Halina Sobańska chce, by odpowiedni
przepis umieścić w nowym Kodeksie Etycznym Radnego, który właśnie powstaje i ma zostać przegłosowany w sierpniu. Dokument będzie kanonem kultury radnego, ma zakazywać m.in. spóźniania się, rozmów telefonicznych podczas obrad czy niegrzecznego przerywania cudzych wystąpień. Sobańska postanowiła walczyć o poprawne tytułowanie kobiet, bo ostatnio zbulwersował ją przebieg komisji, na którą zaproszono w charakterze eksperta szefową wydziału ochrony środowiska. Jeden z radnych udzielił znajomej naczelniczce głosu, mówiąc: "Wandziu, co dla nas przygotowałaś?". Wtedy Sobańska nie wytrzymała i głośno skarciła kolegę, który poprawił się i już do końca trzymał się oficjalnych zwrotów.
- Wiem, że on nie miał złych zamiarów, ale nieświadomie zastosował jedną z technik dominowania, jakie w odniesieniu do kobiet już w latach 70. opisała norweska psycholożka Berit As. Kokietowanie i infantylizacja podobnie jak szowinistyczne dowcipy z podtekstem seksualnym są z pozoru przyjacielskie i niewinne, a w rzeczywistości mają obezwładnić kobietę, zbić ją z tropu, zmieszać, uczynić niewidzialną w przestrzeni publicznej - mówi Sobańska, która lansuje też nadawanie żeńskich końcówek nazwom stanowisk, np. dyrektorka, kierowniczka, naczelniczka, prezydentka a nawet ministerka lub ministra, bo takie formy podkreślają, że godność i kompetencja nie są zarezerwowane wyłącznie dla jednej płci.
Czy pomysł radnej ma szanse w Sosnowcu? Wanda Orlińska (naczelniczka, do której zwrócono się po imieniu podczas komisji) nie czuje urazy: - Prawdziwe problemy są gdzie indziej, zresztą już znacznie gorzej mnie tytułowano! - wspomina, jak jeden ze znajomych urzędników chciał ją kiedyś szczególnie uhonorować i publicznie wybełkotał "Pani inżynier... Wandziu", a potem spłonął rumieńcem ze wstydu.
- Po co przesadzać? - pyta Anna Jasikowska z biura prasowego w sosnowieckim magistracie. - Jeśli przełożony mówi mi po imieniu, to czuję, że wyróżnia mnie z tłumu czterystu zatrudnionych kobiet. Jasikowska zwraca uwagę, że tytułomania może też niebezpiecznie ośmieszać. - W zakompleksionych środowiskach pokutowała kiedyś
moda na ugrzecznione "panie magistrze". Uff, mam nadzieję, że to już przeszłość.
W inicjatywie radnej Arkadiusz Chęciński, szef Rady Miejskiej w Sosnowcu, widzi temat zastępczy: - Po pierwsze nie spotykam się z poufałym traktowaniem pań, a po drugie taki zapis w kodeksie musiałby wyglądać naprawdę śmiesznie. Przewodniczący zapewnia, że nie przeszkadza mu, gdy ktoś się do niego odezwie per Arek lub Arkadiusz.
Tymczasem Sobańska przypomina, że dzięki jej wysiłkom Chęciński już raz skorygował swoje nawyki w sprawach płci - na początku kadencji zdarzało mu się mówić do całej sali: "Czy panowie radni otrzymali już dokumenty?". Wtedy Sobańska podnosiła rękę i ostentacyjnie wołała: "Tak, panie przewodniczący, my też otrzymałyśmy!". Teraz Chęciński już zawsze pamięta, że w radzie oprócz kolegów zasiadają jeszcze dwie kobiety. Radna przyznaje się, że ostatnio zachęca do buntu jedyną z kobiet wiceprezydentów w Sosnowcu. - Dlaczego pozwalasz prezydentom mówić do siebie "Agnieszko", przecież do nich nikt nie odzywa się per Kaziu czy Rysiu! - przekonuje Agnieszkę Czechowską-Kopeć. - Nie obchodzi mnie argument, że rozmówcy są w zażyłych stosunkach i znają się kopę lat. Ludzie władzy w oficjalnych sytuacjach powinni być wzorem poprawności i muszą używać oficjalnych form - dodaje Sobańska.
Sprawdziliśmy, że urzędnicy nigdy do pań na stanowiskach nie mówią po imieniu tam, gdzie władzę dzierżą kobiety. Na przykład w Zabrzu czy Rudzie Śląskiej nikt w magistracie nie powie, że idzie do pani Małgorzaty lub pani Grażyny, tylko zawsze do pani prezydent.
- Zwracanie się po imieniu kojarzy mi się z nachalnością przedstawicieli handlowych, którzy najpierw sprawdzają sobie dane osobowe w spisach, a potem wydzwaniają z ofertami i bombardują od pierwszych sekund rozmowy poufałym "pani Magdo". Nie cierpię tego - ocenia Magda Malinowska z biura prasowego w zabrzańskim UM.
Mimo to prezydent Zabrza Małgorzata Mańka-Szulik uważa, że pomysł radnej z Sosnowca w Zabrzu by nie przeszedł: - Jesteśmy przeciwni drobiazgowym zakazom tam, gdzie rozstrzygać powinna kultura osobista.