Michał Zadara- (ur. 1976), reżyser teatralny, twórca filmów i instalacji. W wieku trzech lat wyjechał z rodzicami z Polski, chodził do szkół anglojęzycznych w Austrii i Niemczech Zachodnich. Studiował teatr i nauki polityczne w Swarthmore College koło Filadelfii, reżyserię w Akademii Teatralnej w Warszawie i oceanografię w Massachusetts, w końcu trafił na Wydział Reżyserii Dramatu w PWST w Krakowie, pod opiekę Krystiana Lupy.
Od 2004 roku pracuje w teatrach w całym kraju, interpretując na nowo literaturę polską ('Wesele', 'Odprawa posłów greckich', 'Ksiądz Marek', 'Kartoteka') i światową klasykę oraz wystawiając własne sztuki (np. 'Na gorąco' na podstawie 'Pół żartem, pół serio'). W 2007 roku otrzymał Paszport 'Polityki'. W kwietniu 2008 roku był bohaterem 28. Warszawskich Spotkań Teatralnych
Dziś kumulacja w Lotku, kupił pan już los?
W centrum handlowym była loteria i można było wygrać samochód. Wypełniłem kupon, wrzuciłem tam gdzie trzeba i nie wygrałem. Bardzo mnie to zniechęciło do loterii w centrach handlowych.
A jakby nie wyszło z uprawianiem teatru, też by pan zrezygnował?
W teatrze sukcesu nie da się łatwo zmierzyć. Ostatnio pewien reżyser wyszedł z 'Kartoteki' wściekły i wychodząc, jakby szczeknął z irytacji. To był sukces, tak samo jak owacja na stojąco jest sukcesem. Ponoć znana aktorka po obejrzeniu mojego spektaklu - w którym postacie właściwie tylko chodzą i mówią - całą noc rzygała z obrzydzenia. Uznałem to za dowód siły tego spektaklu, aczkolwiek oczywiście trochę mi było smutno, że zareagowała właśnie w taki sposób.
Po czterech latach od debiutu ma pan na koncie Paszport 'Polityki' i monograficzny przegląd w ramach 28. Warszawskich Spotkań Teatralnych.
Po festiwalu moje spektakle weszły do szerszego obiegu kulturalnego. Widziałem na nich mnóstwo bardzo różnych ludzi - studentów ze szkół artystycznych, z socjologii, filozofii, ale też trochę klasy średniej, emerytów. Odbiór był raczej pozytywny, a ja nie mogłem się nadziwić. Przecież rzeczy, które staram się robić, są często kompletnie niezrozumiałe dla mnie samego. Nie przekazują tego, co już wiem, tylko stan mojej niewiedzy i zdziwienia.
Pytanie jest raczej - jakim cudem pan tak łatwo wszedł w teatr? Miał pan przecież zasilać szeregi białych kołnierzyków z ONZ.
Miałem poważne zajęcia z teatru od 14. roku życia. Ale rzeczywiście, moje wykształcenie i życiorys predestynowały mnie raczej do pracy w instytucjach międzynarodowych. Amerykańska szkoła, do której chodziłem w Wiedniu, była silnie połączona z organizacjami typu OPEC czy OBWE. Braliśmy udział w spotkaniach z wybitnymi znawcami polityki międzynarodowej i biznesmenami dyskutującymi o sytuacji gospodarczej. Studia w Stanach zacząłem na wydziale nauk politycznych. Do historii politycznej miałem prawdziwą pasję, która nie opuściła mnie właściwie do dziś. Ale w trakcie studiów nastał kryzys.
Czyli?
Zrozumiałem, że albo w tę, albo w tę. Albo będę się zajmował teatrem, albo wkładam garnitur i składam podanie o praktykę w ONZ. Albo jadę oglądać spektakle, albo szukam miejsca w centrach władzy. To był kryzys emocjonalny, ponieważ zajmowanie się sztuką wydawało mi się wtedy czymś mniej poważnym. Zrobiłem rok przerwy w studiach w Swarthmore College i przyjechałem na semestr na wydział reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. Byłem zszokowany.
To było koszmarne miejsce, w takim letargu, że aż strach o tym mówić. Byłem wściekły na profesorów, którzy tak niszczą twórczy potencjał młodych ludzi, nie pobudzając ich do krytycznego myślenia, tylko zamykając w jakimś kanonie konwencji teatralnych. Najgorsze było to, że ci młodzi studenci byli zachwyceni. W formie fuksówki utwierdzali system władzy. Ale nie od dziś wiadomo, że człowiek w gruncie rzeczy tęskni za faszyzmem.
Równie dobrze mógł pan wyładować tę wściekłość na teatrze w Stanach, nie w Polsce.
Tam byłoby to jałowe. To nie jest moja kultura, nie czuję się za nią odpowiedzialny. Tam kultura w ogóle jest mało istotna. Myślenie odbywa się na uniwersytetach, w pismach politycznych. Teatr nie należy do głównego nurtu intelektualnego. Czy ktoś w Ameryce byłby sobie w stanie wyobrazić George'a W. Busha idącego do teatru? Przecież to absurd! Prezydent USA nie ma czasu na teatr, ponieważ teatr jest uznawany za rozrywkę. A w Polsce przeciwnie - nie byłoby nic dziwnego w tym, gdyby Lech Kaczyński pojawił się na premierze teatralnej.
Marek Borowski wspaniale zna się na balecie, słuchałem jego wykładu o sławnej męskiej wersji 'Jeziora łabędziego'. Pod tym względem jesteśmy bardziej podobni do Niemców, których nie dziwi obecność kanclerza w wydarzeniach kulturalnych.
Jesteśmy więc mniej poważni?
Simone de Beauvoir pisała, że jeśli coś traktujesz poważnie, to już przegrałeś. W momencie, gdy się traktuje swoją religię, Marksa czy właśnie zawód reżysera 'poważnie', to kończy się myślenie. Ja lepiej się czuję wśród ludzi myślących, a więc niepoważnych. Choćby Duchamp - robił rzeczy tak długo, jak długo go bawiły. Znudziło go ustawianie pisuarów w muzeach, to nie ustawiał. Chodzi o to, by bawić się czymś tak, jak bawi się dziecko, na sto procent, nigdy z poczucia obowiązku. Czuję się zagrożony przez powagę.
Wojny wywoływane są właśnie przez ludzi, którzy mają szalenie poważne plany i realizują je za wszelką cenę. Gombrowicz pisał w 'Historii', że gdyby cesarz Franciszek Józef przez chwilę był mniej poważny i zdjął buty, to nie byłoby pierwszej wojny światowej. W Polsce okresem utraty ironii był z pewnością okres poprzedniego rządu. Występujący w mediach politycy nie robili żartów, tylko strasznie poważne grymasy. Moja mama z tego wszystkiego zdecydowała, że będzie oglądać tylko filmy o zwierzętach.