Znaki drogowe, skrzynki na listy, ławki, poręcze schodów, słupy latarni, hydranty, pomniki i drzewa 'ubierają' w ręczne robótki. W Poznaniu knitgrafficiarki działają od kilku miesięcy. 11 listopada ubiegłego roku ubrały koziołki z pomnika, który stoi przed urzędem miasta, w zrobione na drutach 'kondomki'. Akcji nie zakłóciła interwencja straży miejskiej, której siedziba znajduje się tuż obok. - Obserwowałam z ukrycia reakcje ludzi. Uśmiechali się, nikt nie protestował - opowiada Maja Brzozowska, socjolożka i członkini Poznańskiej Partyzantki Włóczkowej. 'Kondomki' zniknęły jednak z pomnika następnego dnia. O akcjach knitgrafficiarek można poczytać na blogu www.zawloczkujmymiasto.blogspot.com: 'Pierwszemu umieszczonemu w przestrzeni Poznania 'kondomkowi' nie dane było przetrwać 24 godzin. Umieszczony na ulicy Paderewskiego w piątek 21 maja o godzinie 19.29 -w sobotę przepadł bez śladu... Nie poddajemy się, wyciągamy wnioski (i druty) i szukamy innych lokalizacji'.
'Rezerwujemy sobie prawo do zupełnie niepoważnej improwizacji, radosnej tfurczości oraz nieoczekiwanych decyzji... Szajka partyzancka rozrasta się, werbuje nowych adeptów sztuki, a do partyzanckich narzędzi dołączyło szydełko'.
W PPW na razie są same kobiety. Do sympatyzowania z nimi przyznał się niedawno jeden z poznańskich blogerów: 'Całą... akcję - zabawę, poznałem przez Owcę i sam do końca nie wiem, dlaczego tak mi się spodobało (...). Do tego stopnia, że
w niedzielne popołudnie na owczej kanapie rozplątywałem splątaną wełnę, słuchając przy tym muzyki Green Day (...). Na drutach nie umiem robić, szydełkiem bawiłem się ostatni raz w szkole podstawowej, ale mogę przynajmniej tych kilka słów wspomnieć. I pokazać zdjęcia. I zakrzyknąć na koniec: Niech żyje PPW!'. Na warsztatach z robienia na drutach zorganizowanych w Londynie przez jedną z knitgrafficiarek z grupy The Cast off Knitting Club for Boys and Girls pojawiło się kilkudziesięciu chłopaków. Niektórzy z nich przyznali (dziennikarzom 'Daily Telegraph'), że przyszli tu wyrwać fajne dziewczyny, a pewien 42--letni prawnik stwierdził, że jak na prawdziwym obozie przetrwania mogą się tu sprawdzić macho.
Ruch knit graffiti zainicjowała kilka lat temu Amerykanka Magda Sayeg w rodzinnym Houston w Teksasie.
W 2006 r. ubrała w skarpetę przęsło mostu w Seattle i drzewa w parku. Owłóczkowała znaki drogowe w Los Angeles, latarnie i drogowskazy w Mexico City, balustrady i hydranty w Houston, parkometry i uchwyty w autobusach w Nowym Jorku. Potem rozpoczęła desant na inne kontynenty. Włóczkowe graffiti tworzyła już w Paryżu (jedna z monumentalnych rzeźb przed Palais de Chaillot na placu Trocadéro dostała wełnianą skarpetę), Wenecji, Mediolanie, Londynie, Kolonii, Sydney, a nawet w Chinach (zostawiła wełnianą vlepkę na jednym z kamieni w Wielkim Murze).
Najbardziej spektakularne dzieło przygotowywała przez tydzień w Mexico City - włóczką oplotła autobus. - Nie obchodzi mnie, że w każdej chwili mogę zostać aresztowana. Nie ma mowy, bym opuściła jakiekolwiek miasto bez pozostawienia po sobie śladu - mówiła Sayeg w wywiadach. Jak dotąd nikt jej nie aresztował.
Mniej szczęścia mieli członkowie grupy The Cast off Knitting Club for Boys and Girls - zostali wyproszeni z baru w hotelu Savoy w Londynie za zbyt hałaśliwe zachowanie, czyli trzaskanie drutami, jak donosił 'Daily Mirror'.
Niedawno głośno było o partyzanckiej grupie, która 'zaatakowała' pomnik Lenina w Seattle. Knitgrafficiarze ubrali przywódcę rewolucji październikowej w czerwone moherowe rękawiczki. Rękawiczki co jakiś czas znikały, ale grupa z uporem dziergała nowe. Karol XIII z pomnika w Sztokholmie od miesięcy nosi kolorowy krawat z włóczki. A na trawniku przed kasynem w Monako wyrosły wełniane kwiaty. To akcje grupy Masquerade z Paryża.
Właściwie po co to robią? - Żeby upiększyć, oswoić, ocieplić miejską przestrzeń. Żeby 'coś' wyrwało nas z rutyny, obudziło. Kolorowe włóczki kontrastują z szarością miasta - tłumaczy Maja Brzozowska. - Czasem robimy to po prostu dla zabawy. Żeby było fajnie.Włóczkę da się nawinąć na wszystko, jest cierpliwa, może układać się w najróżniejsze wzory, plątać się na najróżniejsze sposoby. Włóczkę można też wykorzystać w akcjach społecznych. Amerykanie wydziergali... różowe macice z wełny. Rozrzucone przed wejściem do waszyngtońskiego sądu najwyższego miały uwrażliwić na prawo kobiet do decydowania o aborcji. Z kolei londyńska grupa Cast off Knitting Club for Boys and Girls w myśl haseł: 'Zamiast zrzucać bomby, zacznij narzucać oczka', 'Rób swetry zamiast wojny', zaprojektowała z włóczki ręczny granat, niezbędny element antywojennego arsenału.
Czy knit graffiti można rozpatrywać w kategoriach sztuki, jako nową formę street artu?
- Na świecie tak jest postrzegana, uznana za nielegalną formę zdobienia miasta, przestrzeni publicznej. Prace z włóczki pojawiają się w galeriach sztuki i w fachowych publikacjach - mówi Marcin Rutkiewicz, prezes Fundacji Sztuki Zewnętrznej, współautor albumu 'Polski street art.'. - Na mnie działa rozweselająco. Uśmiecham się na jej widok. Taki mam odruch. Ta sztuka miękko wchodzi w przestrzeń, nie niszczy jej, nie degraduje. Jest tak kobieco miękka. Nie miałem pojęcia, że knitgrafficiarki są już w Polsce. Gdybym wiedział, na pewno znalazłyby się w albumie.
Maja Brzozowska: - Pojawiają się opinie, że to feministyczna alternatywa dla graffiti.