http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Hańba z trzydziestu kwiatków

Katarzyna Surmiak-Domańska
25.10.2003 , aktualizacja: 11.04.2010 16:37
A A A Drukuj
- Koniakowska koronka powinna być pokazywana w wystawnym miejscu: w kościele, w pałacu - mówi Zuzanna Ptak. - A stringi nosi się w miejscach intymnych. My, twórczynie ludowe, na pewno nie będziemy ich robić.O ażurowym trójkąciku, który podzielił słynne koronczarki z Koniakowa, pisze Katarzyna Surmiak-Domańska

Fot. Bruno Fidrych / AG
Fot. Bruno Fidrych / AG
Fot. Bruno Fidrych / AG
Pierwsze były z gumką wokół bioder. Ale gumkę szybko zastąpiono troczkami wiązanymi po bokach. Dzięki troczkom nawet najbardziej tęga dama może nosić stringi.

Składają się z trzydziestu zrobionych na szydełku elementów przypominających kwiatki. Białe do ślubu, niebieskie i oliwkowe na co dzień, czerwone na maturę i czarne na wieczór. Najelegantsze są z jednobarwnego kordonka tureckiego, który charakteryzuje się delikatną poświatą. Ale mogą być też z czerwonym serduszkiem na środku trójkąta albo niewinne dziewczęce - białe z czerwoną lamówką i kwiatkiem.

Nie da się tego zrobić ręcznie?

W Koniakowie, beskidzkiej wsi położonej na wysokości 800 m n.p.m., hekluje kilkaset kobiet. To znaczy prawie wszystkie. Od dwustu, a może i czterystu lat dziergają szydełkiem ażurowe serwety, obrusy, kołnierze, halki, wszywki do pościeli i ślubne suknie.

Kiedyś o koronki z Koniakowa zabijali się niemieccy turyści odwiedzający Beskid Śląski. Ale parę lat temu do Chaty na Szańcach, tutejszej galerii-sklepu ze sztuką ludową, wszedł Niemiec, wziął do ręki koronkową serwetę, pokręcił głową i powiedział:

- 20 marek? U nas Chińczycy takie sprzedają po marce.

- Ale to ręczna robota! - oburzył się Tadeusz Rucki, właściciel Chaty.

- Co pan? - zaśmiał się Niemiec. - One tak tylko do kamer ręcznie robią, a w piwnicy maszyny trzymają. Nie da się tego zrobić szydełkiem. Niech pan patrzy, widzi pan jakąś różnicę?

I wyciągnął serwetkę robioną maszynowo.

W latach 90. Koniaków opustoszał. Pozamykano ośrodki wczasowe, koniakowianki straciły pracę. Stromej drogi dojazdowej nie remontowano od lat. Turysta dojedzie do Wisły, wyżej nie zaryzykuje. Wyciągi narciarskie stoją smutne niczym szubienice. Bogaty tu nie przyjedzie, a biednego nie stać na obrus, który robi się kilka tygodni.

W sklepie pana Ruckiego ubywała miesięcznie jedna serwetka.

Dwa cuda

Pierwszy cud zdarzył się w 1996 roku. Do Koniakowa zawitała hinduska księżniczka, dyrektorka Muzeum Sztuki Ludowej w Punie. Zajrzała do Chaty na Szańcach, zachwyciła się koronkami, zaprosiła koronczarki do Indii. Przez trzy miesiące cztery kobiety dziergały okrągły obrus dla indyjskiego muzeum. Było to największe dzieło w historii koniakowskiej koronki: średnica trzy metry. Trzy tysiące elementów!

Tadeusz Rucki zaprosił na inaugurację obrusa telewizję, radio i lokalną prasę.

Obiecali przyjechać, nie przyjechali.

W sierpniu 2003 roku stał się drugi cud.

Pan Rucki ogłosił Święto 200-lecia Koronki Koniakowskiej.

- Ludzi przyjechało maleńko, aż przykro było. A tak się pan Rucki starał - wspomina koronczarka Małgorzata Kawulok.

Jeden z dziennikarzy zajrzał do Chaty na Szańcach, rzucił okiem na ludowe rzeźby, serwety, aż jego wzrok zatrzymał się na koronkowym trójkąciku z troczkami.

- A co to jest? - zapytał.

Podziel się