'Good morning, this is Kasia Madera, welcome to BBC News'. Długo musiałaś pracować, żeby móc przywitać w ten sposób telewidzów?

Dziesięć lat.

BBC to spełnienie marzeń?

Dla mnie to sam szczyt! Najbardziej profesjonalna telewizja świata - najlepsi dziennikarze, najbardziej rzetelny serwis, bardzo wysokie standardy pracy, etos zawodowy. Ciągle nam robią szkolenia, na których możemy podszlifować warsztat. W tym kraju w mediach trudno lepiej trafić.

Gdy się myśli o karierze tutaj, to od czego trzeba zacząć? Od dziennikarstwa?

Trzeba chcieć i być zdeterminowanym. Moja droga była długa. Dzisiaj bym zrobiła to inaczej - od razu po studiach pracowałabym dla nich za darmo, starałabym się o staż. Herbatę bym parzyła, wszystko bym robiła, żeby się tylko zaczepić.

Dziennikarstwo studiowałam dopiero po dyplomie. Najpierw był licencjat z francuskiego i polityki. Francuski - bo uwielbiałam ten język, a polityka - bo interesowały mnie aktualne wydarzenia. Ale, szczerze, nie były to przemyślane wybory. Miałam 19 lat, nie miałam pojęcia, co chcę robić w życiu. Wiedziałam tylko, że to nie będą kierunki ścisłe. Ku przerażeniu mamy.

Mama o czym marzyła dla ciebie?

O finansach, bankowości. Uważała, że to mi zagwarantuje przyszłość i pieniądze. Mama jest humanistką. W Polsce skończyła historię na UW i nie miała lekkiego życia. Bała się, że po studiach będę bezrobotna albo zostanę politykiem.

Kariera w polityce to nie prestiż?

Nie dla mnie. Na uniwersytecie zaangażowałam się co prawda w działalność Partii Pracy, bo w latach 90. ta partia miała ambicje, żeby walczyć o równość społeczną, wspierać prawa pracownicze itd. Co zabawne, moja babcia zawsze prosiła mamę, żeby broń Boże nie głosowała na Partię Pracy, ponieważ jej się to kojarzyło z komunistami. Wbijała mamie do głowy: 'Głosuj na Margaret Thatcher!'. Mnie zresztą też. Ale nie złamałyśmy się. Mamy dusze socjalistek, ale nie komunistek - to różnica. Chociaż nie powinnam się przyznawać, po której stronie są moje sympatie, bo w mojej pracy jedną z podstawowych zasad jest bezstronność.

A jakbym cię zapytała prywatnie?

Cenię braci Milibandów z Partii Pracy. Tydzień po katastrofie w Smoleńsku prowadziłam czuwanie na Trafalgar Square. Przyszła masa ludzi. Miliband, wtedy minister spraw zagranicznych, jako jedyny z polityków przyszedł do mnie na scenę, wygłosił emocjonalne przemówienie. To mnie ujęło.

Jak mama znalazła się w Anglii?

Przyjechała w latach 70. Moja rodzina pochodzi z Garwolina. Ojciec mamy pomagał tam po wojnie wyremontować zdewastowany kościół. Bardzo się w to zaangażował. Jeździł nawet na ziemie poniemieckie szukać odpowiedniej cyny do pokrycia dachu. I to zaangażowanie mu nie pomogło. Był prześladowany przez władze. Zesłano go na Syberię. Dostał nawet list od papieża Pawła VI, który uznał jego osiągnięcia. Mama po studiach pracowała w muzeum socjalizmu w Warszawie. Oprowadzała wycieczki, była kustoszem, ale nie miała szans na awans, bo władze muzeum dowiedziały się, że ona pochodzi z TEJ rodziny Rękawków. Była młoda, chciała żyć. Mieszkanie za 20 lat to był dla niej absurd. Postanowiła wyjechać do Londynu.
Pozostało 89% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.