http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Bejrut alternatywny

Lidia Pańków
23.06.2011 , aktualizacja: 16.06.2011 16:09
A A A Drukuj
Mar Michael - dzielnica Bejrutu kiedyś zamieszkana głównie przez bogatych Ormian, dziś staje się najgorętszym adresem miasta Fot. Marta Bogdańska Mar Michael - dzielnica Bejrutu kiedyś zamieszkana głównie przez bogatych Ormian, dziś staje się najgorętszym adresem miasta
Do księgarni Papercup ciągną typy kreatywne. Takiego wyboru książek mogłaby pozazdrościć konkurencja z Londynu i Berlina. Czego nie można przeoczyć w modnym Bejrucie?
Nieczynna zajezdnia autobusowa. Zdezelowane porzucone wozy stały się tworzywem dla lokalnych artystów
Fot. Marta Bogdańska
Nieczynna zajezdnia autobusowa. Zdezelowane porzucone wozy stały się tworzywem dla lokalnych artystów
Butik Diane Ferjane, znanej w Bejrucie projektantki pret-a-porter łączącej awangardowe fasony z etnicznymi motywami
Fot. Marta Bogdańska
Butik Diane Ferjane, znanej w Bejrucie projektantki pret-a-porter łączącej awangardowe fasony z etnicznymi motywami
Tawlet Souk el-Tayeb, słynna w całym mieście restauracja, mieści się w budynku dawnego garażu. Jej założyciel to znany 
z programów telewizyjnych pisarz, wykładowca i promotor lokalnej żywności
Fot. Marta Bogdańska
Tawlet Souk el-Tayeb, słynna w całym mieście restauracja, mieści się w budynku dawnego garażu. Jej założyciel to znany z programów telewizyjnych pisarz, wykładowca i promotor lokalnej żywności
ZOBACZ TAKŻE
W kolorowych tenisówkach, z torbami podróżnymi z designerskich sklepów mkną taksówkami (za które płacą pięć razy więcej niż miejscowi) w stronę modnych dzielnic po obu stronach miasta. Wici o najciekawszych, świeżo otwartych tu miejscach rozesłał 'New York Times' i koneserski magazyn dla wytrawnych globtroterów 'Monocle'.

Podział na muzułmański zachód i chrześcijański wschód utrzymuje się mimo oficjalnego zakończenia wojny domowej w 1990 r. Grupy wyznaniowe kurczowo trzymają się swoich rewirów. Wschód znaczą podświetlane krzyże i kapliczki, zachód - plakaty z przywódcami Hezbollahu. Tylko kosmopolityczni liberałowie, wywrotowcy i idealiści nic sobie nie robią ze sztywnych granic. Na zachodzie opanowali dawną dzielnicę bohemy Hamrę i opadający w kierunku nadmorskiej promenady elegancki rejon Ras Bejrut. Na wschodzie - słynącą z szykownych, odrestaurowanych kamienic i stylowych klubów Gemmayzeh. Teraz mają powód, żeby zapuścić się jeszcze dalej od centrum - na Mar Michael. Od północy granicę dzielnicy wyznacza nadmorska autostrada, która łączy chrześcijańską północ i szyickie południe długiego na 180 km Libanu. Za autostradą jest przemysłowy port, a dalej na północny wschód - gęsto zabudowane suburbia, które płynnie przechodzą w kolejne miasteczka. O tym, że Mar Michael (arabska wymowa nazwy brzmi mniej więcej 'Mar Muhaje', po europejsku czytają ją tylko niewtajemniczeni) staje się najgorętszym adresem wschodniego Bejrutu, napisała lokalna prasa - dziennik 'Now Lebanon' i miesięcznik 'Time out Beirut'.

Jeszcze dwa lata temu jedynym powodem, by zapuścić się na Mar Michael był teren zamkniętej stacji kolejowej. Dla wytrawnego turysty zaliczyć dworzec w Mar Michael to nadal sprawa honorowa. W skalistym, pofałdowanym górami Libanie nie podjęto rekonstrukcji kolei po wojnie domowej. Podróżuje się taksówkami albo zadymionymi busami, w których 90 proc. pasażerów stanowią mężczyźni. Dworzec wygląda tak, jakby czas się zatrzymał. Niski budynek pod czerwoną dachówką, okrągła tarcza zegara paryskiej firmy Paul Garnier niezmiennie wskazuje godzinę 15.10. Dookoła pleni się gęsta śródziemnomorska zieleń. Niełatwo o nią w mieście zabetonowanym przez deweloperską samowolkę. Żeby dostać się na teren stacji, trzeba zameldować się u stróża, który pilnuje szlabanu. Zezwolenie na fotografowanie wydaje dyrekcja placówki. Bez papieru od władz wyższych szczebli nie da rady.

Z dworca jest tylko pięć minut do 98 Weeks Project - wielofunkcyjnej przestrzeni artystycznej działającej na dwóch piętrach w zaułku ulicy Al-Nahr. Po drodze kolejny relikt - nieczynna zajezdnia autobusowa. Biało-błękitne zdezelowane wozy nigdy już nie ruszą w trasę. Stały się czymś w rodzaju gigantycznej instalacji - pomnika sensownego transportu miejskiego, którego po wojnie nie udało się wskrzesić.

Mirene i Marwa, piękne kuzynki Arsanios, założyły 98 Weeks Project, żeby promować arabską kulturę wizualną, archiwalną prasę, stare serie wydawnicze dla dzieci. Na niewielkiej powierzchni organizują wystawy, odczyty i warsztaty. Ubrane w swetry vintage i modne kolorowe dżinsy wyglądają jak wyjęte z sesji do lifestyle'owego magazynu. Wszyscy z bejruckiego światka artystycznego znają ten siostrzany duet, a ich nowe publikacje i wernisaże zawsze odnotowuje prasa. Mirene mieszkała w Montrealu i na Cyprze. Obie przywiozły dyplomy z londyńskich uczelni artystycznych - Goldsmiths i University of the Arts.

Między sobą mówią po francusku, na arabski przechodzą, kiedy nie chcą, żebyśmy je rozumiały. Na Mar Michael sprowadziły się skuszone niskimi czynszami i harmonijną zabudową. - W Bejrucie wschodnim większość dzielnic przypomina małe miasteczka - mówi Marwa. - Tu jest inaczej. Prawdziwe kamienice, ulice, podwórka. Czuje się więcej powietrza. Może dlatego, że wielu mieszkańców należy do ormiańskiej mniejszości i nie ma skłonności do kontrolowania otoczenia, można poczuć anonimowość.

Obie mieszkają same. W patriarchalnym Libanie, w którym rodziny obsesyjnie dbają o dobrą reputację córek, to sytuacja wciąż kłopotliwa. - Nasze sąsiadki świetnie się orientują, co się u nas dzieje: był chłopak i go nie ma. Potrafią udzielać życiowych porad - mówi Mirene. W ciągu ostatniego roku wielu znajomych kuzynek przeniosło się na Mar Michael. Ci, którzy mają wolne zawody, wpadają do siebie na śniadanie, krążą po dzielnicy między mieszkaniami i kafejkami. Ale wieczorem ruszają na zachód, do klubów w Hamrze.

Barwione szkło, orientalna biżuteria, broszki retro w stylu Chanel, angielska porcelana. W malowanej szafie wiszą kolorowe piżamy. Wszędzie piętrzą się poduszki w kwieciste wzory. W butiku Pink Henna panuje nastrój interkontynentalnego komisu. Właścicielka Naela Namour wróciła do Bejrutu dziesięć lat temu. W Paryżu pracowała u projektanta ubrań, potem podróżowała i pomieszkiwała w Ameryce Południowej. - Mieszam rzeczy stare i nowe, łączę to, co z pozoru do siebie nie pasuje. Ciągle dodaję do oferty coś nowego. Na przykład biorę się do szycia ręczników, a potem to porzucam - opowiada Naela. Wiele rzeczy to zdobycze z podróży do Stanów Zjednoczonych, Anglii, Francji. Naela myśli o Europie Wschodniej, bo słyszała o naszych pchlich targach, ale obawia się srogich zim.

Co kupują najchętniej klientki butiku Pink Henna? - Nie ma reguły. Starsze Libanki cieszą się, jak widzą broszkę albo szklaną wazę, która kojarzy im się z młodością. To zakupy nostalgiczne. Turyści szukają suwenirów. Świetnie sprzedają się torby i kolczyki - opowiada Naela. Lokal przy ulicy Faraona poleciła znajoma, która obok prowadzi galerię. Wcześniej był tu salon gier, więc sąsiedzi są zadowoleni, że hazard zniknął z ich kamienicy. Sama Naela mieszka pod Bejrutem. Na Mar Michael przyjeżdża sześć dni w tygodniu.

Elegancka witryna obramowana ciemnym drewnem, w środku jarzy się kryształowy żyrandol. Naprzeciwko Pink Henna od września 2010 r. działa butik Diane Ferjane, znanej w Bejrucie projektantki pret-a-porter. Absolwentka akademii Esmod Beyrouth ćwiczyła u boku wziętego libańskiego krawca Rabiha Kayrouza, pracowała jako kostiumografka przy egipskich produkcjach filmowych i dla teatru w Baalbek. Zasłynęła dzięki 'modernizacji' libańskich strojów narodowych. Awangardowe fasony łączy z etnicznymi motywami. Spodnie mają formę szarawarów ('sherwal' - Ferjan zapisuje na kartce arabskie słowo), żakiety wyglądają jak tradycyjne męskie kaftany, a zdobione białe koszule ciągną się do pół uda. Orientalne są także detale: srebrne i złote guziki, hafty, fantazyjne aplikacje. W klapie czarnej marynarki malutka figurka Fenicjanina - legendarnego żeglarza, przodka Libańczyków. Wielgachne, grubo dziane swetry z kolorowej wełny, hit zimowej kolekcji, wydziergały kobiety z gór Beit-Hebbak. Dla libańskich kobiet, które rzadko łapią się na hasła minimalizmu, Ferjane ma w ofercie strojne sukienki - czarne, aksamitne, zmysłowe, ozdobnie wykończone.

Do księgarni Papercup otwartej w 2009 r. także przy ulicy Faraona ciągną typy kreatywne: graficy, artyści, dziennikarze i kuratorzy. Takiego wyboru książek mogłaby pozazdrościć konkurencja z Londynu i Berlina. Rzędy półek aż po sufit wypełniają albumy o sztuce, fotografii, designie, modzie i architekturze. Można tu znaleźć trudno dostępne niszowe magazyny artystyczne, lifestyle'owe przewodniki i awangardową papeterię. Rania Naufal, właścicielka, studiowała w szkole wydawniczej w Nowym Jorku. Fach ma we krwi - jej dziadek otwierał znaną w Libanie sieć księgarni francuskojęzycznych Antoine. - Kiedy postanowiłam otworzyć księgarnię, tylko ta dzielnica wydała mi się właściwa. Nie ma tu tych straszliwych supernowoczesnych wieżowców, które psują Bejrut. A sąsiedztwo starych zakładów samochodowych i zakurzonych warsztatów ma czar.

Do aranżacji kiszkowatej przestrzeni Rania zaprosiła projektanta Karima Chayę i studio architektoniczne FaR Architekt. Powstało jasne wnętrze z tradycyjną kaflową podłogą, jasnym kawiarnianym barem i rzędem małych stolików.

Co rusz ktoś chce zamówić żyrandole w kształcie papierowych kubków autorstwa Karima Chai, ale Rania nie ma zamiaru ich rozpowszechniać, bo to 'markowy' element wystroju. Można je tylko uwiecznić na zdjęciu, dlatego aparaty pstrykają bez przerwy. Rania co miesiąc zaprasza inną osobę - dziennikarzy, kuratorów, artystów - do stworzenia stolika z wyborem własnych książek z zasobów Papercup. Na odczyty i premiery zjeżdżają czytelnicy ze wszystkich stron Bejrutu.

Nie wszystkich w równym stopniu cieszą zmianyna Mar Michael. Dla sceptyków ponurym symbolem brutalnej polityki władz miasta i złego, które nadciąga, była likwidacja zabytkowego kina Vendčme w sercu dzielnicy. Wyrwa pełna gruzu i błota wkrótce zmieni się w teren budowy. Bejrutczycy prognozują na forach, że na miejscu kina stanie 'kolejny ekstrawagancki kilkunastopiętrowy wieżowiec'. We wrześniu 2010 r. obrońcy historycznej zabudowy skrzyknęli się na marsz protestacyjny. Kino uczcili, stawiając znicze w ziejącej jamie piasku. Ale na demonstrację przyszło tylko 500 osób (o jedną trzecią mniej niż przewidzieli organizatorzy), a nastroje były grobowe. 'Ludzie nie wierzą, że da się ratować stary Bejrut. Popadają w apatię' - podsumowali aktywiści w prasie. Niektórzy właściciele zabytkowych domów sami podkładają w nich ogień - nikt nie sponsoruje renowacji, a działki pod zabudowę osiągają niebotyczne ceny.

Eyad Houssami, dramatopisarz i copywriter, mieszka naprzeciwko nieistniejącego kina w kamienicy zaprojektowanej przez ormiańskiego architekta i malarza Mardirosa Altouniana. Pół Syryjczyk, pół Amerykanin, wielbiciel kultury arabskiej czarno widzi przyszłość Mar Michael. Wie, że jego dni w przepastnym mieszkaniu z mozaiką fantazyjnych kafli są policzone. Na parterze domu otwarto klub, w którym co noc gra dudniąca muzyka. - Moi sąsiedzi nie są w stanie położyć dzieci spać. Ja mam poczucie, jakby ktoś imprezował pod moim łóżkiem - skarży się. Eyad mówi, że lokal działa nielegalnie, jak zresztą większość 'przesadnie modnych' barów na Mar Michael. 'Now Lebanon' podaje, że tylko 5 proc. nowych restauracji i klubów ma licencję. Policja nie reaguje, bo w klanowym kraju właściciele mają powiązania z rządem.

- Niezła ironia, że w jednym tygodniu 'New York Times' ogłasza renesans dzielnicy, a kilka dni później mamy tu marsz żałobny. Chciałbym tu zostać, ale nie widzę szans - mówi Eyad. I podkreśla, że kiedy sprawy przybiorą tragiczny obrót, wróci do Ameryki. - Jestem szczęściarzem z amerykańskim paszportem. Ale co zrobi reszta ludzi? - zastanawia się. Ceny za czynsz i wynajem wzrosły w niektórych domach trzykrotnie. Właściciele, którzy trzymają się starych stawek, uchodzą za naiwnych.

Mirene i Marwa też wiedzą, że za obecny czynsz - 400 dolarów - nie utrzymają lokum. Dokąd się przeniosą? Trudno powiedzieć. W Bejrucie nie sposób planować z wyprzedzeniem na lata.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się