Podróże

Na czym polega montaż filmu? Milenia: "To są takie podróże do nie moich światów. Funkcjonuję trochę jak kameleon - na jakiś czas muszę wejść w światy reżyserów, producentów, aktorów, scenografów, operatorów. Rozszyfrować ich logikę. A potem to pogodzić, dołożyć coś od siebie i doprowadzić do tego, żeby to było komunikatem dla widzów. Niby spędzam całe dnie w ciemnym pomieszczeniu, a czuję się, jakbym ciągle gdzieś jeździła". Lidia: "Montaż ma w sobie tajemnicę. Trochę przypomina pracę redaktora w wydawnictwie. Sam nie pisze tekstu, ale tu przestawi akapit, tam skreśli zdanie i tekst, który wlókł się i źle brzmiał, nabiera energii. A taka umiejętność przestawiania? Predyspozycja, tego nie można nauczyć się w szkole. Wrodzone poczucie rytmu opowiadania". Ewa: "Są podręczniki, studia, reguły. Ale to tylko narzędzia, nie działają w ręku każdego. To jest coś ulotnego, coś, czego nie da się opowiedzieć. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, dlaczego dwie rzeczy zestawione razem raptem zaczynają generować nowe sensy. Montażyści też nie, ale mają intuicję, co z czym zestawić. Oglądając film, ludzie oceniają aktorstwo, zdjęcia, reżyserię, ale rzadko kto dyskutuje o montażu, bo to jest najbardziej tajemnicza i najmniej znana widzom strona filmu".

To jak ja mam napisać, co panie robią? Milenia: "Chce pani definicji? Ja bym powiedziała, że montaż to wędrowanie po świecie, który stwarza się w trakcie wędrówki. Montażysta, wędrując, nadaje każdemu elementowi tego świata miejsce. My nie montujemy obrazków, my montujemy znaczenia".

Sny

Jakich trzeba predyspozycji do tego zawodu? Ewa: "Trzeba być dobrym obserwatorem. No i trzeba mieć mnóstwo cierpliwości: do materiału, do reżysera i do siebie też. Mnie zdarzyło się kiedyś montować jednominutową scenę akcji przez miesiąc. To jest takie dziwne uczucie, jakby świat stawał w miejscu. Mijają dni, tygodnie, a ja ciągle żyję tą samą minutą. Wie pani, montażysta tak intensywne wchodzi w materiał, że potem to mu się śni. Kiedy montowałam film po japońsku, miałam sny po japońsku. I nawet mnie to nie zdziwiło, tylko piekielnie denerwowało, że nic nie rozumiałam".

Milenia: "Łatwo się w tym zatracić. Był taki moment, kiedy uświadomiłam sobie, że filmowa rzeczywistość pochłonęła mnie tak bardzo, że mało doświadczam tej realnej. Wydawało mi się, że to nie ten dzień, tylko jedna z wersji tego dnia. Miałam wtedy taki koszmar: ktoś do mnie przychodzi, witamy się i ja mam mu powiedzieć coś bardzo ważnego, ale odkładam ten moment. Na razie rozmowa jest niezobowiązująca. Czuję coraz większe ciśnienie, by dojść do tego ważnego komunikatu, i kiedy jestem blisko, sen cofa się na początek i rozmowa zaczyna się od nowa, tylko w minimalnie innym wariancie: zmienia się jej rytm i niektóre kwestie wypadają. I tak kilka razy. Montowałam we śnie początek, nie mogąc się przebić do istotnej części rozmowy".

Może zamiast o montażu powinnam napisać o snach montażystek? Ewa: "To mógłby wyjść tekst o koszmarach. Kiedy zaczynałam w tym zawodzie, w chwilach dużego napięcia w pracy powracał sen o tym, że stoję przy stole montażowym, mam założoną na szyję taśmę - tak się wtedy robiło - i mechanizm tego stołu nie daje się zatrzymać. Wciąga mnie razem z taśmą i dusi. Ale te koszmary to skutek uboczny intensywnej koncentracji, a nie cała prawda o montażystkach".
Pozostało 90% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.