Krzysztof Kwiatkowski: 'Szlachetny dzikus' to dokument z pańskiej podróży na Trobriandy. Dlaczego pojechał pan tam wiek po Bronisławie Malinowskim?
Jerzy Domaradzki: Jeszcze jako student socjologii zafascynowany czytałem 'Argonautów zachodniego Pacyfiku', 'Życie seksualne dzikich' czy 'Koralowe ogrody'. Po latach wróciłem do zdjęć, które Malinowski zrobił w czasie swoich ekspedycji, i postanowiłem podążyć ich śladem. Z Australii, gdzie od wielu lat mieszkam, na Nową Gwineę nie jest tak daleko jak z Polski. Wciąż kilka tysięcy kilometrów, ale zawsze bliżej. Nie zakładałem, że powstanie film, nie miałem pojęcia, co zastanę na wyspie. Podróżowałem tylko z przyjacielem antropologiem i z kamerą.
Nie miał pan problemu z dostaniem się na archipelag?
Na obszarze Papui-Nowej Gwinei wciąż jeszcze żyje wiele społeczności pierwotnych, które zachowały unikatowe kultury. Na terenie tego kraju można usłyszeć 1800 języków - to miniaturka świata sprzed nastania cywilizacji, raj dla antropologów i badaczy. Dlatego nie jest łatwo otrzymać tamtejszą wizę. Nam jednak się udało. Po dwóch godzinach lotu małym samolotem z Port Moresby wylądowaliśmy na największej wyspie archipelagu trobriandzkiego, gdzie w czasie wojny na Pacyfiku Amerykanie zbudowali lotnisko. Kiriwina ma ok. 35 km długości i kształt nerki. Wciąż istnieje fotografowana przez Malinowskiego Omarakana - wioska paramount chiefa, który jest rodzajem koordynatora, rozjemcy pięciu pozostałych chiefów stojących na czele klanów.
Jak radzi sobie dwóch białych podróżników w tak obcym świecie?
To samo pytanie zadawaliśmy sobie, kiedy znaleźliśmy się na lotnisku, nieremontowanym od wojny, składającym się z jednego kolorowego szałasu. W pewnym momencie podszedł do nas człowiek władający mocno uproszczonym angielskim. Poprowadził nas w stronę samochodu bez drzwi. Miał dla nas propozycję. Dwa lata wcześniej odbyła się na Kiriwinie konferencja premierów Pacyfiku, dla których wzniesiono kilka drewnianych bungalowów. Wchodziły właśnie w stan powolnego rozkładu, ale - o dziwo - była w nich raz dziennie bieżąca woda.
Reszta wyspy nie ma takich luksusów?
Inne 'ekskluzywne' zabudowania zostawiła po sobie niemiecka telewizja, ale tropikalna roślinność, temperatura i wilgoć szybko je zniszczyły. Trobriandczycy mieszkają w domkach z liści drzew kokosowych, wodę czerpią z grot, a potrzeby higieniczne załatwiają w tropikalnym buszu. Dopiero w ostatnich latach rząd w każdej wiosce zbudował studnię. Na wyspie brakuje kanalizacji i agregatów do wytwarzania prądu. Tubylcy nie są w stanie utrzymać takich urządzeń, są zbyt biedni. Nie ma tam żadnych surowców ani minerałów, które można by sprzedawać. Kiedyś Trobriandczycy wyławiali słynne czarne perły, które trafiały do królewskich i carskich koron. W czasie II wojny światowej stacjonującym tu żołnierzom amerykańskim smakowały małże wyławiane przez tubylców w lagunie. Małże się skończyły, a razem z nimi perły.
Czym żywią się sami Trobriandczycy?
Podstawą diety jest yam - pożywne warzywo w kształcie naszego buraka cukrowego. Wyhodowanie go trwa około dziewięciu miesięcy i wymaga sporych umiejętności. Chodzi o to, by powstała jedna duża bulwa, a nie wiele małych i bezużytecznych. Uprawą yamu zajmują się wyłącznie mężczyźni. Tubylec, który wie, jak wyhodować duży yam, jest bardzo poważany.
Dlaczego Trobriandczycy w XXI w. żywią się tak jednostajnie?
Na Kiriwinie trudno jest cokolwiek wyhodować. Ziemi uprawnej jest niewiele i należy ona do klanów, a nie pojedynczych osób. W czasach, kiedy tam przebywał Malinowski, archipelag liczył nie więcej niż 10 tys. tubylców, obecnie - ponad 20 tys. Uprawy nie wystarczają na wyżywienie mieszkańców.
A kobiety nie zajmują się uprawą?
Ogrody yamowe, zbiory orzechów kokosowych, rybołówstwo to domena mężczyzn. W ogrodach kobiecych, do których mężczyźni nie mają wstępu, uprawiane są głównie słodkie kartofle, zioła i niewielkie ilości krótkich bananów.
Jaki jest świat kobiet?
Kobieta na Trobriandach jest bardzo cenna, bo zwyczajowo 70 proc. zbiorów mężczyzna oddaje swojej siostrze. Jeśli żona czuje się źle traktowana, wraca do klanu matki, a mąż traci źródło utrzymania. Kobiety zajmują się domem, wychowaniem dzieci, hodowaniem świń. Pełnią też funkcję płaczek na uroczystościach pogrzebowych sagali. Za granie rozpaczy płacą sobie wzajemnie pieniędzmi puri z liści bananowca, które same wytwarzają.
Mogą wyrobić sobie tych pieniędzy tyle, ile chcą?
Tak, ale to ciężka praca. Wykonują ją, żeby zapewnić godny pogrzeb. Im więcej słychać lamentów, tym większa sława rodu, ale i tym większe muszą być dary wręczane gościom. U Trobriandczyków najwyższą wartością jest dawanie.
Sagali rzeczywiście są tak spektakularne?
Absolutnie. To jedyny moment, w którym wszyscy biedacy mogą zjeść trochę wieprzowiny. Świnia jest na wyspie takim dobrem jak u nas samochód. W tamtejszych warunkach trudno ją wykarmić i utrzymać. W efekcie, podczas gdy psy żywią się odpadkami, świnię traktuje się jak członka rodziny. To z nią bawią się dzieci. Ale jak przychodzi co do czego, łapią za noże i cała wioska jest pogrążona w kwiku. Byłem świadkiem wielkiej ceremonii po śmierci szefa klanu.