Bosa bierze się w garstki
18.04.2012
, aktualizacja: 18.04.2012 10:57
Katarzyna Bosacka (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)
Nazywam się Katarzyna Bosacka i jestem anonimowym żarłokiem. Od czterech tygodni jestem na diecie, schudłam pięć kilogramów. Jak to zrobiłam?
Na początku idzie szybko, ale powiedzmy sobie szczerze - schodzi z ciebie głównie woda. Wszyscy już wiedzą, że odmawiasz kremówek, sosów i pieczeni, godzą się na to, ale w zamian dają dobre rady. Fizjologiczne: "Radzę nie pić wody między posiłkami, powoduje gazy"; egzystencjalne: "I po co tak się męczyć, każdy ma swoją genetyczną wagę ciała, i tak pani do niej wróci"; żywieniowe: "Tylko zielony groszek, koniecznie z upraw ekologicznych. Nie ma pani pojęcia, jak wysmukla talię! Rano trzeba zjeść ziarenko, w południe dwa, a wieczorem ".
A wieczorem zjem całe wiadro. I to nie tylko groszku. Odkąd jestem na diecie, rośnie wokół mnie armia Ciotek Pierwsza Pomoc i Wujków Dobra Rada. Matko Boska Dietetyczna, czego to ja nie słyszałam: że Stachurski żywi się energią słoneczną i to podobno działa, bo wygląda jak sucharek; że najmniej kaloryczne białko to białko owadzie - zaleca je Unia Europejska (i niech je sobie sama zje, bon appétit!); że powinnam jeść wyłącznie lody, bo organizm musi się namęczyć, żeby je podgrzać, i spala więcej kalorii (jasne, a potem utyję 10 kg i wezmę udział w programie "Jak oni tyją!"); że ponieważ mam grupę krwi 0, moje idealne menu to chleb esseński (bezglutenowy) i Ezechiela (pierwszy chleb, opisany w Biblii), rodymenia (krasnorost) i kelp (algi morskie), a wystrzegać się muszę ośmiornicy, oleju bawełnianego, destylowanych likierów i suma (summa summarum to proste, kelp jest na pewno w każdej Biedronce, a rodymenia w Lidlu); że aminokwasy ze sproszkowanych byczych jąder pobudzają przemianę materii na potęgę; że nieodzowne są gacie azbestowe wysysające tłuszcz; że powinnam kupić niebieskie okulary hamujące apetyt, kolczyki uciskające punkty łaknienia, kremy wyszczuplające, kawę ultraslim, uf! Zdaje się, że z tych wszystkich cudowności wierzę tylko w jedno: plastry odchudzające rzeczywiście powstrzymują od jedzenia, tylko dlaczego na ulotce jest napisane: "Naklejać na newralgiczne miejsca, tj. uda, biodra, wałeczki w talii", a nie na dziób!?
Bycze jądra nie pomogą
- Ani jądra, ani krasnorosty, ani nawet chlebek Ezechiela nie dadzą rady, jeśli nie będziemy się podczas diety odchudzającej odżywiać, a nie żywić - tłumaczy dietetyczka dr Anna Lewitt. Przekonuje, że kluczem do sukcesu jest pięć posiłków dziennie. Łatwo zapamiętać: pięć posiłków jak pięć palców. Każdy tworzy garstkę, a garstek powinno być w każdym posiłku trzy - białkowa, węglowodanowa i warzywno-owocowa. Każdy odchudza się według wielkości garstki, jaką ma. Dr Lewitt twierdzi, że zdrowa dieta garstkowa odchudzająca jest odżywcza i odmładzająca jednocześnie. Niezłe hasło, tylko co to znaczy?
Jeśli będziemy głodować, organizm zje sam siebie, tzn. składniki odżywcze pobierze z mięśni w myśl logiki: najpierw trawi węglowodany, a skoro ich nie ma, to białka, natomiast tłuszcz, skubaniec, pozostanie nietknięty. Jeśli z kolei będziemy dostarczać za dużo białka (patrz: dieta Dukana), zakwasimy organizm. Przytłoczony mięsem nielotów, kopą jaj, górą serów odtłuszczonych i jogurtów 0 proc. organizm ze wszystkich możliwych organów ciała i z kości będzie pobierał wapń, sód, potas czy magnez, by z ich pomocą zneutralizować i usunąć kwasy. Toksyny, z którymi sobie nie poradzi, upchnie w tkance tłuszczowej, stawach, a nawet kościach. Efekt? Wiele osób po diecie wysokobiałkowej wygląda jak śmierć odgrzana w garnku - zapadnięte policzki, szara skóra, matowe włosy, tak jakby, owszem, schudły, ale postarzały się o kilka lat. Zresztą ich ciało daje im znaki, że dzieje się źle - pieczenie w ustach, zgaga, niestrawność, uporczywe zaparcia - czy to nie typowe dla głuchych na krytykę dukanistów?
To dlatego dr Lewitt poleca dietę, która nie zniszczy nam organizmu. Prawidłowe proporcje pomiędzy składnikami odżywczymi gwarantują, że chudnie się zdrowo, a przy okazji reguluje poziomy cukru, insuliny i cholesterolu we krwi. Taka dieta jest idealna dla cukrzyków, nadciśnieniowców, sercowców i wszystkich, którzy chcą żywić się zdrowo i zgubić kilka czy nawet kilkadziesiąt kilogramów. W dodatku jeśli włączymy ćwiczenia, co jest - nie mam dobrej wiadomości dla lwów kanapowych - bardzo wskazane, będziemy spalać tkankę tłuszczową, a budować mięśniową. Dzięki temu skóra nam nie obwiśnie, oczodoły się nie zapadną, ciało stanie się zwarte i mocniejsze, skóra pozostanie napięta. Typową reakcją po schudnięciu powinno być nie tylko: "Ale schudłaś!", ale także: "Ale odmłodniałaś!".
Pulpecie, cierpliwości
Kiedy dr Lewitt ujrzała mnie po raz pierwszy i dowiedziała się, że chcę schudnąć co najmniej 15 kg, oznajmiła: "Pani to zajmie od sześciu do ośmiu miesięcy". Byłam na skraju rozpaczy. Sześć miesięcy w dobie fast foodu, zupek fix i internetu brzmi jak podły żart. Czy nie da się schudnąć ekspresowo, mailowo, eksternistycznie? Pani doktor jednak jest uparta. Chudnąć nie należy za szybko, tempo od pół do jednego kilograma tygodniowo to maksimum. Dlaczego? Zanim organizm przyzwyczai się do nowego sposobu odżywiania, mijają co najmniej dwa miesiące. Jeśli schudniemy za szybko, nie zapamięta nowych nawyków i natychmiast - wołając: "Jeeeść, dajcie mi czekolady i frytek!" - wróci do dawnych upodobań. Wniosek? Chcesz się, pulpecie, odchudzać, naucz się cierpliwości, dieta musi trwać minimum dwa miesiące, a tych, którzy na okładkach kolorowych pisemek głoszą: "Schudnij 10 kg w 5 dni", należałoby niezwłocznie izolować. Dwa miesiące to czas, który pozwoli spokojnie odzwyczaić się od cukru, soli, tłustych potraw, batonów i frytek. Poza tym da nam wiarę (po 60 dniach diety nabierzemy pewności, że nam się uda) - prędzej czy później, ale to zrobimy. Po ośmiu tygodniach będziemy czuć, że to już nie tylko woda ucieka z organizmu, ale też tłuszcz. Spodnie wpijające się do tej pory w pośladki, zrobiły się cudownie luźne, stanik nie obciera, obrączka już nie wrzyna się w serdeczny palec, bardziej podobamy się sobie na zdjęciach i Roman jakoś tak inaczej na nas zerka.
Cztery tygodnie pulpeta na diecie, 180 kilometrów na bieżni, 150 zjedzonych posiłków, 150 litrów wypitej wody, pięć kilogramów mniej. Warto było się męczyć. Anonimowy żarłoku, przyłącz się do mnie, razem zrzucimy więcej!
Co i jak jeść na diecie
Węglowodany - należy wyeliminować cukier, ale nie wolno rezygnować z węglowodanów złożonych, bo to one przyspieszają przemianę materii, przyczyniają się do szybszego spalania tkanki tłuszczowej, dają energię potrzebną do ćwiczeń i pracy, dostarczają wit. z grupy B i potrzebnych składników mineralnych.
GARSTKA 1 : Najzdrowsze węglowodany złożone: chleb pełnoziarnisty razowy, kasza gryczana, jęczmienna, jaglana, pęczak, płatki owsiane górskie, makaron razowy, ryż brązowy lub dziki. Garstka to: 2-3 łyżki kaszy, ryżu lub płatków, kromka chleba.
Białko - organizm musi się namęczyć, żeby je strawić, dlatego po zjedzeniu pełnowartościowego białka długo nie jesteśmy głodni. Ważne, żeby białkowy produkt nie zawierał dużo tłuszczu, który mamy przecież spalać, a nie dostarczać wraz z posiłkiem.
GARSTKA 2 : Wartościowe źródła białka: jaja, ryby w sosie własnym lub pieczone, drób, ser biały odtłuszczony, białko roślinne - np. fasola, cieciorka, groszek.
Owoce - jeść tylko do pierwszego i drugiego śniadania, bo mają więcej niż warzywa cukrów prostych pobudzających apetyt. Wybierać te kwaśne.
GARSTKA 3 : Owoce i/lub warzywa - głównie kapustne, kiszonki, pomidory, ogórki, marchew, seler itp.
Woda - dużo, nawet 5 l dziennie, nasyconej minerałami. Albo inwestujemy w wodę mineralną średniozmineralizowaną, albo w sklepie dla sportowców kupujemy odżywkę mineralną i dodajemy ją do wody z kranu (tak, tak, można ją pić).
Jak? Co drugi dzień gotujemy posiłki na następne dwa. Pojemniki i wodę zabieramy do pracy (dodatkowy fitness przy okazji dźwigania; staramy się ruszać, chodzić na spacery, siłownię, basen). Jemy co trzy godziny, z zegarkiem w ręku. W sumie to dużo jedzenia! Da się przeżyć.
Przykładowe menu pulpeta
Śniadanie : Garstka 1: węglowodany złożone - płatki owsiane z pestkami dyni, słonecznika, siemieniem lnianym i odrobina rodzynek. Garstka 2: białko - serek biały (np. wiejski lub twaróg chudy z jogurtem naturalnym, cynamon). Garstka 3: owoc - pół dużego jabłka.
II Śniadanie : Garstka 1: kromka chleba pełnoziarnistego bez masła. Garstka 2: jajko na twardo. Garstka 3: rzodkiewka, ogórek, pomidor.
Lunch : Garstka 1: 2-3 łyżki kaszy gryczanej ugotowanej bez tłuszczu. Garstka 2: kurczak pieczony w ziołach bez skóry i tłuszczu. Garstka 3: kapusta kiszona.
Obiad : Garstka 1: 2-3 łyżki kaszy jęczmiennej. Garstka 2: mały kotlet mielony z indyka ugotowany w małej ilości wody. Garstka 3: buraczki.
Kolacja : Garstka 1: 2 łyżki makaronu pełnoziarnistego. Garstka 2: 2 łyżki tuńczyka z puszki w sosie własnym. Garstka 3: brokuły z czosnkiem.

A wieczorem zjem całe wiadro. I to nie tylko groszku. Odkąd jestem na diecie, rośnie wokół mnie armia Ciotek Pierwsza Pomoc i Wujków Dobra Rada. Matko Boska Dietetyczna, czego to ja nie słyszałam: że Stachurski żywi się energią słoneczną i to podobno działa, bo wygląda jak sucharek; że najmniej kaloryczne białko to białko owadzie - zaleca je Unia Europejska (i niech je sobie sama zje, bon appétit!); że powinnam jeść wyłącznie lody, bo organizm musi się namęczyć, żeby je podgrzać, i spala więcej kalorii (jasne, a potem utyję 10 kg i wezmę udział w programie "Jak oni tyją!"); że ponieważ mam grupę krwi 0, moje idealne menu to chleb esseński (bezglutenowy) i Ezechiela (pierwszy chleb, opisany w Biblii), rodymenia (krasnorost) i kelp (algi morskie), a wystrzegać się muszę ośmiornicy, oleju bawełnianego, destylowanych likierów i suma (summa summarum to proste, kelp jest na pewno w każdej Biedronce, a rodymenia w Lidlu); że aminokwasy ze sproszkowanych byczych jąder pobudzają przemianę materii na potęgę; że nieodzowne są gacie azbestowe wysysające tłuszcz; że powinnam kupić niebieskie okulary hamujące apetyt, kolczyki uciskające punkty łaknienia, kremy wyszczuplające, kawę ultraslim, uf! Zdaje się, że z tych wszystkich cudowności wierzę tylko w jedno: plastry odchudzające rzeczywiście powstrzymują od jedzenia, tylko dlaczego na ulotce jest napisane: "Naklejać na newralgiczne miejsca, tj. uda, biodra, wałeczki w talii", a nie na dziób!?
Bycze jądra nie pomogą
- Ani jądra, ani krasnorosty, ani nawet chlebek Ezechiela nie dadzą rady, jeśli nie będziemy się podczas diety odchudzającej odżywiać, a nie żywić - tłumaczy dietetyczka dr Anna Lewitt. Przekonuje, że kluczem do sukcesu jest pięć posiłków dziennie. Łatwo zapamiętać: pięć posiłków jak pięć palców. Każdy tworzy garstkę, a garstek powinno być w każdym posiłku trzy - białkowa, węglowodanowa i warzywno-owocowa. Każdy odchudza się według wielkości garstki, jaką ma. Dr Lewitt twierdzi, że zdrowa dieta garstkowa odchudzająca jest odżywcza i odmładzająca jednocześnie. Niezłe hasło, tylko co to znaczy?
Jeśli będziemy głodować, organizm zje sam siebie, tzn. składniki odżywcze pobierze z mięśni w myśl logiki: najpierw trawi węglowodany, a skoro ich nie ma, to białka, natomiast tłuszcz, skubaniec, pozostanie nietknięty. Jeśli z kolei będziemy dostarczać za dużo białka (patrz: dieta Dukana), zakwasimy organizm. Przytłoczony mięsem nielotów, kopą jaj, górą serów odtłuszczonych i jogurtów 0 proc. organizm ze wszystkich możliwych organów ciała i z kości będzie pobierał wapń, sód, potas czy magnez, by z ich pomocą zneutralizować i usunąć kwasy. Toksyny, z którymi sobie nie poradzi, upchnie w tkance tłuszczowej, stawach, a nawet kościach. Efekt? Wiele osób po diecie wysokobiałkowej wygląda jak śmierć odgrzana w garnku - zapadnięte policzki, szara skóra, matowe włosy, tak jakby, owszem, schudły, ale postarzały się o kilka lat. Zresztą ich ciało daje im znaki, że dzieje się źle - pieczenie w ustach, zgaga, niestrawność, uporczywe zaparcia - czy to nie typowe dla głuchych na krytykę dukanistów?
To dlatego dr Lewitt poleca dietę, która nie zniszczy nam organizmu. Prawidłowe proporcje pomiędzy składnikami odżywczymi gwarantują, że chudnie się zdrowo, a przy okazji reguluje poziomy cukru, insuliny i cholesterolu we krwi. Taka dieta jest idealna dla cukrzyków, nadciśnieniowców, sercowców i wszystkich, którzy chcą żywić się zdrowo i zgubić kilka czy nawet kilkadziesiąt kilogramów. W dodatku jeśli włączymy ćwiczenia, co jest - nie mam dobrej wiadomości dla lwów kanapowych - bardzo wskazane, będziemy spalać tkankę tłuszczową, a budować mięśniową. Dzięki temu skóra nam nie obwiśnie, oczodoły się nie zapadną, ciało stanie się zwarte i mocniejsze, skóra pozostanie napięta. Typową reakcją po schudnięciu powinno być nie tylko: "Ale schudłaś!", ale także: "Ale odmłodniałaś!".
Pulpecie, cierpliwości
Kiedy dr Lewitt ujrzała mnie po raz pierwszy i dowiedziała się, że chcę schudnąć co najmniej 15 kg, oznajmiła: "Pani to zajmie od sześciu do ośmiu miesięcy". Byłam na skraju rozpaczy. Sześć miesięcy w dobie fast foodu, zupek fix i internetu brzmi jak podły żart. Czy nie da się schudnąć ekspresowo, mailowo, eksternistycznie? Pani doktor jednak jest uparta. Chudnąć nie należy za szybko, tempo od pół do jednego kilograma tygodniowo to maksimum. Dlaczego? Zanim organizm przyzwyczai się do nowego sposobu odżywiania, mijają co najmniej dwa miesiące. Jeśli schudniemy za szybko, nie zapamięta nowych nawyków i natychmiast - wołając: "Jeeeść, dajcie mi czekolady i frytek!" - wróci do dawnych upodobań. Wniosek? Chcesz się, pulpecie, odchudzać, naucz się cierpliwości, dieta musi trwać minimum dwa miesiące, a tych, którzy na okładkach kolorowych pisemek głoszą: "Schudnij 10 kg w 5 dni", należałoby niezwłocznie izolować. Dwa miesiące to czas, który pozwoli spokojnie odzwyczaić się od cukru, soli, tłustych potraw, batonów i frytek. Poza tym da nam wiarę (po 60 dniach diety nabierzemy pewności, że nam się uda) - prędzej czy później, ale to zrobimy. Po ośmiu tygodniach będziemy czuć, że to już nie tylko woda ucieka z organizmu, ale też tłuszcz. Spodnie wpijające się do tej pory w pośladki, zrobiły się cudownie luźne, stanik nie obciera, obrączka już nie wrzyna się w serdeczny palec, bardziej podobamy się sobie na zdjęciach i Roman jakoś tak inaczej na nas zerka.
Cztery tygodnie pulpeta na diecie, 180 kilometrów na bieżni, 150 zjedzonych posiłków, 150 litrów wypitej wody, pięć kilogramów mniej. Warto było się męczyć. Anonimowy żarłoku, przyłącz się do mnie, razem zrzucimy więcej!
Co i jak jeść na diecie
Węglowodany - należy wyeliminować cukier, ale nie wolno rezygnować z węglowodanów złożonych, bo to one przyspieszają przemianę materii, przyczyniają się do szybszego spalania tkanki tłuszczowej, dają energię potrzebną do ćwiczeń i pracy, dostarczają wit. z grupy B i potrzebnych składników mineralnych.
GARSTKA 1 : Najzdrowsze węglowodany złożone: chleb pełnoziarnisty razowy, kasza gryczana, jęczmienna, jaglana, pęczak, płatki owsiane górskie, makaron razowy, ryż brązowy lub dziki. Garstka to: 2-3 łyżki kaszy, ryżu lub płatków, kromka chleba.
Białko - organizm musi się namęczyć, żeby je strawić, dlatego po zjedzeniu pełnowartościowego białka długo nie jesteśmy głodni. Ważne, żeby białkowy produkt nie zawierał dużo tłuszczu, który mamy przecież spalać, a nie dostarczać wraz z posiłkiem.
GARSTKA 2 : Wartościowe źródła białka: jaja, ryby w sosie własnym lub pieczone, drób, ser biały odtłuszczony, białko roślinne - np. fasola, cieciorka, groszek.
Owoce - jeść tylko do pierwszego i drugiego śniadania, bo mają więcej niż warzywa cukrów prostych pobudzających apetyt. Wybierać te kwaśne.
GARSTKA 3 : Owoce i/lub warzywa - głównie kapustne, kiszonki, pomidory, ogórki, marchew, seler itp.
Woda - dużo, nawet 5 l dziennie, nasyconej minerałami. Albo inwestujemy w wodę mineralną średniozmineralizowaną, albo w sklepie dla sportowców kupujemy odżywkę mineralną i dodajemy ją do wody z kranu (tak, tak, można ją pić).
Jak? Co drugi dzień gotujemy posiłki na następne dwa. Pojemniki i wodę zabieramy do pracy (dodatkowy fitness przy okazji dźwigania; staramy się ruszać, chodzić na spacery, siłownię, basen). Jemy co trzy godziny, z zegarkiem w ręku. W sumie to dużo jedzenia! Da się przeżyć.
Przykładowe menu pulpeta
Śniadanie : Garstka 1: węglowodany złożone - płatki owsiane z pestkami dyni, słonecznika, siemieniem lnianym i odrobina rodzynek. Garstka 2: białko - serek biały (np. wiejski lub twaróg chudy z jogurtem naturalnym, cynamon). Garstka 3: owoc - pół dużego jabłka.
II Śniadanie : Garstka 1: kromka chleba pełnoziarnistego bez masła. Garstka 2: jajko na twardo. Garstka 3: rzodkiewka, ogórek, pomidor.
Lunch : Garstka 1: 2-3 łyżki kaszy gryczanej ugotowanej bez tłuszczu. Garstka 2: kurczak pieczony w ziołach bez skóry i tłuszczu. Garstka 3: kapusta kiszona.
Obiad : Garstka 1: 2-3 łyżki kaszy jęczmiennej. Garstka 2: mały kotlet mielony z indyka ugotowany w małej ilości wody. Garstka 3: buraczki.
Kolacja : Garstka 1: 2 łyżki makaronu pełnoziarnistego. Garstka 2: 2 łyżki tuńczyka z puszki w sosie własnym. Garstka 3: brokuły z czosnkiem.



