Historia pani Katarzyny z Zielonej Góry (nazwisko do wiadomości redakcji) zaczęła się w lutym br., kiedy laryngolog skierował ją na zabieg wycięcia torbieli przyusznej.
- Nogi się pode mną ugięły, kiedy usłyszałam, że najbliższy termin to... lipiec. Nigdy wcześniej nie leżałam w szpitalu. Bałam się - opowiada czytelniczka "Gazety". - Moi bliscy przeżywali ten szpital razem ze mną, podnosili mnie na duchu, zapowiadali odwiedziny - dodaje.
W ub. tygodniu pani Kasia, na dwa dni przed zabiegiem, pojawiła się w szpitalu na wymagane badania krwi. - Spakowana przyszłam punktualnie, o godz. 8.30. Lekarz przyszedł po godzinie. Pojawił tylko po to, by oznajmić mi, że nie zostanę przyjęta. I że gdybym miała raka, to co innego, bo tylko takimi przypadkami szpital się zajmie. Byłam w szoku. Czekałam, aż powie, że to żart. Ale kazał mi wracać do domu - opowiada zielonogórzanka.
Z wyjaśnień, dlaczego odprawiono ją z kwitkiem, zrozumiała niewiele. - Powiedziano mi, że wyczerpały się limity. Tylko dlaczego nikt nie poinformował mnie o tym wcześniej? Czy o odwołaniu wizyty, na którą nastawiam się od pół roku, lekarz dowiedział się przed pięcioma minutami? Twierdził, że dokładnie tak było, ale czy to normalne, że tak się spławia pacjentów? - pyta.
Kolejne terminy szpitalowi nie pasowały. Torbiel należy usunąć przed 19 sierpnia, bo tracą ważność badania krwi. Jednak właśnie w pierwszej połowie sierpnia pani Kasia zaplanowała sobie urlop. - Trudno. Nie wyjadę. Wakacje spędzę w szpitalu - kwituje.
Jak się okazuje, zielonogórski szpital przekroczył limit tzw. nadwykonań, czyli zabiegów, których nie obejmuje kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia. Pierwszeństwo mają bowiem przypadki pilne. Prawo do korzystania ze świadczeń poza kolejką przysługuje także m.in. pacjentom z tytułem Zasłużonego Honorowego Dawcy Krwi lub Przeszczepu, inwalidom wojennym, kombatantom i żołnierzom. Szpital obawia się ryzyka, że zabraknie na nie pieniędzy, jeśli lekarze przeprowadzą za dużo zabiegów zaplanowanych, czyli tzw. stabilnych.
Szpital, w ciągu pół roku doszedł do tzw. nadwykonań za 10 mln zł. Na samej laryngologii uzbierało się ok. 220 nierozliczonych świadczeń. Nadwykonania sięgnęły tu 450 tys. zł, z czego 96 tys. zł kosztowało leczenie przypadków nagłych, a 354 tys. zł zaplanowanych. To dlatego ordynator laryngologii zarządził wstrzymanie zabiegów planowanych.
- Szpital odnotował już duże straty przez nadwykonania. Nigdy nie mamy pewności, czy NFZ zwróci nam za nie pieniądze. Wciąż trwają negocjacje - mówi Jarosław Sieracki, dyrektor ds. ekonomicznych i główny księgowy szpitala.
Czy kolejny termin pobytu gwarantuje pacjentce przyjęcie? - pytamy.
- 100 proc. gwarancji nie ma. Zależy to od tego, ile pojawi się przypadków nagłych. Staramy się, żeby kolejny termin doszedł do skutku.
- Zawsze informujemy o przesunięciu terminów z odpowiednim wyprzedzeniem. Niestety, w tym przypadku było to niemożliwe. Ordynator wydał rozporządzenie w dniu wyznaczonej pacjentce operacji, na pół godziny przed wizytą - tłumaczy Adriana Wilczyńska, rzecznik zielonogórskiej lecznicy.
Lubuski NFZ nie przewiduje żadnych dodatkowych pieniędzy dla szpitala. Zaznacza, że lecznica powinna wywiązywać się z umów, jakie zawiera. - Koszty leczenia szpitalnego rosną. W ub. roku zawarliśmy umowę na 104 mln zł, a na początku 2011 r. była to już kwota ponad 112 mln zł. W tym roku 2011 r. przekazaliśmy także szpitalowi dodatkowe 803 tys. zł - mówi Monika Giblewska zastępca dyrektora ds. medycznych w NFZ. Zaznacza, że o przesunięciu terminu zabiegu szpital powinien poinformować pacjenta wcześniej. - Świadczeniobiorca trafia wówczas na listę oczekujących. Listy te powinny być prowadzone zgodnie z poszanowaniem zasad sprawiedliwego, równego, niedyskryminującego dostępu do świadczeń. O przesunięciu terminu świadczeniodawca jest zobowiązany poinformować pacjenta w każdy możliwy sposób - dodaje Giblewska.