Przyznaję, że mam afrykańskie podejście do wieku: wszystko jedno kiedy, ważne, że się urodziło. Smak wieku znajduję w tym, że im więcej lat, tym więcej opowieści - i to jak różnorodnych: dreszcz pierwszych wagarów, łajdactwa studenckie, codzienny bieg przez płotki z maluchami u piersi, wgryzanie się do krwi w pasje na pohybel rutynie dorosłości. Patrząc na ludzi starszych ode mnie, których podziwiam, widzę kwitnienie ich życia zawodowego, wypuszczanie się w świat, nowe namiętności (znajomy były dziennikarz BBC pisze teraz znakomite książki popularnonaukowe i czerpie z tego dziecinną radość). Ich obserwacje są wreszcie wielowymiarowe, odkrywają duchowość, umieją cieszyć się tym, co niesie chwila. Mają fajne srebrne włosy.
Jęczenie z okazji urodzin traktuję niemal jako osobistą obelgę. No, mijamy, 'i taka jest prawda', jak śpiewa Sidney Polak, ale skoro tyle pociągnęliśmy, to z nas twardziele, prawda? Nie warto się tym cieszyć? Ubolewanie w dniu przypominającym o tym, że się urodziliśmy, jest typowe dla naszej kultury, kultury zgonu raczej niż przyjścia na świat. Dlatego fascynowały mnie sceny w filmach, w których pochód żałobników szedł za trumną kogoś bliskiego, tańcząc, śpiewając i grając. Jedyny, który nie tańczył (ten na czele pochodu, w trumnie), najwyraźniej zaczął jakieś inne życie, tak w każdym razie sądzili jego krewni, wybierając strategię szklanki do połowy pełnej. Ich optymizm budził i budzi mój podziw - bo właściwie dlaczego się nie cieszyć? Przecież i tak nie mamy zielonego pojęcia, co piszczy w temacie życia po życiu. Chociaż niektórzy się mądrzą, zachowując pokerową twarz.
Skwaśnienie może nas dopaść w każdym wieku. Podupadanie na zdrowiu, kłopoty finansowe, zmaganie się z upierdliwościami codziennymi, tymi 'pół dnia wolnego zmarnowałam, a dziad inkasent nie przyszedł!' - starość nie ma na to monopolu. Kult młodości ma za to ten dobry skutek uboczny, że nauczył nas dbać o siebie: ćwiczyć, sensownie jeść z pominięciem trzydaniowych obiadów i staropolskich podkurków (nażeranie się na noc), uśmiechać się na przekór podagrze. Kult młodości nauczył nas też patrzeć na siebie inaczej. Kiedy kichnęłam i usłyszałam od 60-latka zdanie przebój czasów gierkowskich: 'Jeśli budzisz się po czterdziestce i nic cię nie boli, to znaczy, że nie żyjesz', zostałam z otwartymi ustami. Bo czterdziestka wtedy i teraz to jakby porównać komunizm z kapitalizmem. Ale kult młodości, przyjęty z dobrodziejstwem inwentarza, niesie ze sobą pewną zmorę - zmorę wiecznej młodości. Czterdziestka jest nową trzydziestką, która jest nową dwudziestką - wolę nie myśleć, że dwudziestka jest nową dziesiątką - wszystko pięknie, jeśli dzięki temu ludzie po czterdziestce, pięćdziesiątce i dalej bywają wysportowani, nieodpychający i zdrowotnie zadbani.
Gorzej, gdy biorą na siebie - znów! - obowiązki młodości. Bo rośnie presja, by je brali. 40-letnie atrakcyjne i zawodowo stabilne kobiety dopada
moda, by rodzić kolejne dzieci. Mężczyźni muszą się nieźle nauwijać w łóżku, nieważne, czy nakręca ich zapał własny, czy jadą na viagrze. Trzeba się napocić, a potem pieluszek nazmieniać (znowu!), żeby udowodnić, jakim się jest młodym szczupakiem. Zawsze mi się wówczas przypomina zdanie znajomej: 'Nosiłam spodnie dzwony w latach 70. i teraz już nie muszę. Co mnie obchodzi, że znów są modne'. Powstaje rodzaj zbiorowej histerii - co robić z tą przydługą młodością? Nowi wymuskani z wargami kapiącymi od
botoksu ćwiczą najczęściej rozbijanie pierwszych związków i wchodzenie w drugie (trzecie, czwarte). Dawniej był to przywilej mężczyzn, bo dłużej płodzą, niż kobiety rodzą. Teraz to się zmienia, kobiety rodzą do pięćdziesiątki (i po: Annie Leibovitz), za to mężczyźni, częściej dzielący obowiązki rodzicielskie, nie są już do tego tak wyrywni. Nowe stadła - niby coraz to inne kapcie, ale zawsze kapcie.
Z kultu młodości warto wziąć to, co korzystne, a odrzucić to, co męczące. Jeśli dopadnie nas presja, wpiszmy się do książki skarg i zażaleń, którą znajdziemy jako zakładkę na stronie www.kultmlodosci.com. Jako pieniacz od razu zgłaszam skargę na tych, którzy rzucają gromy pod adresem Madonny, że prowadza się z młodszymi o połowę kochankami. I tych, co kpią z 'babci Stone'. Na podstronie 'życzenia' wpisałabym, żeby czasem naśladować wyżej wymienione. Pomijając kochanków - obie adoptowały dzieci. Jest to inteligentny ruch, biorąc pod uwagę przeludnienie planety (patrz: lawinowe powiększanie przychówku Beckhamów). Mam nadzieję, że Madonną i Sharon Stone nie moda, lecz mądrość kierowała, o której dawniej mówiono, że przychodzi z wiekiem.
PS Nie ma tu mowy o Fauście ani Dorianie Grayu - mądrość śmieje się z mądrzenia się.
Przeczytaj: Bezczas, bezruch, bezrobocie">>