Kiedy zaczyna się czytać pana nową powieść ''Potępieni'', gigantyczny monolog 13-latki, która trafiła do piekła, pierwszym pytaniem, które się nasuwa jest: jak u diabła ktoś mógł umrzeć od przedawkowania marihuany?! Taka reakcja mnie cieszy, bo pokazuje, że wpadła pani w zastawioną przeze mnie pułapkę. Przedawkowanie marihuany to fałszywy trop, zmyłka wprowadzona po to, by przykuć uwagę czytelnika i wzbudzić w nim podejrzenie co do wiarygodności narratora.
Bohaterka książki Madison wędruje po piekle. Przed oczami od razu staje ''Boska
komedia'' Dantego, choć trudno było podejrzewać, że właśnie pan będzie inspirował się klasyczną literaturą.
Inspiracją dla tej powieści była literatura drogi. Dla mnie poemat Dantego - na tym najbardziej podstawowym poziomie - jest jak przewodnik turystyczny. Tak jak inne pozycje, które mnie zainspirowały - ''Podróże Guliwera'' Jonathana Swifta czy ''Podróż na okręcie Beagle'' Karola Darwina.
''Potępieni'' to powieść planowana podobno jako trylogia - rzeczywiście możemy się spodziewać dwóch kolejnych części? Tak. Madison przejdzie przez czyściec i wreszcie trafi do nieba, ale dopiero po całym mnóstwie przygód, jakie dla niej przygotowałem. Bycie martwą stanie się dla niej najmniejszym problemem.
Wierzy pan w życie pośmiertne? Oczywiście! Pewnego dnia wszyscy, którzy nie wierzyli w istnienie drobnoustrojów, przekonają się, że jesteśmy otoczeni przez dowody na życie, które zwaliśmy ''niewidzialnym''.
Pan kpi? Tak jak w powieści, w której pokazuje pan piekło jako rockandrollowe miejsce, w którym bawią Kurt Cobain, Susan Sontag i Jim Morrison... Nie potrzebujemy nieba? Niebo jest po to, żeby zaoferować pośmiertne schronienie mojej matce i jej rodzinie. Mam nadzieję, że są tam bardzo szczęśliwi.
Pana matka niedawno zmarła na raka. Podobno pisanie ''Potępionych'' było dla pana ucieczką od cierpienia. Często stosuje pan pisanie jako środek uśmierzający ból? Przeciwnie. Jako ostry nóż, który pozwala mi dotrzeć do najgłębszych pokładów bólu i go wyczerpać. Dzięki konfrontacji z własnym cierpieniem mogę ruszyć do przodu i doświadczać nowych rzeczy - to znacznie korzystniejsze od chowania się w sobie i tłumienia go.
Potrafi pan zrobić twórczy użytek z najgorszej tragedii? Tragedie przytrafiają się każdemu. Ważne jest to, co się z nimi robi. Jedni ludzie zaczną pić, żeby o nich zapomnieć, a mnie w tym pomaga twórczość. Uwielbiam ideę antycznych Greków i Hebrajczyków, w myśl której Hades jest miejscem, do którego idą martwe dusze, by zapomnieć o swym życiu na ziemi. To taki rodzaj oczyszczenia z przeszłych spraw. Jakby Hades był rodzajem kliniki czy azylu, gdzie przezwyciężamy nasze niedawne uzależnienia czy choroby. Na wiele sposobów to samo dzieje się ze mną w trakcie pisania - pozwala mi ono przejść przez nieszczęśliwe momenty życia, ale też doświadczyć tych bardzo szczęśliwych.
Powiedział pan, że tragedie zdarzają się każdemu, ale te, które przeżył pan osobiście, są wyjątkowego kalibru... Dwie bardzo bliskie mi osoby zostały zamordowane, dwie popełniły samobójstwo, wiele zmarło na raka, a prawie wszyscy najbliżsi przyjaciele - na AIDS. Pamiętam ich każdego dnia i proszę o pomoc w pisaniu. Nawet martwi są dla mnie źródłem inspiracji.
Pisanie jest dla pana religią? Pisanie pozwala mi dotrzeć do zasobów mojej własnej wyobraźni, dzięki niemu mogę ją eksplorować i poszerzyć. Najlepsze pomysły tkwią w mojej głowie i wciąż pojawiają się nowe, jakby inspiracji dostarczały mi jakieś demony. Literatura traktowana w taki sposób staje się nie tyle religią, ile medytacją, która pozwala mi dosięgnąć czegoś większego niż ja.
Pana książki są pełne okrucieństw i ostrych scen. Może pan sobie wyobrazić coś tak strasznego, że nie dałoby się o tym napisać? Wolałaby pani, żeby moje książki - i wszystkie inne - były subtelne i niosły pocieszenie? Filmy i
telewizja spełniają to zadanie o wiele lepiej.