Mieszkam na wsi. Powietrze pewnie jest tu zdrowsze, za to woda ze studni budziła od dawna moją podejrzliwość. Dość spojrzeć na czajnik. Z wierzchu lśniący, wewnątrz obrastał wielobarwnym i paskudnym w formie nierównym nalotem. Tak muszą wyglądać nigdy niemyte zęby brontozaura - myślałam sobie. Ohyda.

I pewnie taka sama ohyda porasta powoli od środka mnie i moich bliskich. Osadza nam się toto w naczyniach krwionośnych. Kamień. Ten sam, który w zeszłym roku zniszczył mi pralkę, teraz rozprawia się z moim organizmem. Pralkę mam nową, ale z kupnem nowego organizmu gorzej.

Poruszona tą wizją kupiłam najbardziej filtrujący filtr z dostępnych na świecie. I z pewnością jeden z droższych. To nic. Odtąd - pomyślałam z satysfakcją - pić będziemy wodę tak czystą jak deszczówka złapana na bieszczadzkich połoninach. Niemal przedestylowaną.

Na fali dbałości o zdrowie kupiłam też w naszej wiejskiej aptece suplementy witaminowo-mineralne. Dla każdego. Kolorowe dla dzieci, mniej kolorowe dla dorosłych. Mniej mi nawet chodziło o uzupełnienie niedoboru witamin - staramy się jeść sporo zieleniny, oliwy i jadamy tłuste ryby. Kierowała mną dbałość o mikroelementy, przede wszystkim wapń i magnez. Zapas dla całej rodziny na dwa miesiące nie był tani, ale dał mi poczucie zdrowej satysfakcji.
Pozostało 84% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.