Miłość to rzecz, która pali i otacza cię kręgiem płomieni. Ogarnięta dziką namiętnością wpadłam w ten ognia krąg. Spadałam, spadałam, a płomienie wciąż rosły. I pali mnie, pali ten ognia krąg". Tak w 1963 roku pisała June Carter o swojej zakazanej miłości do Johnny'ego Casha w piosence "Ring of Fire". Ogień nie był jedynie metaforą. Pisząc to, myślała o prawdziwym ogniu piekielnym.

To nie ja, kochanie*

June i Johnny pochodzili z bardzo religijnych rodzin. Ona była księżniczką, arystokratką sceny country, z muzykującej rodziny z tradycjami. On - alkoholikiem, narkomanem, kobieciarzem i rock'n'rollowcem, który na koncerty ubierał się na czarno, żeby podkreślić bunt wobec świata. I uwielbiał demolować pokoje hotelowe.

Pierwszy raz usłyszał ją, kiedy miał kilkanaście lat. Leżał w łóżku z uchem przy trzeszczącym radioodbiorniku. Pierwszy raz zobaczył ją jako 18-latek w Nashville. Występowała z rodziną na najsłynniejszej scenie country - Grand Ole Opry. Pierwszy raz rozmawiał z nią za kulisami podczas jednego ze swoich koncertów w 1956 roku. On żonaty, ona zamężna. Powiedział z powagą: "Kiedyś ożenię się z tobą". Odparła ze śmiechem: "Jasne, nie mogę się doczekać".
Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej