę i w dół dzieci z rodzicami. Niosą kartonowe rulony, dźwigają gliniane rzeźby. Jednego dnia trzy- i sześciolatki, innego - licealiści, studenci. Modne miejsce. Nad tym rozgwarem unosi się wysoki głos Teresy. Teresa Starzec wraz z mężem, malarzem Andrzejem Bielawskim, stworzyła Szkołę Rysunku i Malarstwa, popularnie zwaną Atelier. Jest niepodobna do swojego delikatnego malarstwa. Energiczna, nieustępliwa. To ona wywalczyła to miejsce, obroniła je. Z Andrzejem stworzyła Kamienicę Artystyczną Foksal 11. Atelier wciąż się rozrasta.



Teresa w pierwszej chwili sprawia wrażenie osoby rozproszonej, żyjącej na luzie. Fantazyjna, kolorowa, trochę hipisowska, w turkusowych okularach, z czupryną oranżowych włosów. Raz dziecko przyprowadzone na zajęcia do Atelier stanęło przed nią z otwartą buzią i oglądało jak żywy obraz, pytało, czy może dotknąć klipsów jak cukierki. Znamy się z Teresą długo - tym trudniej mi ją opisać. Chcę opowiedzieć nie o niej samej, ale o tym, co mówi jej wystawa - instalacja pokazana ostatnio w warszawskiej galerii Fundacji Atelier. Wchodzi się jak do czyjegoś mieszkania. I od razu niespodzianka. Bo jest pokój, obrazki na ścianach, szafka nocna, zarysy mebli - ale to wszystko ledwo widoczne spod zalewu żelastwa. Rowery. Sterty rowerów, wyścigowych i dziecinnych. Koła ze szprychami, kolorowe ramy, łańcuchy, dętki. Ktoś porównał to do kołdry zrobionej ze śrub, łańcuchów, świateł odblaskowych. Napierające rumowisko. Zastygła rowerowa dynamika.



Surrealistyczny pomysł? Nie - odtworzenie prawdziwego miejsca i tego, co z nim zrobił czas. To, co oglądamy, dlatego jest tak mocne, że nie zostało wymyślone - samo życie stworzyło tę rowerową lawinę, która zaczęła pożerać mieszkanie, zagarniać dom. 'Natłok metalowych części kryje w sobie katastrofę. Nasuwa się porównanie z zegarmistrzem, który zmalał ze starości i pogubił się w labiryncie własnego warsztatu' - napisała w katalogu Alicja Bielawska, córka Teresy, rzeźbiarka. Przechodzimy do drugiego pomieszczenia - tam dla odmiany biało, czysto, przestronnie. Projektory rzucają na ściany dwie serie slajdów. Widzimy znajomy zalew rowerowych części. Na slajdach widać, jak rowery wychodzą z domu na ogród, przerastają zielenią, posypane śniegiem stają się częścią przyrody. Bawią się w chowanego, układają przed obiektywem w wymyślne martwe natury. Ale to, co przedtem przytłaczało ciężarem materii, zapachem metalu, tu, na zdjęciach, staje się wysublimowane, lekkie.

Jesteśmy z Teresą sami.

To krakowski dom twojego ojca?

Tak. Czuję jego obecność za tymi przedmiotami. Jakbym słyszała głos mojego taty. Zawsze wydawał mi się postacią jak ze 'Sklepów cynamonowych' Schulza - nieprzystosowany do rzeczywistości, bezskutecznie usiłujący nad nią zapanować. Życiem kierowała mama. Kiedy jej zabrakło, tata pogrążył się w swoim świecie, ale przegrywał z obrastającą go materią. Rowery były jego fascynacją. Trenował kolarstwo, przed wojną należał do jakichś rowerowych bractw. Na rowerze uciekał od Niemców wywieziony na roboty. Rower to była jego wolność i jego hobby. Po wojnie reperował rowery, składał je, gromadził części kierowany złudną wiarą, że niczego nie można wyrzucić, bo wszystko jeszcze do czegoś nam się przyda. Pamiętam wypchaną po brzegi szufladę biurka mojego ojca, a w niej obok stert kołonotatników stare żyletki, czeskie 'ołówki mechaniczne' w metalowej oprawce, grafity, sprężynki, gumki, pinezki, stare okulary... To były czasy, kiedy wszystkiego brakowało. Przedmioty miały swoją wartość. Dziś są wymienne, jednorazowe. Wyrzucane - tworzą gigantyczne śmietniki, 'sfabrykowane pejzaże', o których powstał w zeszłym roku słynny kanadyjski dokument pokazujący pola dyskietek komputerowych ciągnące się po horyzont. Takie śmietniska są w Chinach. Przyszłość świata to jeden wielki śmietnik. Szuflada ojca.



Widziałam ostatnio śmietniki indyjskie. W tym koszmarze tylko dwa razy znalazłam ład - i sfotografowałam go. Pewnego razu w naszym autokarze popsuło się koło i zjechaliśmy do miasteczka, które było zagłębiem warsztatów samochodowych. W warsztacie, do którego trafiliśmy, panował porządek wręcz idealny, jaki trudno sobie wyobrazić. Zrobiłam na poczekaniu serię 300-400 zdjęć z tego jednego miejsca. Może je kiedyś pokażę? Drugi ład znalazłam w Nepalu - to były buddyjskie kolorowe szmatki modlące się na tle nieba. Poza tym Indie widziane z okienka autokaru wydały mi się straszliwym chaosem, jednym wielkim śmietniskiem. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie ma we mnie zgody na rozkład. Zawsze, gdziekolwiek byłam, na wsi, na plenerach malarskich czy w Wenecji, fotografowałam miejsca naznaczone destrukcją, opuszczone domy. Ale nie było w tym fascynacji rozkładem, przeciwnie - niezgoda na to, że nasz dom, który właśnie wyremontowaliśmy z Andrzejem, mógłby zamienić się kiedyś w takie chaotyczne zbiorowisko przedmiotów. Ratuję się formą. Przenoszę chaos w sferę formy.

Może dlatego tak przeraziły cię Indie, że miałaś je już w krakowskim domu?

Ojciec po śmierci mamy nie zapanował nad przyrostem rzeczy. Wnętrze, które widzieliśmy przed chwilą, to mój dawny pokój w domu rodziców - taki właśnie zobaczyłam po latach. Moje dawne biurko było przykryte warstwą rowerowych części, trudno było się do niego dokopać. Oczyściłam swój pokój i ustaliłam z tatą, że pokażę to ludziom. Za jego zgodą zrobiłam z tego instalację w galerii Otwarta Pracownia w Krakowie. Planowałam, że oddam potem te części rowerowe na złom, jednak przekonano mnie, żeby przenieść wystawę dalej. Załadowałam żelastwo na ciężarówkę i przywlokłam tę swoją pępowinę do Warszawy. Znajomi zaczęli mi opowiadać podobne historie o swoich domach. Przypomniałam sobie twoją historię ciotek z Targowej, które od wojny niczego nie wyrzucały.

Udało ci się sfotografować czas. Bo to on sprawia, że zalewają nas przedmioty.

Jeździłam latami do krakowskiego domu, robiłam zdjęcia - mam ich ponad cztery i pół tysiąca. Początkowo robiłam to tylko dla siebie - próbowałam w ten sposób siebie jakoś uporządkować. Dopiero zaprzyjaźniony fotografik Andrzej Świetlik powiedział mi, że w tym jest coś więcej niż dokument, zapis, ilustracja konkretnego przypadku. Chciałam przekazać coś nieprzekazywalnego, co nie da się opowiedzieć, a co każdy jakoś tam zna z rodzinnego życia.

Ta straszna miazga rzeczy, którą oglądamy w pierwszym pokoju, potem, kiedy widzimy ją na slajdach, jakby wzlatuje. Od czego uwalniają cię te zdjęcia? Od siebie? Od ojca?

Od traumy tego miejsca.

Ojca też uwalniasz od ciężaru.

Ta wystawa to był mój hołd tacie. Kilka lat temu wylądował w szpitalu. Pierwszy raz od wielu lat znalazł się poza domem. Bałam się, że wyjęty z tego swojego zbioru, z którym jest tak bardzo zrośnięty, popadnie w depresję. Przywoziłam mu do szpitala swoje 'martwe natury', zdjęcia jego rowerów, na pocieszenie. Te przedmioty przez 15 lat, od śmierci mamy, trzymały go przecież przy życiu. Ale powoli dochodzi do oczyszczenia. Tata niedawno zdecydował, że skoro już z częścią rzeczy się rozstał, może rozstać się z resztą. Zabawne, że teraz ja z kolei zdecydowałam się nie wyrzucać rowerowych części. Popakuję je w pudła i schowam w piwnicy - jeszcze się przydadzą.

Źródło: Wysokie Obcasy
Brak komentarzy

W numerze z 30 stycznia

  • Szukam kogoś dla siebie

    Z Jackiem Olszewskim, mężem Agaty Mróz, rozmawia Wojciech Staszewski

  • Zwyczajna córka

    Rozmowa z aktorką Aliną Świdowską, córką Adiny Blady-Szwajger, lekarki z getta. W spektaklu 'I więcej nic nie pamiętam' na podstawie pamiętnika matki Alina Świdowska ...