Leonor Fini
09.12.2000
, aktualizacja: 08.12.2000 17:00
Odkryli ją surrealiści. Zobaczyli jej obraz i zapragnęli poznać autorkę. Przyszła w szatach kardynała. Chciała się przekonać, co czuje kobieta nosząc strój mężczyzny, który nigdy nie pozna kobiecego ciała
Jeden grób na cmentarzu w miasteczku Saint-Dyé nad Loarą inny jest niż pozostałe. Zamiast pstrokatego lastryko - kremowobiały kamień i trzy nazwiska: Stanislao Lepri, Constantin Jelenski, a między nimi Leonor Fini. Żadnych dat. Zamiast krzyża pionowa płyta z renesansową płaskorzeźbą anioła, kupioną przed laty u paryskiego antykwariusza.
Stanislao Lepri (1905 - 1980) był włoskim konsulem w Monako, który za namową Leonor Fini rzucił dyplomatyczną karierę i z dnia na dzień stał się malarzem surrealistą. Spotkali się w Monte Carlo w 1941 roku i od tej pory pozostali nierozłączni.
Konstanty A. Jeleński (1922 - 1987), zwany przez przyjaciół Kotem, urodził się w Warszawie. W grudniu 1939 roku wyjechał do Rzymu i nigdy już do Polski nie wrócił. Od 1952 roku mieszkał w Paryżu, należał do kręgu "Kultury". Pisarz o znakomitym wyczuciu stylu, wielokulturowej erudycji i niespotykanej wrażliwości, który pozostawił po sobie kilkaset esejów pisanych w czterech językach, nie stworzył jednak wielkiego dzieła. "Był urodzonym artystą - powiedział o nim przyjaciel Jan Lebenstein. - Był, tylko że uważał, że może stworzyć coś innego, uważał, że on, właśnie wskutek tych wszystkich swoich darów spełni swoją rolę wspierając i inicjując twórczość innych".
I wreszcie ona, Leonor Fini (1908 - 1996). Nie lubiła, gdy nazywano ją malarką. Jej życie było dziełem sztuki na równi z jej obrazami. Zaskakujące, że nie doczekała się dotąd biografii.
Entree damy
"Jest dynamiczna, bardzo inteligentna, również piękna, a w każdym razie atrakcyjna, o wydatnych dumnych ustach i ogromnych, zielonawozłoto fosforyzujących kocich oczach" - pisał Klaus Mann, który lubił przesiadywać w rzymskiej pracowni Leonor Fini. "Była osobą poza przyjętymi pojęciami urody, elegancji. Jednocześnie szalenie kobieca i nie obnosząca swej kobiecości. Przy tym o urodzie bardziej niż wyrafinowanej i owym rodzaju magicznej prezencji" - wspominał Lebenstein, który odwiedzał ją w Paryżu.
Życie Leonor Fini nie było sennym teatrem cieni, lecz operowym spektaklem wielkich pasji. Pełnym erotycznych gier i wybuchów furii, błyskotliwych tyrad wygłaszanych nieznoszącym sprzeciwu głosem i dziecięcej spontaniczności. Kiedy się pojawiała, zamierały nawet szepty. "Drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy szelest jedwabiu - opowiadał mi jej długoletni przyjaciel Richard Overstreet. - Potem zapach perfum: bardzo mocnych, ostrych, prowokujących... Była uwodzicielska w każdym calu. Mówiła wspaniale zbudowanymi zdaniami, bez chwili wahania. Jakby czytała scenariusz, który miała w głowie".
Jej stroje wywoływały w Paryżu sensację. Szeptano, że pojawiła się w operze okryta płaszczem z syberyjskich wilków i nie miała nic pod spodem, innym razem widziano ją ubraną jedynie w czarne pióra. Uwielbiała olbrzymie kapelusze, diademy, pióropusze. Jej maski zwierzęce robiły furorę na balach w Paryżu, Rzymie i Wenecji. Najbardziej niesamowitą wymodelowała na swojej twarzy z cienkiej jak pergamin skóry węża.
W latach czterdziestych projektowała kostiumy i dekoracje do baletów, spektakli operowych i teatralnych. "Chcąc nie chcąc, wszyscy twórcy są teatralni: na scenie, z konieczności w masce, gdyż nie ufają spojrzeniu innych, nie mogąc się bez niego obejść" - pisała z okazji jednej z wystaw. Była teatralna, a jednocześnie była sobą. Siebie wpisała także w swoje malarstwo. "Naprawdę dzieje się tu tylko jedno: patrzymy na nieustające entree damy, która wchodzi dziesiątki razy w coraz to innym przebraniu, coraz to nowej roli. Stroi się w płaszcze o bizantyjskim przepychu, w kapelusze bogate jak ogrody, w pióropusze obfite jak u azteckiego boga [...] Entree powtarza się, ale nie ma w tym monotonii ani pretensjonalności, ani sztuczności - pisał Andrzej Osęka z okazji jedynej polskiej wystawy Leonor Fini w 1977 roku. - Cała ta egzotyczność, ezoteryczność jest prawdziwa...".
Una Triestina
Przyszła na świat w Buenos Aires. Różne encyklopedie podają dwie daty urodzin - 1908 i 1918, ta pierwsza uchodzi za prawdziwą. Jej ojciec, Herminio, był właścicielem ziemskim, który do Argentyny przybył z Neapolu. Matka, Malwina z domu Braun, pochodziła z Triestu, w jej żyłach płynęła krew niemiecka, włoska i słoweńska. Po ślubie Herminio stał się ponurym despotą, a odcięta od świata hacjenda przypominała luksusowe więzienie. Malwina spakowała więc po cichu swoje kufry i uciekła do rodzinnego miasta, zabierając ze sobą Leonor. Herminio próbował odzyskać dziecko, a kiedy się to nie udało, najął porywaczy. Żona była jednak sprytniejsza, nakazała chodzić córce w przebraniu chłopca.
Dzieciństwo Leonor Fini to godziny spędzone w bibliotece wuja, gdzie czyta głównie rzeczy nieodpowiednie dla swojego wieku, wertuje pięknie ilustrowane księgi, zakochuje się w "Boskiej Komedii". To także wyprawy na pierwsze nieme filmy do triesteńskiego kina Eden. Aktor Konrad Veidt z "Gabinetu doktora Caligari" stanie się dla niej ideałem męskiej urody.
Jej największą pasją jest jednak rysowanie. "Większość dzieci porzuca rysowanie w wieku dziewięciu, dziesięciu lat: obserwując rzeczywistość uważniej, stają się mniej pewne siebie. Ja też patrzyłam pilnie, ale chęć rysowania nigdy mnie nie opuściła. Skąd talent? Z protestu? Trudności dostosowania się? Wyostrzonej percepcji? W każdym razie kierowałam nim sama, bez żadnych studiów, żadnej akademii sztuk pięknych..." - wspominała pod koniec życia. Podobno gdy miała trzynaście lat, ćwiczyła się w rysunku w kostnicy, którą odwiedzała dzięki życzliwości grabarza. Do końca życia nie opuści jej obraz leżącego na katafalku młodego Cygana.
Dzisiejszy Triest jest miastem prowincjonalnym, w stylowej "Caffe San Marco" przy via Battisti rzadko słyszy się intelektualne dysputy, w Cinema Eden, o zachwycającym secesyjnym frontonie, zobaczyć można tylko pornografię. Jednak ostatnie lata habsburskiej monarchii to czas, kiedy kupcy i bankierzy prześcigali się w budowaniu coraz to bardziej wyszukanych kamienic, ich dzieci uczyły się angielskiego u pana Jamesa Joyce'a, a w pobliskim Duino Rainer Maria Rilke pisał swoje elegie. W rodzinnym domu Leonor Fini rozmawiano w trzech językach - rzecz zwyczajna w Trieście, który był "najbardziej kosmopolitycznym miastem najbardziej kosmopolitycznego cesarstwa świata", miniaturą Europy. "Ilekroć się mówiło "ty jako Włoszka", Leonor odpowiadała z pewnym odcieniem irytacji: Io non sono una Italiana, sono una Triestina - nie jestem Włoszką, jestem triestenką" - wspominał Gustaw Herling-Grudziński.
Paryż u stóp
Odkryli ją surrealiści. Jak głosi legenda - urzeczeni obrazem, który zobaczyli w jednej z paryskich galerii, zapragnęli poznać jego autorkę. Przyszła na spotkanie w purpurowych szatach kardynała. Jak potem wyznała, chciała się przekonać, co czuje kobieta nosząc strój mężczyzny, który nigdy nie pozna kobiecego ciała. Z surrealistami łączyła ją fascynacja marzeniami sennymi i zamiłowanie do obyczajowych prowokacji.
Mimo pokrewieństwa wyobraźni Leonor Fini nie stała się członkinią ruchu, ale zaprzyjaźniła się z surrealistami. Krótko, lecz intensywnie, romansowała z malarzem Maxem Ernstem. W 1936 roku urządzili wspólną wystawę w Nowym Jorku. Wiele lat później Ernst napisze: "Jej obrazy przyprawiają o zawrót głowy. To otchłanie, które zdają się nieść zgubę: jakby pełne trupiego rozkładu. [...] Oszołomiony zuchwalec pozwala się wciągnąć i odkrywa, że otchłań, która zdawała się mroczna, zaludniona jest najbardziej zdumiewającymi i bajecznymi stworami, wolna od wszystkiego, co nieczyste i niebezpieczne".
Bliski związek łączył ją też z Salvadorem Dali i jego żoną Galą. Kiedy wybuch wojny wypłoszył ich z Paryża, zamieszkali obok siebie w Arcachon, niedaleko granicy hiszpańskiej. Gala, wyjeżdżając w interesach, zostawiała męża pod opieką Leonor, a on raz zwierzał się jej z pomysłu wykopania schronu w ogródku, innym razem zachęcał do kupna kamizelki kuloodpornej. Jedynym pomysłem Dalego, który jej się spodobał, był wyjazd do Ameryki, którą odwiedziła już trzy lata wcześniej. Potem zdarzało jej się żałować, że pozostała w Europie.
"Oboje byli dla mnie ogromnie interesujący, ale nie czułam do nich specjalnej sympatii - przynajmniej do niego, pomimo swojej olbrzymiej elokwencji był bowiem zamknięty w sobie niczym jajko..." - wspominała po latach. Odrzucało ją także skąpstwo Gali. Sama traktowała pieniądze niefrasobliwie. Jeden z jej znajomych wspomina, że kiedyś wyjeżdżając z Francji do Włoch "zawinęła wszystkie banknoty w wielką chustę od Hermesa i zawiązała ją na supeł; powstał z tego węzełek, jaki włóczędzy zarzucają sobie na plecy".
Do grona przyjaciół Leonor należeli też Paul Eluard, który uhonorował ją wierszem, jednooki malarz rodem z Rumunii Victor Brauner oraz demoniczny bibliotekarz, pisarz i filozof Georges Bataille. Jednak prawdziwym twórcą legendy malarki był nie mniej legendarny pisarz-skandalista Jean Genet.
Stanislao Lepri (1905 - 1980) był włoskim konsulem w Monako, który za namową Leonor Fini rzucił dyplomatyczną karierę i z dnia na dzień stał się malarzem surrealistą. Spotkali się w Monte Carlo w 1941 roku i od tej pory pozostali nierozłączni.
Konstanty A. Jeleński (1922 - 1987), zwany przez przyjaciół Kotem, urodził się w Warszawie. W grudniu 1939 roku wyjechał do Rzymu i nigdy już do Polski nie wrócił. Od 1952 roku mieszkał w Paryżu, należał do kręgu "Kultury". Pisarz o znakomitym wyczuciu stylu, wielokulturowej erudycji i niespotykanej wrażliwości, który pozostawił po sobie kilkaset esejów pisanych w czterech językach, nie stworzył jednak wielkiego dzieła. "Był urodzonym artystą - powiedział o nim przyjaciel Jan Lebenstein. - Był, tylko że uważał, że może stworzyć coś innego, uważał, że on, właśnie wskutek tych wszystkich swoich darów spełni swoją rolę wspierając i inicjując twórczość innych".
I wreszcie ona, Leonor Fini (1908 - 1996). Nie lubiła, gdy nazywano ją malarką. Jej życie było dziełem sztuki na równi z jej obrazami. Zaskakujące, że nie doczekała się dotąd biografii.
Entree damy
"Jest dynamiczna, bardzo inteligentna, również piękna, a w każdym razie atrakcyjna, o wydatnych dumnych ustach i ogromnych, zielonawozłoto fosforyzujących kocich oczach" - pisał Klaus Mann, który lubił przesiadywać w rzymskiej pracowni Leonor Fini. "Była osobą poza przyjętymi pojęciami urody, elegancji. Jednocześnie szalenie kobieca i nie obnosząca swej kobiecości. Przy tym o urodzie bardziej niż wyrafinowanej i owym rodzaju magicznej prezencji" - wspominał Lebenstein, który odwiedzał ją w Paryżu.
Życie Leonor Fini nie było sennym teatrem cieni, lecz operowym spektaklem wielkich pasji. Pełnym erotycznych gier i wybuchów furii, błyskotliwych tyrad wygłaszanych nieznoszącym sprzeciwu głosem i dziecięcej spontaniczności. Kiedy się pojawiała, zamierały nawet szepty. "Drzwi się otworzyły i usłyszeliśmy szelest jedwabiu - opowiadał mi jej długoletni przyjaciel Richard Overstreet. - Potem zapach perfum: bardzo mocnych, ostrych, prowokujących... Była uwodzicielska w każdym calu. Mówiła wspaniale zbudowanymi zdaniami, bez chwili wahania. Jakby czytała scenariusz, który miała w głowie".
Jej stroje wywoływały w Paryżu sensację. Szeptano, że pojawiła się w operze okryta płaszczem z syberyjskich wilków i nie miała nic pod spodem, innym razem widziano ją ubraną jedynie w czarne pióra. Uwielbiała olbrzymie kapelusze, diademy, pióropusze. Jej maski zwierzęce robiły furorę na balach w Paryżu, Rzymie i Wenecji. Najbardziej niesamowitą wymodelowała na swojej twarzy z cienkiej jak pergamin skóry węża.
W latach czterdziestych projektowała kostiumy i dekoracje do baletów, spektakli operowych i teatralnych. "Chcąc nie chcąc, wszyscy twórcy są teatralni: na scenie, z konieczności w masce, gdyż nie ufają spojrzeniu innych, nie mogąc się bez niego obejść" - pisała z okazji jednej z wystaw. Była teatralna, a jednocześnie była sobą. Siebie wpisała także w swoje malarstwo. "Naprawdę dzieje się tu tylko jedno: patrzymy na nieustające entree damy, która wchodzi dziesiątki razy w coraz to innym przebraniu, coraz to nowej roli. Stroi się w płaszcze o bizantyjskim przepychu, w kapelusze bogate jak ogrody, w pióropusze obfite jak u azteckiego boga [...] Entree powtarza się, ale nie ma w tym monotonii ani pretensjonalności, ani sztuczności - pisał Andrzej Osęka z okazji jedynej polskiej wystawy Leonor Fini w 1977 roku. - Cała ta egzotyczność, ezoteryczność jest prawdziwa...".
Una Triestina
Przyszła na świat w Buenos Aires. Różne encyklopedie podają dwie daty urodzin - 1908 i 1918, ta pierwsza uchodzi za prawdziwą. Jej ojciec, Herminio, był właścicielem ziemskim, który do Argentyny przybył z Neapolu. Matka, Malwina z domu Braun, pochodziła z Triestu, w jej żyłach płynęła krew niemiecka, włoska i słoweńska. Po ślubie Herminio stał się ponurym despotą, a odcięta od świata hacjenda przypominała luksusowe więzienie. Malwina spakowała więc po cichu swoje kufry i uciekła do rodzinnego miasta, zabierając ze sobą Leonor. Herminio próbował odzyskać dziecko, a kiedy się to nie udało, najął porywaczy. Żona była jednak sprytniejsza, nakazała chodzić córce w przebraniu chłopca.
Dzieciństwo Leonor Fini to godziny spędzone w bibliotece wuja, gdzie czyta głównie rzeczy nieodpowiednie dla swojego wieku, wertuje pięknie ilustrowane księgi, zakochuje się w "Boskiej Komedii". To także wyprawy na pierwsze nieme filmy do triesteńskiego kina Eden. Aktor Konrad Veidt z "Gabinetu doktora Caligari" stanie się dla niej ideałem męskiej urody.
Jej największą pasją jest jednak rysowanie. "Większość dzieci porzuca rysowanie w wieku dziewięciu, dziesięciu lat: obserwując rzeczywistość uważniej, stają się mniej pewne siebie. Ja też patrzyłam pilnie, ale chęć rysowania nigdy mnie nie opuściła. Skąd talent? Z protestu? Trudności dostosowania się? Wyostrzonej percepcji? W każdym razie kierowałam nim sama, bez żadnych studiów, żadnej akademii sztuk pięknych..." - wspominała pod koniec życia. Podobno gdy miała trzynaście lat, ćwiczyła się w rysunku w kostnicy, którą odwiedzała dzięki życzliwości grabarza. Do końca życia nie opuści jej obraz leżącego na katafalku młodego Cygana.
Dzisiejszy Triest jest miastem prowincjonalnym, w stylowej "Caffe San Marco" przy via Battisti rzadko słyszy się intelektualne dysputy, w Cinema Eden, o zachwycającym secesyjnym frontonie, zobaczyć można tylko pornografię. Jednak ostatnie lata habsburskiej monarchii to czas, kiedy kupcy i bankierzy prześcigali się w budowaniu coraz to bardziej wyszukanych kamienic, ich dzieci uczyły się angielskiego u pana Jamesa Joyce'a, a w pobliskim Duino Rainer Maria Rilke pisał swoje elegie. W rodzinnym domu Leonor Fini rozmawiano w trzech językach - rzecz zwyczajna w Trieście, który był "najbardziej kosmopolitycznym miastem najbardziej kosmopolitycznego cesarstwa świata", miniaturą Europy. "Ilekroć się mówiło "ty jako Włoszka", Leonor odpowiadała z pewnym odcieniem irytacji: Io non sono una Italiana, sono una Triestina - nie jestem Włoszką, jestem triestenką" - wspominał Gustaw Herling-Grudziński.
Paryż u stóp
Odkryli ją surrealiści. Jak głosi legenda - urzeczeni obrazem, który zobaczyli w jednej z paryskich galerii, zapragnęli poznać jego autorkę. Przyszła na spotkanie w purpurowych szatach kardynała. Jak potem wyznała, chciała się przekonać, co czuje kobieta nosząc strój mężczyzny, który nigdy nie pozna kobiecego ciała. Z surrealistami łączyła ją fascynacja marzeniami sennymi i zamiłowanie do obyczajowych prowokacji.
Mimo pokrewieństwa wyobraźni Leonor Fini nie stała się członkinią ruchu, ale zaprzyjaźniła się z surrealistami. Krótko, lecz intensywnie, romansowała z malarzem Maxem Ernstem. W 1936 roku urządzili wspólną wystawę w Nowym Jorku. Wiele lat później Ernst napisze: "Jej obrazy przyprawiają o zawrót głowy. To otchłanie, które zdają się nieść zgubę: jakby pełne trupiego rozkładu. [...] Oszołomiony zuchwalec pozwala się wciągnąć i odkrywa, że otchłań, która zdawała się mroczna, zaludniona jest najbardziej zdumiewającymi i bajecznymi stworami, wolna od wszystkiego, co nieczyste i niebezpieczne".
Bliski związek łączył ją też z Salvadorem Dali i jego żoną Galą. Kiedy wybuch wojny wypłoszył ich z Paryża, zamieszkali obok siebie w Arcachon, niedaleko granicy hiszpańskiej. Gala, wyjeżdżając w interesach, zostawiała męża pod opieką Leonor, a on raz zwierzał się jej z pomysłu wykopania schronu w ogródku, innym razem zachęcał do kupna kamizelki kuloodpornej. Jedynym pomysłem Dalego, który jej się spodobał, był wyjazd do Ameryki, którą odwiedziła już trzy lata wcześniej. Potem zdarzało jej się żałować, że pozostała w Europie.
"Oboje byli dla mnie ogromnie interesujący, ale nie czułam do nich specjalnej sympatii - przynajmniej do niego, pomimo swojej olbrzymiej elokwencji był bowiem zamknięty w sobie niczym jajko..." - wspominała po latach. Odrzucało ją także skąpstwo Gali. Sama traktowała pieniądze niefrasobliwie. Jeden z jej znajomych wspomina, że kiedyś wyjeżdżając z Francji do Włoch "zawinęła wszystkie banknoty w wielką chustę od Hermesa i zawiązała ją na supeł; powstał z tego węzełek, jaki włóczędzy zarzucają sobie na plecy".
Do grona przyjaciół Leonor należeli też Paul Eluard, który uhonorował ją wierszem, jednooki malarz rodem z Rumunii Victor Brauner oraz demoniczny bibliotekarz, pisarz i filozof Georges Bataille. Jednak prawdziwym twórcą legendy malarki był nie mniej legendarny pisarz-skandalista Jean Genet.
Poznali się prawdopodobnie w roku 1947 na dorocznym Bal Negre, balu dla czarnych mieszkańców Afryki i Antyli, na który trafili chyba przez pomyłkę. Jak pisze biograf Geneta Edmund White, Fini "z obrazami przedstawiającymi androgynicznych mężczyzn i kobiety, z niespodziewanym przechodzeniem z francuskiego na włoski, ze swymi atakami szału i autorytatywnymi opiniami, kotami, świeczkami i surową urodą - musiała zafascynować Geneta". Pamiątką tej przyjaźni jest poetycki hołd Geneta: "List do Leonory Fini".
Furia italiana
"Pragniemy widzieć, jak poprzez sztukę kieruje się Pani ku świętości" - pisał Genet. Jednak sama Leonor Fini wcale do świętości nie aspirowała. "Jestem wybitnie aspołeczna i złączona z naturą bardziej jako czarownica niż kapłanka" - opowiadała w jednym z wywiadów. Chciała być czarownicą mądrą, jasnowidzącą, niepostrzeżenie kierującą ludzkim losem. Choć była zbyt racjonalna, żeby korzystać z porad astrologów, wierzyła w grafologię. Kiedy ją ktoś zainteresował, prosiła o próbkę pisma i wysyłała ją do Rzymu do Marianne Leibel - uczennicy Junga. Richard Overstreet zapewnia, że został "prześwietlony" przez Leibel w dziewięćdziesięciu czterech procentach.
"Widziałem ją trzy razy i wierzyłem, że rzuca urok" - pisał krytyk teatralny Jan Kott. "Zawsze mnie przerażała, kapryśna i inteligentna, nieznośna" - wspominał przyjaciel i współpracownik Jeleńskiego François Bondy. Słynne były jej wybuchy gniewu. Krzyczała, drapała, ciskała w koło czym popadnie, a wreszcie, trzasnąwszy drzwiami, pozostawiała oniemiałe z przerażenia towarzystwo. "Furia italiana" - nazwał ją pieszczotliwie Max Ernst.
"Pamiętam, jak w trakcie przygotowań do wystawy w Muzeum Luksemburskim Kot Jeleński zaproponował niewinnie, żeby zrezygnowała z pokazywania obrazu, który mniej mu się podobał - wspomina Richard Overstreet. - Leonor nazwała go idiotą, krzyczała, że wszystko, co do tej pory mówił, musiało być kłamstwem, bo naprawdę zawsze jej nienawidził. Była jak bestia, gorgona. Ale Kot potrafił się bronić. Czasem krzyczeli na siebie po włosku przez kilka godzin, ale zawsze udawało mu się ją w końcu ugłaskać".
L'amour fou
Konstanty Jeleński o Leonor Fini usłyszał po raz pierwszy od swego przyrodniego brata, który był z nią przez jakiś czas związany (ojcem ich obu był podobno znany włoski polityk hrabia Carlo Sforza, choć sam Jeleński nigdy o tym nie wspominał, oficjalnie był synem polskiego dyplomaty). W wywiadzie, udzielonym niedługo przed śmiercią, Jeleński wspominał pierwsze spotkanie z Leonor, do którego doszło w Rzymie jesienią 1951 roku.
Wspólny znajomy umawia ich na wystawie malarstwa. Fini przychodzi wcześniej. Spogląda na zegarek, wreszcie zirytowana odchodzi. Chwilę później przybiega Jeleński, nie widząc jej, rzuca się w pogoń. Prowadzi go ciężki zapach perfum, który rozwiewa się dopiero na ulicy...
To spotkanie stało się początkiem niezwykłej historii miłosnej. Tym, co urzekło Leonor Fini w pierwszej chwili, nie była błyskotliwa inteligencja, ale uroda Jeleńskiego, zbliżona do ideału pamiętanego z dzieciństwa Konrada Veidta.
Konstanty Jeleński był dla niej postacią opatrznościową. "Potrzebowała kogoś uległego i mocnego zarazem. Kogoś, kto by towarzyszył jej w dziele życia. Tym dziełem była budowa jej ego. Kot został jej marszałkiem dworu, jej ministrem spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych. To on odpowiadał za kontakty ze światem, łagodził konflikty" - opowiadał mi eseista Wojciech Karpiński, który z Leonor Fini zetknął się kilkakrotnie podczas odwiedzin u Jeleńskiego.
"W rozmowach ze mną podkreślał triesteńskie pochodzenie Leonor jako jedną z przyczyn ich zżycia i miłości - wspominał Herling-Grudziński. - Leonor, która miała Słoweńców wśród przodków [...], rozumiała lepiej jego problemy, niżby je rozumiała rodowita Włoszka czy Francuzka".
Była zapewne pierwszą i jedyną kobietą, której Jeleński pragnął. Mimo dzielących ich czternastu lat. "Czas? Młodość - różnica wieku? Wydaje mi się, że to wszystko nie ma znaczenia. Nikt mnie tak silnie i tak stale fizycznie nie pociągał" - zwierzał się w liście Józefowi Czapskiemu.
Leonor miała też to, co podziwiał najbardziej: niezależność. Od mieszczańskich konwenansów i opinii tzw. autorytetów. Niezależność własnych sądów, wyborów życiowych i towarzyskich. Wreszcie - niezależność malarskich poszukiwań.
Mała grupka nietzscheańska
Wiosną 1952 roku Jeleński wraz z Leonor Fini przeprowadził się z Rzymu do Paryża, towarzyszył im Stanislao Lepri. Zamieszkali we trójkę. Złośliwcy nazwali ich "naszą małą grupką nietzscheańską", czyniąc aluzję do erotycznego "trójkąta filozoficznego": Fryderyk Nietzsche - Lou Salomé - Paul Rée. Jednak kiedy Leonor poznała Jeleńskiego, jej związek z Leprim dawno już się wypalił. Pozostali najlepszymi przyjaciółmi.
Byli niewiarygodnie szczęśliwi we troje. Dla Jeleńskiego wejście w świat Leonor Fini musiało być spełnionym marzeniem o powrocie do dzieciństwa. Do świata pozbawionego gorsetu zakazów i nakazów, świata całkowitej szczerości i absolutnego zaufania. Leonor nie była infantylna, po prostu zachowywała się jak mała dziewczynka. "Uwielbiała się bawić - wspomina Overstreet. - Miała w sobie dziecięcą niewinność i spontaniczność, ale także dziecięcy egotyzm i narcyzm".
Razem drwili ze sztywnych mieszczuchów i nadętych pseudointelektualistów. Kiedyś wybrali się do kina na ckliwy hollywoodzki romans, "Bosonogą contessę" Mankiewicza. Film wydał im się nieprawdopodobnie idiotyczny i Leonor prędko wybuchnęła przeraźliwym śmiechem, a Jeleński i Lepri do niej przyłączyli. Ludzie próbowali ich uciszyć, w końcu obsługa musiała siłą wyprowadzić ich z kina.
Wypracowali własny kod, oparty na im tylko znanych aluzjach i skojarzeniach. Jak wspominał Francois Bondy w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej": "W ich domu panowała zawsze dziwna atmosfera, nieustanne szepty, urywane chichoty, wszystko bardzo gombrowiczowskie".
Ale i tak w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na kolacjach w salonie Leonor Fini pojawiały się największe gwiazdy tamtego okresu: Bardot, Huston, Visconti, Fellini. "Kiedy mieszkałem u Leonor Fini, już po śmierci Kota, pokazała mi pewnego wieczoru pełne dojmującego piękna i smutku fragmenty "Casanovy" - wspomina wydawca pism Jeleńskiego Piotr Kłoczowski. - Przyniósł je kiedyś Fellini na rue de la Vrilliere, mówiąc, że nie włączył ich do filmu, bo mogą być zrozumiane tylko przez garstkę wtajemniczonych".
Problemy zaczynały się dopiero wtedy, gdy któryś z gości miał alergię na koty. Tak było w przypadku słynnego brytyjskiego reżysera Josepha Loseya.
Furia italiana
"Pragniemy widzieć, jak poprzez sztukę kieruje się Pani ku świętości" - pisał Genet. Jednak sama Leonor Fini wcale do świętości nie aspirowała. "Jestem wybitnie aspołeczna i złączona z naturą bardziej jako czarownica niż kapłanka" - opowiadała w jednym z wywiadów. Chciała być czarownicą mądrą, jasnowidzącą, niepostrzeżenie kierującą ludzkim losem. Choć była zbyt racjonalna, żeby korzystać z porad astrologów, wierzyła w grafologię. Kiedy ją ktoś zainteresował, prosiła o próbkę pisma i wysyłała ją do Rzymu do Marianne Leibel - uczennicy Junga. Richard Overstreet zapewnia, że został "prześwietlony" przez Leibel w dziewięćdziesięciu czterech procentach.
"Widziałem ją trzy razy i wierzyłem, że rzuca urok" - pisał krytyk teatralny Jan Kott. "Zawsze mnie przerażała, kapryśna i inteligentna, nieznośna" - wspominał przyjaciel i współpracownik Jeleńskiego François Bondy. Słynne były jej wybuchy gniewu. Krzyczała, drapała, ciskała w koło czym popadnie, a wreszcie, trzasnąwszy drzwiami, pozostawiała oniemiałe z przerażenia towarzystwo. "Furia italiana" - nazwał ją pieszczotliwie Max Ernst.
"Pamiętam, jak w trakcie przygotowań do wystawy w Muzeum Luksemburskim Kot Jeleński zaproponował niewinnie, żeby zrezygnowała z pokazywania obrazu, który mniej mu się podobał - wspomina Richard Overstreet. - Leonor nazwała go idiotą, krzyczała, że wszystko, co do tej pory mówił, musiało być kłamstwem, bo naprawdę zawsze jej nienawidził. Była jak bestia, gorgona. Ale Kot potrafił się bronić. Czasem krzyczeli na siebie po włosku przez kilka godzin, ale zawsze udawało mu się ją w końcu ugłaskać".
L'amour fou
Konstanty Jeleński o Leonor Fini usłyszał po raz pierwszy od swego przyrodniego brata, który był z nią przez jakiś czas związany (ojcem ich obu był podobno znany włoski polityk hrabia Carlo Sforza, choć sam Jeleński nigdy o tym nie wspominał, oficjalnie był synem polskiego dyplomaty). W wywiadzie, udzielonym niedługo przed śmiercią, Jeleński wspominał pierwsze spotkanie z Leonor, do którego doszło w Rzymie jesienią 1951 roku.
Wspólny znajomy umawia ich na wystawie malarstwa. Fini przychodzi wcześniej. Spogląda na zegarek, wreszcie zirytowana odchodzi. Chwilę później przybiega Jeleński, nie widząc jej, rzuca się w pogoń. Prowadzi go ciężki zapach perfum, który rozwiewa się dopiero na ulicy...
To spotkanie stało się początkiem niezwykłej historii miłosnej. Tym, co urzekło Leonor Fini w pierwszej chwili, nie była błyskotliwa inteligencja, ale uroda Jeleńskiego, zbliżona do ideału pamiętanego z dzieciństwa Konrada Veidta.
Konstanty Jeleński był dla niej postacią opatrznościową. "Potrzebowała kogoś uległego i mocnego zarazem. Kogoś, kto by towarzyszył jej w dziele życia. Tym dziełem była budowa jej ego. Kot został jej marszałkiem dworu, jej ministrem spraw wewnętrznych i spraw zagranicznych. To on odpowiadał za kontakty ze światem, łagodził konflikty" - opowiadał mi eseista Wojciech Karpiński, który z Leonor Fini zetknął się kilkakrotnie podczas odwiedzin u Jeleńskiego.
"W rozmowach ze mną podkreślał triesteńskie pochodzenie Leonor jako jedną z przyczyn ich zżycia i miłości - wspominał Herling-Grudziński. - Leonor, która miała Słoweńców wśród przodków [...], rozumiała lepiej jego problemy, niżby je rozumiała rodowita Włoszka czy Francuzka".
Była zapewne pierwszą i jedyną kobietą, której Jeleński pragnął. Mimo dzielących ich czternastu lat. "Czas? Młodość - różnica wieku? Wydaje mi się, że to wszystko nie ma znaczenia. Nikt mnie tak silnie i tak stale fizycznie nie pociągał" - zwierzał się w liście Józefowi Czapskiemu.
Leonor miała też to, co podziwiał najbardziej: niezależność. Od mieszczańskich konwenansów i opinii tzw. autorytetów. Niezależność własnych sądów, wyborów życiowych i towarzyskich. Wreszcie - niezależność malarskich poszukiwań.
Mała grupka nietzscheańska
Wiosną 1952 roku Jeleński wraz z Leonor Fini przeprowadził się z Rzymu do Paryża, towarzyszył im Stanislao Lepri. Zamieszkali we trójkę. Złośliwcy nazwali ich "naszą małą grupką nietzscheańską", czyniąc aluzję do erotycznego "trójkąta filozoficznego": Fryderyk Nietzsche - Lou Salomé - Paul Rée. Jednak kiedy Leonor poznała Jeleńskiego, jej związek z Leprim dawno już się wypalił. Pozostali najlepszymi przyjaciółmi.
Byli niewiarygodnie szczęśliwi we troje. Dla Jeleńskiego wejście w świat Leonor Fini musiało być spełnionym marzeniem o powrocie do dzieciństwa. Do świata pozbawionego gorsetu zakazów i nakazów, świata całkowitej szczerości i absolutnego zaufania. Leonor nie była infantylna, po prostu zachowywała się jak mała dziewczynka. "Uwielbiała się bawić - wspomina Overstreet. - Miała w sobie dziecięcą niewinność i spontaniczność, ale także dziecięcy egotyzm i narcyzm".
Razem drwili ze sztywnych mieszczuchów i nadętych pseudointelektualistów. Kiedyś wybrali się do kina na ckliwy hollywoodzki romans, "Bosonogą contessę" Mankiewicza. Film wydał im się nieprawdopodobnie idiotyczny i Leonor prędko wybuchnęła przeraźliwym śmiechem, a Jeleński i Lepri do niej przyłączyli. Ludzie próbowali ich uciszyć, w końcu obsługa musiała siłą wyprowadzić ich z kina.
Wypracowali własny kod, oparty na im tylko znanych aluzjach i skojarzeniach. Jak wspominał Francois Bondy w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej": "W ich domu panowała zawsze dziwna atmosfera, nieustanne szepty, urywane chichoty, wszystko bardzo gombrowiczowskie".
Ale i tak w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na kolacjach w salonie Leonor Fini pojawiały się największe gwiazdy tamtego okresu: Bardot, Huston, Visconti, Fellini. "Kiedy mieszkałem u Leonor Fini, już po śmierci Kota, pokazała mi pewnego wieczoru pełne dojmującego piękna i smutku fragmenty "Casanovy" - wspomina wydawca pism Jeleńskiego Piotr Kłoczowski. - Przyniósł je kiedyś Fellini na rue de la Vrilliere, mówiąc, że nie włączył ich do filmu, bo mogą być zrozumiane tylko przez garstkę wtajemniczonych".
Problemy zaczynały się dopiero wtedy, gdy któryś z gości miał alergię na koty. Tak było w przypadku słynnego brytyjskiego reżysera Josepha Loseya.
Królowa kotów
Żartowano czasem, że Jeleński, zwany przez przyjaciół Kotem, to najważniejszy z jej kotów. Leonor Fini miała ich kilkanaście. Wśród ulubieńców był wielki, puszysty pers Avodoro (nazwany tak na cześć bohatera "Rękopisu znalezionego w Saragossie"), Mruczek o jednym oku niebieskim, drugim pomarańczowym czy zielonooki syjamski Miś. Kocie choroby stanowiły temat dramatycznych domowych dyskusji. "Kiedy po raz pierwszy szedłem do nich na obiad - wspominał Herling - Kot mnie uprzedzał, że jeśli w czasie obiadu któryś z kotów wskoczy na stół i zacznie gmerać pyszczkiem w talerzu któregoś z gości [...], należy się tak zachować, jak gdyby się tego nie zauważało. Ci, którzy reagowali nerwowo, byli całkowicie straceni w oczach Leonor".
Na wiosnę wynajmowanymi specjalnie na tę okazję dwiema amerykańskimi limuzynami malarka wywoziła koty w koszach do letniego domu w Saint-Dyé nad Loarą. W ogrodzie zbudowano specjalny, zabezpieczony siatką wybieg, ale koty nie chciały przebywać w zamknięciu. Kiedy odwiedziłem Leonor Fini w Saint-Dyé w lipcu 1991 roku, koty biegały po całym mieszkaniu, szalały także wokół pilnujących domu sfinksów. A za domem był koci cmentarz, udekorowany fragmentami dekoracji renesansowych pałaców. Te fragmenty Leonor wybierała starannie u paryskich antykwariuszy. Im bardziej kochała kota, tym okazalszy fundowała mu pomnik.
Wcześniej, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, miejscem wakacyjnych wyjazdów był zrujnowany klasztor na Korsyce, ale koty jeździły tam niechętnie. Jak pisze Wojciech Karpiński w poświęconym malarce numerze "Zeszytów Literackich": "Przywożono tam jedynie trzy lub cztery, które lubiły naturę, inne się bały: jeden spędził kiedyś cały pobyt pod łóżkiem". Jednym z odważnych był ogromny biały pers Heliodoro. Kiedyś zgubił się na kilka dni i wrócił dopiero w dniu, kiedy Leonor kończyła obraz przedstawiający nagą dziewczynę trzymającą wielkie bukiety bajecznie kolorowych kwiatów. Na jego pamiątkę obraz zatytułowany został "Heliodora".
Do kotów codziennie przychodziła opiekunka. "Kotami zajmowały się dość przerażające kobiety, w większości kompletne wariatki - zdradził mi Richard Overstreet. - Zawsze miały jakieś fizyczne defekty, garb albo długi nos. Wyjątkiem jest Joyce. Pojawiła się niedługo po śmierci Kota. Elegancka i dobrze wykształcona, nie przypominała w niczym swoich poprzedniczek. Chciała porozmawiać z Leonor o kotach. "Jest świetna, niech zaczyna jutro rano!" - Leonor była nią zachwycona".
Kiedy Leonor dowiedziała się, że Joyce przyszła zrobić z nią wywiad, wybuchnęła śmiechem. I zaraz zapytała, czy mimo wszystko nie zajęłaby się jej ulubieńcami, choćby przez tydzień. Joyce uznała, że to dobra okazja, aby zebrać więcej materiału. Po tygodniu została jeszcze na kilka dni i tak już pozostało. Na tydzień przed śmiercią malarka wezwała ją do siebie i wymogła obietnicę, że Joyce będzie opiekować się kotami, kiedy jej zabraknie. Zajmuje się więc nimi do dziś. W mieszkaniu przy rue de la Vrilliere została ich już tylko piątka.
Kot, nie odchodź!
Dla osoby tak narcystycznej jak Fini starzenie się było katastrofą. Od początku lat pięćdziesiątych malarkę nachodziły głębokie depresje, z których wyciągnąć potrafił ją tylko Jeleński. "Leonor była chora i bardzo przygnębiona, tak przygnębiona, jak tylko ona - z jej zwierzęcą, gwałtowną naturą - być potrafi. Kilkakrotnie chciała ze mną zrywać, aby "nie wiązać mnie" ze swoim smutkiem, z fizyczną deformacją, która stanowi jej idée fixe" - zwierzał się Józefowi Czapskiemu.
Depresja pogłębiła się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale nie widać tego na pochodzących z tamtego okresu obrazach. To najbardziej pogodny okres jej twórczości: niezwykle ozdobne, dekoracyjne płótna, zawoalowane autoportrety na tle baśniowej scenerii, zawsze idealizowane, młodzieńcze. Dopiero w roku 1978 powstają pierwsze naprawdę mroczne obrazy Leonor Fini. Do tej pory groza była u niej zawsze zbyt dekoracyjna, żeby wywołać niepokój. Obraz zatytułowany ironicznie "Kto to?" przedstawia zgarbioną siwą staruszkę z ustami otwartymi do krzyku.
Śmierć, która przez długi czas była jedynie przedmiotem filozoficznych rozważań, stawała się czymś niepokojąco namacalnym. Najpierw umarł Eluard, później Bataille, Brauner, Ernst, Visconti, wreszcie schorowany Dali. Odchodzili też najbliżsi. W 1980 roku Stanislao Lepri, siedem lat później Konstanty Jeleński. Leonor została sama.
Największym ciosem była dla niej śmierć Jeleńskiego. "Była zrozpaczona, zupełnie zagubiona, rozbita, przerażona - wspominał Herling-Grudziński. - Opowiadała o nim [...], przerywając co jakiś czas okrzykiem: "Kot, Kot, nie odchodź!". [...] Kot to nie była tylko miłość do mężczyzny. Kot to był autor szkiców o Leonor Fini, to był organizator jej wystaw i przede wszystkim człowiek, który natychmiast po powrocie do domu z biura biegł do jej pracowni, żeby zobaczyć, co tego dnia namalowała".
Spotkałem ją cztery lata później. Kiedy spytałem w liście, czy zechce mnie przyjąć, niemal natychmiast odpowiedziała zaproszeniem do Saint-Dyé. Furtkę otworzył Rafael Martinez, jej sekretarz. Czekała w salonie. Długa szata z czarnego jedwabiu, długie czarne włosy, podkreślający piękne oczy ciemny makijaż. Zupełnie jak na fotografiach, które oglądałem w albumie. Nie było w niej jednak dawnej siły. Zaskoczyła mnie jej niezwykła bezbronność i kruchość.
Spytałem, czy możemy rozmawiać po niemiecku, w języku, który znam lepiej niż francuski. Zgodziła się bez wahania, choć przez ostatnie ćwierć wieku nie miała chyba okazji, by się nim posługiwać. Opowiadała o dzieciństwie, słoweńskich przodkach i wielkiej rozpaczy po śmierci Jeleńskiego. Mówiła cicho, słabym, lekko załamującym się głosem. Nie musiała już walczyć, olśniewać urodą ani uwodzić błyskotliwą inteligencją. Pozostało to, co skrywała najgłębiej - nadwrażliwość małej dziewczynki z habsburskiego Triestu.
Umarła we śnie w styczniu 1996 roku.
Za pomoc dziękuję serdecznie Piotrowi Kłoczowskiemu i Richardowi Overstreetowi. Postaci Leonor Fini poświęcony został 61 numer "Zeszytów Literackich" (zima 1998), reprodukcje jej prac można znaleźć w Internecie pod adresem: www.leonor-fini.com
Żartowano czasem, że Jeleński, zwany przez przyjaciół Kotem, to najważniejszy z jej kotów. Leonor Fini miała ich kilkanaście. Wśród ulubieńców był wielki, puszysty pers Avodoro (nazwany tak na cześć bohatera "Rękopisu znalezionego w Saragossie"), Mruczek o jednym oku niebieskim, drugim pomarańczowym czy zielonooki syjamski Miś. Kocie choroby stanowiły temat dramatycznych domowych dyskusji. "Kiedy po raz pierwszy szedłem do nich na obiad - wspominał Herling - Kot mnie uprzedzał, że jeśli w czasie obiadu któryś z kotów wskoczy na stół i zacznie gmerać pyszczkiem w talerzu któregoś z gości [...], należy się tak zachować, jak gdyby się tego nie zauważało. Ci, którzy reagowali nerwowo, byli całkowicie straceni w oczach Leonor".
Na wiosnę wynajmowanymi specjalnie na tę okazję dwiema amerykańskimi limuzynami malarka wywoziła koty w koszach do letniego domu w Saint-Dyé nad Loarą. W ogrodzie zbudowano specjalny, zabezpieczony siatką wybieg, ale koty nie chciały przebywać w zamknięciu. Kiedy odwiedziłem Leonor Fini w Saint-Dyé w lipcu 1991 roku, koty biegały po całym mieszkaniu, szalały także wokół pilnujących domu sfinksów. A za domem był koci cmentarz, udekorowany fragmentami dekoracji renesansowych pałaców. Te fragmenty Leonor wybierała starannie u paryskich antykwariuszy. Im bardziej kochała kota, tym okazalszy fundowała mu pomnik.
Wcześniej, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, miejscem wakacyjnych wyjazdów był zrujnowany klasztor na Korsyce, ale koty jeździły tam niechętnie. Jak pisze Wojciech Karpiński w poświęconym malarce numerze "Zeszytów Literackich": "Przywożono tam jedynie trzy lub cztery, które lubiły naturę, inne się bały: jeden spędził kiedyś cały pobyt pod łóżkiem". Jednym z odważnych był ogromny biały pers Heliodoro. Kiedyś zgubił się na kilka dni i wrócił dopiero w dniu, kiedy Leonor kończyła obraz przedstawiający nagą dziewczynę trzymającą wielkie bukiety bajecznie kolorowych kwiatów. Na jego pamiątkę obraz zatytułowany został "Heliodora".
Do kotów codziennie przychodziła opiekunka. "Kotami zajmowały się dość przerażające kobiety, w większości kompletne wariatki - zdradził mi Richard Overstreet. - Zawsze miały jakieś fizyczne defekty, garb albo długi nos. Wyjątkiem jest Joyce. Pojawiła się niedługo po śmierci Kota. Elegancka i dobrze wykształcona, nie przypominała w niczym swoich poprzedniczek. Chciała porozmawiać z Leonor o kotach. "Jest świetna, niech zaczyna jutro rano!" - Leonor była nią zachwycona".
Kiedy Leonor dowiedziała się, że Joyce przyszła zrobić z nią wywiad, wybuchnęła śmiechem. I zaraz zapytała, czy mimo wszystko nie zajęłaby się jej ulubieńcami, choćby przez tydzień. Joyce uznała, że to dobra okazja, aby zebrać więcej materiału. Po tygodniu została jeszcze na kilka dni i tak już pozostało. Na tydzień przed śmiercią malarka wezwała ją do siebie i wymogła obietnicę, że Joyce będzie opiekować się kotami, kiedy jej zabraknie. Zajmuje się więc nimi do dziś. W mieszkaniu przy rue de la Vrilliere została ich już tylko piątka.
Kot, nie odchodź!
Dla osoby tak narcystycznej jak Fini starzenie się było katastrofą. Od początku lat pięćdziesiątych malarkę nachodziły głębokie depresje, z których wyciągnąć potrafił ją tylko Jeleński. "Leonor była chora i bardzo przygnębiona, tak przygnębiona, jak tylko ona - z jej zwierzęcą, gwałtowną naturą - być potrafi. Kilkakrotnie chciała ze mną zrywać, aby "nie wiązać mnie" ze swoim smutkiem, z fizyczną deformacją, która stanowi jej idée fixe" - zwierzał się Józefowi Czapskiemu.
Depresja pogłębiła się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale nie widać tego na pochodzących z tamtego okresu obrazach. To najbardziej pogodny okres jej twórczości: niezwykle ozdobne, dekoracyjne płótna, zawoalowane autoportrety na tle baśniowej scenerii, zawsze idealizowane, młodzieńcze. Dopiero w roku 1978 powstają pierwsze naprawdę mroczne obrazy Leonor Fini. Do tej pory groza była u niej zawsze zbyt dekoracyjna, żeby wywołać niepokój. Obraz zatytułowany ironicznie "Kto to?" przedstawia zgarbioną siwą staruszkę z ustami otwartymi do krzyku.
Śmierć, która przez długi czas była jedynie przedmiotem filozoficznych rozważań, stawała się czymś niepokojąco namacalnym. Najpierw umarł Eluard, później Bataille, Brauner, Ernst, Visconti, wreszcie schorowany Dali. Odchodzili też najbliżsi. W 1980 roku Stanislao Lepri, siedem lat później Konstanty Jeleński. Leonor została sama.
Największym ciosem była dla niej śmierć Jeleńskiego. "Była zrozpaczona, zupełnie zagubiona, rozbita, przerażona - wspominał Herling-Grudziński. - Opowiadała o nim [...], przerywając co jakiś czas okrzykiem: "Kot, Kot, nie odchodź!". [...] Kot to nie była tylko miłość do mężczyzny. Kot to był autor szkiców o Leonor Fini, to był organizator jej wystaw i przede wszystkim człowiek, który natychmiast po powrocie do domu z biura biegł do jej pracowni, żeby zobaczyć, co tego dnia namalowała".
Spotkałem ją cztery lata później. Kiedy spytałem w liście, czy zechce mnie przyjąć, niemal natychmiast odpowiedziała zaproszeniem do Saint-Dyé. Furtkę otworzył Rafael Martinez, jej sekretarz. Czekała w salonie. Długa szata z czarnego jedwabiu, długie czarne włosy, podkreślający piękne oczy ciemny makijaż. Zupełnie jak na fotografiach, które oglądałem w albumie. Nie było w niej jednak dawnej siły. Zaskoczyła mnie jej niezwykła bezbronność i kruchość.
Spytałem, czy możemy rozmawiać po niemiecku, w języku, który znam lepiej niż francuski. Zgodziła się bez wahania, choć przez ostatnie ćwierć wieku nie miała chyba okazji, by się nim posługiwać. Opowiadała o dzieciństwie, słoweńskich przodkach i wielkiej rozpaczy po śmierci Jeleńskiego. Mówiła cicho, słabym, lekko załamującym się głosem. Nie musiała już walczyć, olśniewać urodą ani uwodzić błyskotliwą inteligencją. Pozostało to, co skrywała najgłębiej - nadwrażliwość małej dziewczynki z habsburskiego Triestu.
Umarła we śnie w styczniu 1996 roku.
Za pomoc dziękuję serdecznie Piotrowi Kłoczowskiemu i Richardowi Overstreetowi. Postaci Leonor Fini poświęcony został 61 numer "Zeszytów Literackich" (zima 1998), reprodukcje jej prac można znaleźć w Internecie pod adresem: www.leonor-fini.com
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wisława Szymborska o swojej miłości
- Co sobotę w kiosku z "Gazetą Wyborczą"
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
- Wysokie Obcasy Extra









