Rozmowa z Markiem Smularskim*

Najśmieszniejsze jest to, że ja uwielbiam jeść.

Nie widać tego po tobie.

Zawsze byłem dwumetrową tyczką, uprawiałem dużo sportów. Beacie podobało się, że może wyczuć moje kości.

A tobie podobały się jej kości?

Dopóki się nie rozebrała, nie było widać, że ma anoreksję. Twarz miała śliczną, spojrzenie głębokie. Zaczepiłem ją na imprezie. Poszliśmy na spacer, wróciliśmy po trzech godzinach. Otworzyła się i powiedziała, że ma w życiu problem - od gimnazjum w zasadzie nie je. Miała wtedy 19 lat.

Długo to trwało.

Bardzo. Zaczęliśmy się spotykać, ale na początku nie dostrzegałem choroby. Ona studiowała kulturoznawstwo w Poznaniu, ja remontowałem mieszkania we Wrocławiu, widzieliśmy się w weekendy. Jak pytałem, czy chce coś zjeść, odpowiadała, że już jadła. I zapominało się o tym.

Kiedy nie dało się już tego spychać pod dywan?

Jak przeprowadziłem się do Poznania. Pierwszy dzień - ona nie je. Drugi dzień - nie je. Mijają dwa tygodnie - ona zjada kęs chleba, mówi, że się przejadła i chce zwymiotować. To była tak zwana anoreksja bulimiczna. Kiedy próbowałem o tym rozmawiać, czułem chłód. Istnieje taki rodzaj spojrzenia, po którym człowiekowi wszystko przewraca się w żołądku. Kiedy mówiłem o jedzeniu, właśnie tak na mnie patrzyła. Nie chciałem jej stracić, więc postanowiłem, że zacznę drążyć temat, jak będę miał pewność, że już mnie kocha. Najpierw po prostu odwracałem jej uwagę.

Od czego?

Od tego, że coś zjadła. Kiedy gotowałem, starałem się pięknie ułożyć produkty na talerzu, żeby Beata zobaczyła oprawę, a nie jedzenie. Po posiłku czuła się źle ze sobą. Trzeba było wtedy gadać o czymś dziwnym, rzucić na łóżko i całować - cokolwiek, byle o tym nie myślała. Po kilku miesiącach zacząłem otwarcie zachęcać ją do jedzenia i tu wpadłem w błędne koło. Z jednej strony chciałem, żeby jadła, ale po jedzeniu była agresywna i nieświadomie wyżywała się na mnie. Jak wzięła coś do ust dwa dni z rzędu, stawała się demonem. Niemiła, nadąsana. Jeśli temat jedzenia poruszałem wieczorem, wiadomo było, że nie pozwoli się dotknąć w sypialni. Najgorsze były jednak skoki. Siedzę na kanapie, ona się przytula - jest fajnie. A tu nagle wyczuwam dystans. Beata wyprostowuje się, ściąga nogi, podnosi głowę, a ja wiem, o czym ona myśli.
Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.