Olga Rok zmarła pięć lat temu. Kiedy Ania z bratem sprzątali jej mieszkanie, natknęli się na pamiętniki. Usiedli pod stołem i zaczęli przeglądać małe bloczki zapisane równym charakterem pisma. Pierwsze są po rosyjsku, późniejsze - po polsku. - Babcia wyjechała z Uzbekistanu w 1946 r. za mężem, sama nauczyła się polskiego. Przez lata zajmowała się domem, a kiedy dzieci podrosły, zgłosiła się do urzędu pracy, który skierował ją do biblioteki. 20 lat pracowała jako kierowniczka biblioteki na Służewcu. Pamiętam z dzieciństwa katalogi biblioteczne, pacynki, ale dopiero pod koniec życia pokazała mi wyróżnienia, artykuły w gazetach. W latach 70., 80. nie było oczywiste, że w bibliotece można robić pogadanki z młodzieżą, spotkania z lekarzami. Babcia organizowała korepetycje, kółko teatralne, zwiedzanie Warszawy - opowiada Ania. - Zawsze mówiła: moje dzieci, mój aktyw biblioteczny. Myślałam, że to słowo z PRL-u, a to bibliotekarski slang używany do dziś - śmieje się.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.