Marylka wychodzi. Jest lato 2003, wczesne przedpołudnie i Marylka wychodzi gdzieś w swoich sprawach.

- Teraz nikt o mnie już tyle nie wie, ile Marylka. Żyjemy razem w dzień i w nocy od pięciu lat. Po tamtej depresji zamieszkałyśmy razem. Dzisiaj było zimno, a ona wyciągnęła mnie z łóżka. Każdy kawałek stopy mnie boli, a ona każe mi chodzić. Marylka jest pełna zapału i dobrej woli. Mówi do mnie: "Jeszcze parę kroków". - Mówisz do mnie jak do dziecka - ja jej mówię. Ona: "Ty jesteś moje dziecko".

Ale pani pytała mnie, czy wszystko już postanowione.

Już dawno. Obraz od Gombrowicza "Sorrento", ten, który wisi tu, nad książkami, bierze jeden bratanek; tamten z sypialni bierze drugi bratanek. Nie mam pamiętników - jedną fotografię mamy, jedną pierwszego męża Bohdana Chądzyńskiego. Listów też nie mam. A ja nakazałam się spalić i niech mnie rozsypią na jakiejś łące...
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej