http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Berlin

Marcin Piekoszewski
26.05.2011 , aktualizacja: 20.05.2011 13:55
A A A Drukuj
Soho House, dawniej siedziba Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, dziś elitarny klub dla tzw. klasy twórczej. Na sześciu piętrach mieszczą się m.in. restauracje, kawiarnie, angielski pub, kino, czytelnia, sale fitness i gabinet odnowy Fot. East News Soho House, dawniej siedziba Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, dziś elitarny klub dla tzw. klasy twórczej. Na sześciu piętrach mieszczą się m.in. restauracje, kawiarnie, angielski pub, kino, czytelnia, sale fitness i gabinet odnowy
W Berlinie powodów do spotykania się nie brakuje
Soho House, dawniej siedziba Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, dziś elitarny klub dla tzw. klasy twórczej. Na sześciu piętrach mieszczą się m.in. restauracje, kawiarnie, angielski pub, kino, czytelnia, sale fitness i gabinet odnowy
Fot. materiały prasowe SOHO HOUSE BERLIN
Soho House, dawniej siedziba Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, dziś elitarny klub dla tzw. klasy twórczej. Na sześciu piętrach mieszczą się m.in. restauracje, kawiarnie, angielski pub, kino, czytelnia, sale fitness i gabinet odnowy
Freizeit Forum, ośrodek kultury i wypoczynku pośrodku berlińskiego osiedla Marzahn. Okoliczni mieszkańcy mogą tu oglądać filmy i spektakle teatralne, pograć w kręgle
Fot. East News
Freizeit Forum, ośrodek kultury i wypoczynku pośrodku berlińskiego osiedla Marzahn. Okoliczni mieszkańcy mogą tu oglądać filmy i spektakle teatralne, pograć w kręgle
Soho House, dawniej siedziba Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, dziś elitarny klub dla tzw. klasy twórczej. Na sześciu piętrach mieszczą się m.in. restauracje, kawiarnie, angielski pub, kino, czytelnia, sale fitness i gabinet odnowy
Fot. materiały prasowe SOHO HOUSE BERLIN
Soho House, dawniej siedziba Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, dziś elitarny klub dla tzw. klasy twórczej. Na sześciu piętrach mieszczą się m.in. restauracje, kawiarnie, angielski pub, kino, czytelnia, sale fitness i gabinet odnowy
ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
Admiralbrücke zawsze wyróżniał się z okolicznych mostów. Długi na nieco ponad 19 metrów, szeroki prawie na 20. Czasami przejedzie po nim samochód, ale ruch, można powiedzieć, żaden. Mimo to dla porządku przedzielono most betonowymi pachołkami, na których latem grzech nie usiąść. Tym bardziej że Landwehrkanal pięknie się tu rozszerza i miło popatrzeć na zachód słońca. Kiedy słońce już zajdzie, a w oknach kamienic zapalą się światła, ludzie na moście siedzą dalej. Do tego piwo piją, muzyki słuchają, głośno klaszczą. Zdarzało się, iż w najcieplejsze noce biwakowało tu kilkaset osób. Jakby i tego było mało, przewodniki zaczęły polecać most jako jedną z atrakcji Berlina!

Doszło do konfliktu. Mieszkańcy zebrali się i powiedzieli 'nie'. Berlin to przecież nie Majorka. W obliczu międzynarodowej skali zjawiska niemiecka policja zachowywała jednak wielkoduszną wstrzemięźliwość. Władze dzielnicy postanowiły natomiast odwołać się do zdrowego rozsądku. Wynajęły mediatorów (za jakieś 18 tys. euro), aby znaleźli kompromis satysfakcjonujący obie strony. Niestety, nawet najtrafniejsze argumenty prędzej czy później zagłuszała muzyka, mieszkańcy zaś poróżnili się między sobą (część się zradykalizowała i chce przebudowy mostu, tak aby nikt nigdy już na nim nie siadał).

Klaus Wowereit, od 10 lat z popularną nonszalancją rządzący Berlinem, odwiedził most i niewiele wskórał. To zresztą on sam jest autorem hasła, które do stolicy Niemiec ściąga rzesze wystylizowanej i wychudzonej młodzieży z całego świata. W wywiadzie sprzed paru lat Wowereit powiedział, że Berlin może i jest biedny, ale za to niezmiernie pociągający. Słowa ARM, ABER SEXY stały się reklamowym sloganem i trafiły na T-shirty, torby i kubki.

W trakcie mediacji padł pomysł zamienienia mostu w instytucję promującą muzykę uliczną. Mieszkańcom radzono, by zamiast walczyć z oddolną komórką społeczną, która zrodziła się pod ich oknami, zaczęli domagać się obniżenia czynszu (ze względu na wysoki poziom hałasu). Zanosi się na to, iż tego lata zwycięży najmniej oryginalne rozwiązanie - po dziesiątej trzeba będzie dzwonić po radiowóz.

Turecka kawiarnia to może nie najmniejsza komórka społeczna w mieście, ale z pewnością jedna z liczniejszych. Szczególnie w dzielnicach imigranckich Berlina niegdyś Zachodniego (Neukölln i Wedding) co parę przecznic zajmuje skromne pomieszczenia na parterze niejednej kamienicy. Wystrój tu raczej zasiedziały. Przygasła politura podpowiada lata sprzed upadku muru. Na suficie jarzeniówka, wysoko w kącie telewizor. Za stołami nakrytymi płótnem, idealnymi do gry w karty, okeya i tavlę, siedzą mężczyźni. W dymie z papierosów i wodnych fajek majaczą te same rekwizyty: samowar do parzenia herbaty, puchar z piłkarskiego turnieju, czerwona flaga z półksiężycem i gwiazdą w towarzystwie mniejszej niemieckiej. Pożółkła kartka na drzwiach zastrzega, iż wstęp zarezerwowany jest tylko dla członków. Biorąc pod uwagę atmosferę w środku, gęstą i poufałą, to raczej ostrożność na wyrost.

Mało kto by pomyślał, iż za tym kawiarnianym undergroundem stoi wielowiekowa tradycja. Dawno temu na ziemiach pod panowaniem osmańskim istniały w meczetach sale, w których mężczyźni oczekiwali na kolejną modlitwę, wolne chwile zaś uprzyjemniali sobie rozmową. Ów sposób spędzania czasu przeniósł się ze świątyń na miasto. W latach 60. XVI wieku sułtanowi donoszono, iż w nagłej potrzebie żołnierzy nieraz trzeba było szukać po kairskich kawiarniach. Kiedy w latach 60. ubiegłego wieku do RFN zaczęli zjeżdżać robotnicy z obcych krajów, zgodnie z umowami i na zaproszenie władz, czekały na nich gotowe fabryki i obywatele niegotowi na obcych sąsiadów. Integracja szła jak krew z nosa, po robocie w telewizorze mówili po niemiecku, poza własną ulicę nie było się po co wychylać.

W książce pt. 'Ethnische Kolonien', traktującej o samoorganizacji tureckich imigrantów, profesor Rauf Ceylan pisze, że już pierwsze zakładane przez nich lokale różniły się od swych pierwowzorów. Nie obowiązywał w nich podział na wiek, religijność, przekonania polityczne czy region, z którego się pochodziło. Lokale służyły wszystkim, a ich funkcja wykraczała poza tradycyjnie przyjętą - były kinem, salą koncertową, sportowym klubem w jednym. Tureckie kawiarnie w Niemczech nabierały kolorytu, im bardziej Turcją targały kryzysy i zamachy stanu. Niejeden imigrant mógł w Düsseldorfie czy Hamburgu po raz pierwszy w życiu swobodnie wyrazić opinię. Polityczne spory służyły zaś kawiarniom lepiej niż papierosowy dym. Wszystko do czasu, kiedy w karty zaczęto grać na pieniądze, a gospodarczy cud na dobre przeszedł do niemieckiej historii.

- Męskie kawiarnie pełnią dziś inną funkcję - dowiaduję się w Türkischer Frauenverein, Tureckim Związku Kobiet, jednej z berlińskich organizacji pomagającej imigrantkom nie tylko z Turcji. - Wielu mężczyzn jest bez pracy. Gdzie mogliby pić herbatę za 50 centów? Na parterze kamienicy przy Jahnstrasse stoją szafy i biurka, na ścianach wiszą szkolne tablice. Związek powstawał w tym samym czasie co pierwsze lokale dla mężczyzn, kiedy oprócz tureckich żon i matek do Berlina Zachodniego zaczęły przyjeżdżać robotnice do pracy w szwalniach. Nowa rzeczywistość była dla kobiet podwójnie trudna. Z jednej strony uprzedzenia i obcość nowego kraju, z drugiej - tradycyjne podziały przywiezione z ojczystego. Aby wyjść z zamkniętego kręgu pracy i rodziny, trzeba się było stowarzyszyć.

Po polsku 'ferajna' to grupa ludzi, których łączy zażyłość. Niemieckie 'Verein' zakłada ponadto wspólny cel i działanie; to właśnie tyle co związek, stowarzyszenie. Do jego założenia wystarczy siedem osób, siedziba i statut (co druga klubokawiarnia dla mężczyzn to oficjalnie Kulturverein, bo przed laty w świetle niemieckiego prawa cudzoziemcom łatwiej było się zrzeszyć, niż otworzyć lokal gastronomiczny).

W statucie związku kobiet można przeczytać, że solidarność i wspólnotowość są źródłem siły, że kobiety nie są pozostawione same sobie, że każdy ma prawo do nauki i kształcenia się, integracja zaś zaczyna się od opanowania języka. I tak w zgodzie z przyjętymi zasadami spotykano się, by wspólnie szyć i gotować, pisać na maszynie (w ramach przysposobienia do zawodu), a przede wszystkim uczyć się niemieckiego, co w wielu przypadkach trzeba było zaczynać od podstaw, czyli nauki alfabetu. Z biegiem czasu działalność związku się poszerzała. Na spotkaniach rozmawiano o tym, co robić w razie rodzinnej przemocy, jak korzystać z przysługujących praw i uzyskać rozwód, jak radzić sobie z dyskryminacją i kasą chorych, jak godnie wejść w późny wiek.

Po latach przeszkód jakby nie ubywa. Czasami trudno się nawet dogadać z działaczkami z niemieckich organizacji. Do tego kolejne pokolenia niemieckich Turczynek trapią nowe problemy. W zeszłym roku po pomoc do drzwi związku zapukało prawie 900 kobiet. Większość z nich nie była w stanie spłacić kredytu albo znaleźć pracy. Jedynie z wolnym czasem sprawa ma się lepiej. W Berlinie działa już obecnie niejeden hammam, tradycyjna łaźnia, przez wielu uznawana za kobiecą alternatywę dla męskiej kawiarni. W takim Sultan Hamam w kłębach pary regularnie spotykają się kobiety bez względu na nację czy wiek. Swój dzień mają tu też mężczyźni.

O tym, że kąpiel tworzy społeczne więzi, wiedzieli budowniczowie osiedla Marzahn, którego betonowe wieże wznoszą się po wschodniej stronie Berlina. Nie bez przyczyny w jego środku postawili basen. Nie tylko zresztą basen, ale i cały ośrodek kultury i wypoczynku o szumnej nazwie Forum Wolnego Czasu (Freizeitforum). Berlin ma długą historię zbiorowej rozrywki pod jednym dachem. Wystarczy wspomnieć Haus Vaterland stojący przed wojną przy Potsdamer Platz, w którym za jednym zamachem mogło jeść, pić i uczestniczyć w filmowych seansach 8 tys. eleganckich gości. W samym sercu przepychu sięgającego aż piątego piętra nie zabrakło nawet najprawdziwszej tureckiej kawiarni z poduszkami, dywanami, kelnerami w czerwonych fezach.

Marzahn ma jednak mniej wspólnego z Republiką Weimarską niż z warszawskim Ursynowem. Forum budowano dla wypełnienia życia ludu pracującego, który po robocie mógł tu pływać, czytać, grać w kręgle, oglądać filmy i spektakle teatralne, brać udział w spotkaniach z ciekawymi ludźmi. I tak pozostało do dziś. Na talk-show z popularnym aktorem (zasięg jego popularności pokrywa się z mapą NRD, co oznacza, iż po drugiej stronie miasta jego nazwisko nic nikomu nie mówi) schodzi się stu siwych mieszkańców osiedla. W bufecie na piętrze podają białe wino, piwo, kiełbaski i precle. Aktor w 1952 roku został pierwszym spikerem państwowej telewizji, w 1991 był ostatnim, który na jej antenie żegnał publiczność. Został również zapamiętany jako jeden z najlepszych komików NRD, co na dużym ekranie przypomniano paroma archiwalnymi skeczami. Kiedy milknie śmiech, nadchodzi moment refleksji. Aktor zauważa, że o ile na Wschodzie większość oglądała zachodnioniemiecką telewizję, o tyle na Zachodzie nikt nie znał wysokiej jakości telewizji wschodnioniemieckiej. Opowiada, że po zjednoczeniu kraju czuł się tak, jakby musiał zdawać egzamin, i że nowi koledzy nie byli pewni, czy aby potrafi poprawnie mówić po niemiecku

Wychodząc z Forum Wolnego Czasu, wschodnioniemiecki senior może jednak odnieść wrażenie, że nie wszystko poszło na marne. W gablocie przy drzwiach wiszą fotografie z remontu kotłowni (cały budynek przeszedł nie tak dawno lifting za 8 mln euro), bogaty repertuar imprez i przedstawień (na przyszły miesiąc zapowiadany jest program tańca orientalnego pt. 'Córki sułtana'), wreszcie skład rady dzielnicy, który od lat pozostaje bez zmian. W chwili obecnej proporcje są w niej dokładnie odwrotne niż proporcje aktualnej awangardy niemieckiej polityki, zachodniego landu Badenii-Wirtembergii - rządzi postkomunistyczna lewica, a na szarym końcu są Zieloni.

Tymczasem w dawnej siedzibie Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec przesiadują od pewnego czasu członkowie tzw. klasy twórczej. Przesiadują nie byle jak, bo luksusowo i z rozmachem. Przesiadują tym bardziej swobodnie, że ze świadomością, iż każdy, kto siedzi obok, swą niepospolitą osobowością również na to zasłużył. Od połowy lat 90. gmach na skrzyżowaniu ulic przy wjeździe na Prenzlauer Berg stanowił zagadkę. Drzwi zaryglowane, okna szczelnie zabite. Wiadomo było tyle, że nim naziści w późnych latach 30. przerobili go na urząd, a komuniści po wojnie na siedzibę, budynek należał do żydowskiego właściciela i służył jako dom towarowy. Dwa lata temu pojawili się robotnicy, wkrótce potem tabliczka z nazwą Soho House.

Aby zostać bywalcem klubu, zarówno w berlińskiej filii, jak i londyńskiej kwaterze-matce, nie trzeba być krezusem. Roczna opłata wynosi niezmiennie 1 tys. euro i nic dziwnego, że w Berlinie członków jest już ponoć 1,5 tys. Ważniejsze jest podanie - dwa ustępy na temat kariery zawodowej oraz pobudek stojących za decyzją wstąpienia do klubu, a do tego rekomendacja dwóch aktualnych członków. Po wypełnieniu formalności pozostaje czekać, aż rada się zbierze, nad życiem kandydata pochyli i opinię wyda. Decyzja na 'tak' będzie równoznaczna z tym, iż nowy członek uznany został za człowieka nad wyraz fajnego i jeśli jeszcze nie zasłużonego, to niewątpliwie rokującego w świecie filmu i mediów, bo głównie takim progi klubu dane jest przekroczyć.

Na sześciu piętrach Soho House znajdują się restauracje, kawiarnie i angielski pub, kino i czytelnia, sale fitness i lounge dla miłośników gier stołowych, gabinet odnowy, hammam oraz hotel dla członków spoza miasta lub z zagranicy. Czyli wszystko to, co ma sprawić, aby każdy poczuł się w klubie jak w domu. Nawet dziecko można powierzyć opiece wyszkolonego personelu, pod warunkiem oczywiście, że i ono wcześniej otrzymało status członka.

Tygodnik 'Die Zeit' uznał, iż berliński Soho House może być jaskółką przemian w mieście niewątpliwie seksownym, ale wciąż nieznośnie biednym dla bardziej wymagających gustów. Kluby takie jak Soho House czy działający od 2003 roku China Club (wpisowe 10 tys., roczna składka 2 tys. euro) miałyby tworzyć nową elitę Berlina, która odgórnie zmieniałaby image miasta. Tym bardziej że Soho House ma w tym spore doświadczenie zdobyte na tak wymagającym terenie jak Londyn czy Nowy Jork.

Pytanie, kto należy do 'ferajny', zelektryzowało miasto. Szeptano, iż wśród gości widziano żonę prezydenta Niemiec, burmistrza Berlina, znanych aktorów i aktorki. Ale nic nie wiadomo było na pewno. Kto naprawdę przesiaduje wokół basenu na dachu byłej siedziby partii i ogląda zachody słońca nad Berlinem, pozostaje tajemnicą klubu.

współpraca Nina Mueller

Zobacz więcej na temat:

Podziel się