Fot. materiały prasoweZespół Harthof tworzą (od lewej): Tim Sarhan (perkusja), Tobias Szczęsny (gitara), Mateusz Stach (wokal), Schaf Bohlig (bas)
W Berlinie zespołów pop-punk-rockowych słuchają głównie dziewczyny. Muzyka nie jest za mocna, a jednak ma emocje i daje czadu. No i jesteśmy młodymi facetami. Rozmowa z Mateuszem Stachem, liderem i wokalistą berlińskiej grupy Harthof
To jest nazwisko piłkarza niemieckiego z lat 50. Był mało znany, ale całej naszej czwórce się podobał.
Czym się wyróżniał?
Miał ciągle pecha. Kumpel kiedyś słyszał od kumpla, że był dobry, często blisko sukcesu, ale w ostatniej chwili zawsze coś mu przeszkodziło.
Ciekawa inspiracja.
My chcemy zrobić na odwrót, wyrwać to słowo z pecha. Decyzja o nazwie była impulsywna, brzmienie nam się podobało. 'Harthof' to typowo niemiecki dźwięk, a my jesteśmy niemieckim zespołem, który chce śpiewać po niemiecku. Słyszysz 'Harthof' i wiesz, czego się spodziewać.
Większość grup chce śpiewać po angielsku.
My nie. Trudno wyrażać emocje w obcym języku, szczególnie mnie, który piszę i śpiewam. W Niemczech dobrze nam się żyje, jako młodzi muzycy korzystamy tu z przywilejów. Poza tym chcemy zdobyć publiczność też tekstami.
Jako dziecko śpiewałem i tańczyłem do piosenek Michaela Jacksona. Rodzice posłali mnie do Musikalische Früherziehung. To taka dodatkowa edukacja muzyczna dla dzieci. Zaczynałem od pianina. Śpiewałem też w chórze szkoły katolickiej, do której mama przeniosła mnie w czwartej klasie, bo był tam wyższy poziom. Śpiewaliśmy Bacha, gospel, pop. W tej szkole, Katholische Europaschule Sankt Marien, było dużo Polaków, dlatego teraz można tam uczyć się polskiego zamiast francuskiego. Od ponad pięciu lat biorę też lekcje śpiewu.
Rockowo-punkowego?
Bez tych lekcji było rockowo - mikrofon, głos i lecimy. Ale trzeba wiedzieć, jak śpiewać, żeby nie zedrzeć gardła.
Uczę się na klasyce, np. cykl 'Winterreise' Schuberta to wszystkie tony od najniższego do najwyższego, ale w takim skoku, że trudno to śpiewać bez przerwy dla złapania oddechu. Potrzebna jest technika. Dzięki niej mogę teraz śpiewać przez półtorej godziny. Dawniej po półgodzinie głos mi siadał. Na szczęście w klubach już się nie pali.
To był duży problem?
Tragedia. Miałem struny głosowe ciągle podrażnione przez dym. Nie zapomnę, jak w prestiżowym klubie SO36 wokalista znanego punkowego zespołu zarządził, że nie można palić, bo ma alergię. Ludzie dziwili się - punk i zakaz palenia, to nie pasowało. Na szczęście rząd to załatwił.
Jak odbierasz dawnych rockowych, punkowych idoli?
Mam dużo starych płyt mojego taty - Led Zeppelin czy Hendriksa. Słuchałem też Sex Pistols, Nirvany, Metalliki. To nie były moje zespoły, ale czuję wobec nich respekt. Mnie inspirowały zespoły niemieckie Die Ärzte czy The Wohlstandskinder, a także Blink-182, Green Day, Foo Fighters, Fall Out Boy, Jennifer Rostock.