Co wolno mieszkańcowi miasta? Może postawić bez pozwolenia na placu zabaw huśtawki do użytku publicznego. Wybudować mieszkanko na rusztowaniu. Przez tydzień zamieszkać na drzewie. Dowiódł tego Santiago Cirugeda, 39-letni hiszpański architekt, założyciel kolektywu Recetas Urbanas (Miejskie Recepty/Przepisy). W Hiszpanii słynącej z zamiłowania do architektonicznego przytupu - patrz Muzeum Guggenheima i Wieża Agbar - Cirugeda, zwany antysystemowcem, architektem squattersem lub hiszpańskim Banksym, to kultowa postać. - Nie obchodzi mnie to, czy moje budowle przetrwają sto lat - mówi 39-letni architekt z Sewilli. - Wolę architekturę tymczasową. Lubię sytuacje, dla których tradycyjna urbanistyka nie ma rozwiązań.
Recepta nr 1 - własny kąt na rusztowaniu Krok pierwszy: poproś na wydziale urbanistyki o pozwolenie na pomalowanie fasady. Jeśli fasada nie wymaga malowania, pobazgraj ją sam. Krok drugi: postaw rusztowanie - tu potrzeba podpisu znajomego architekta lub budowlańca. Wreszcie - stwórz sobie na rusztowaniu zaciszny kącik. W 1997 roku hiszpańskie media obiegła wiadomość: student architektury Santiago Cirugeda 'przyssał się' do historycznego budynku w centrum Sewilli, budując sobie 'pokoik' o powierzchni 4 m kw. na legalnie postawionym rusztowaniu. Rusztowanie stanęło, by można było odmalować fasadę, na której w nocy pojawiły się jaskrawozielone inicjały 'S.C.'. Ponieważ rusztowanie miało administracyjną pieczęć, a tymczasowy azyl stanowił jego część, pomysłowego studenta nie dało się stamtąd ruszyć.
Pomieszkiwał tam przez trzy miesiące. - Szukałem własnej przestrzeni. Mieszkałem z rodzicami, a potrzebowałem prywatności. Prowadziłem tam takie nieformalne życie, przychodziła dziewczyna, znajomi. Nie było to zresztą pierwsze podejście do uwicia własnego gniazdka. Wcześniej Santiago zainstalował się na dachu budynku, w którym mieszkał z rodzicami, łącząc się zewnętrznym tunelem z ich mieszkaniem. Po upływie trzech miesięcy zamalował napis i rozebrał rusztowanie. Akcja wywołała konsternację. Santiago znalazł i ujawnił nie tylko lukę w rusztowaniu, ale też w prawie. - Nie chodzi o to, że jest złe - mówił potem. - Jako obywatele musimy je jednak poddawać ciągłej ewaluacji. Ale kto czyta zarządzenia dotyczące przestrzeni publicznej? Kto wie, czy legalne jest mieszkanie przez tydzień na drzewie, spanie na ławce w parku?
Recepta nr 2 - huśtawki na kuble Krok pierwszy: zdobyć pozwolenie na postawienie kontenera na śmieci. Pretekst? Rzekomy remont w sąsiednim budynku i konieczność składowania gruzu. Krok drugi: ustawić estetyczny, odpowiednio duży kontener w wybranym miejscu - kolektyw Recetas Urbanas służy swoim biało-pomarańczowym modelem. Krok trzeci: dać upust wyobraźni. - Zostałem architektem, bo w centrum Sewilli nie było huśtawek - powiedział kiedyś Santiago Cirugeda. - Jako młody człowiek nie rozumiałem, dlaczego władze miejskie nie tworzą parków albo nie stawiają ławek, choć prosi o nie tylu ludzi, a wolą na przykład wybudować operę. W centrum był tylko jeden plac zabaw, a władze tłumaczyły, że nowoczesne instalacje są nie do pogodzenia z zabytkowym charakterem dzielnicy. Ale kto mówi, że trzeba je stawiać bezpośrednio na ziemi? Huśtawki pojawiły się więc na kontenerze. Potem była scena flamenco, punkt informacyjny, a nawet spontanicznie zorganizowany przez okoliczne
dzieci teatrzyk z biletowanymi przedstawieniami dla sąsiadów. - Z kontenerów korzystała cała dzielnica, były takimi aktywizatorami - mówi Santiago. - Szkoda tylko, że nikt nie odważył się postawić swoich. Projekt zakończył się wraz z naszym pozwoleniem. A przecież w kontenerach, jak pokazuje strona Recetas Urbanas, może znaleźć się wszystko. Staw z fontanną. Tor dla deskorolek. Albo nawet basen.
Recepta nr 3 - mieszkanko do składania Trzecia recepta to poważne przedsięwzięcie. Trzeba zacząć od wyboru budynku. Najlepiej, jeśli nie jest za wysoki, bo ułatwi to kolejny krok, czyli dogadanie się z sąsiadami - im ich mniej, tym prościej. Konsensus jest potrzebny, bo z projektu mają czerpać korzyści wszyscy. Nie tylko nowy lokator, który buduje sobie na dachu nowoczesne mieszkanko po przystępnej cenie, ale i pozostali mieszkańcy, którzy z pieniędzy z wynajmu, jakie będzie im płacił nowy sąsiad, sfinansują utrzymanie budynku i remonty. Potem idzie już prosto. Potrzeba sześciu osób i kilku dni, drewnianych płyt, metalowych dźwigarów, paneli izolacyjnych i płyt poliwęglanowych. Lekkie materiały można na dach wnieść, przy cięższych przyda się samodzielnie skonstruowany dźwig. W razie wątpliwości zerknąć na instruktażowy filmik na YouTubie. Zaleca się wybór spokojnego momentu na budowę dla zachowania dyskrecji. - Wybudowaliśmy sześć mieszkań własnymi rękami - mówi Santiago. - Nie chcemy się nudzić, robiąc ciągle to samo, więc teraz opracowujemy tylko techniczne plany i wskazujemy, gdzie kupić materiały.
Hiszpania od dawna zmaga się z problemem mieszkaniowym. Ceny mieszkań i wynajmu są niebotyczne, więc wielu młodych ludzi mieszka z rodzicami do trzydziestki albo dłużej. Kryzys dodatkowo pogorszył sprawę. 30- lub 40-metrowe mieszkanie za 24 tys. euro (300-500 euro za wynajem miesięcznie) to atrakcyjna oferta - mimo że na dachu i tylko na kilka lat. Pierwszy był Pepe, muzyk i przyjaciel Santiago, który zamieszkał na dachu dziesięć lat temu. Akcja - jak wszystkie następne - była okryta tajemnicą. Częściowo ze względu na prawo do prywatności lokatorów, a po części, by uniknąć problemów. Mieszkania nie są co prawda nielegalne, bo nie ingerują w konstrukcję budynku i mają tymczasowy charakter, ale przymiotnik 'legalny' też jakoś do nich nie pasuje. Lepszym określeniem jest 'alegalność', luka prawna, znak zapytania. Kiedy dom Pepe był gotowy, Recetas Urbanas złożyło na siebie donos do mediów - na YouTubie do dziś krążą zdjęcia z budowy. Nie ujawniono adresu, ale istniejący problem.
- Tymczasowość i 'rozkładalność' to nie kaprys - zastrzega się Santiago Cirugeda. - To metoda, która zapewnia szerszy wachlarz prawnych możliwości. Problemem mieszkalnictwa powinno się zająć państwo, a ponieważ tego nie robi, proponujemy rozwiązanie na jakiś czas. Trzeba odrzucić uprzedzenia względem przenośnej architektury. - Dlaczego budynek nie może zmieniać miejsca, być przekazywany, nie mieć stałego właściciela? Komuś posłuży trzy lata, kolejnemu może dłużej. Nie chodzi o to, żeby budować coś nowego, ale wykorzystywać to, co jest - przekonuje. Jak pokazuje przykład Pepe, tymczasowość to pojęcie względne. Wciąż tam mieszka, i na dodatek w coraz większym gronie. - Wczoraj do mnie dzwonił, akurat bawił się na dachu z synem - opowiada Cirugeda. - Na razie nic mu nie przecieka - a to największe osiągnięcie architektury.
Jeśli i ty, mieszkańcu miasta, chcesz postawić w swojej dzielnicy huśtawki albo rozkładalny budynek, znajdziesz szczegółowe instrukcje, zdjęcia i wzory umów na stronie www.recetasurbanas.net. Recept jest sporo, bo i chorób niemało. - Prywatyzacja publicznych gruntów, logika rynku rządząca miastem, zaniedbywanie dzielnic, lecz także apatia i pasywność mieszkańców - wymienia Santiago jednym tchem. - Ale po hiszpańsku 'receta' to zarówno recepta od lekarza, jak i
przepis kulinarny - dodaje. - Tak jak z przepisami bywa, nasze można zmieniać według własnego gustu. Jeden doda soli, inny więcej pieprzu. Promując autokonstrukcję, obniżamy koszty budowy. Ale chodzi też o zaangażowanie odbiorcy w proces.
Prowokacja - tak, ale na rzecz zmiany. Jak sensownie wypełnić puste przestrzenie? Jak sprawić, by prawo było bardziej elastyczne, a mieszkańcy miast bardziej zaangażowani w ich rozwój? Przykład: stojące odłogiem place i miejsca budowy. Miejskie widma, które można na chwilę oswoić i pożytecznie wykorzystać. Recetas Urbanas stawiało na nich place zabaw, ławki albo składane budynki, które służyły jako składane
domy kultury i miejsca spotkań.
- Słynni architekci jak Zaha Hadid czy Dominique Perrault tworzą piękne budynki na zamówienie polityków, ale nie myślą o funkcjonowaniu miasta - podsumowuje Cirugeda. - Ja nie biorę udziału w konkursach. Sytuacja w mieście nie poprawi się dzięki Muzeum Guggenheima. Co z prawem? - Miałem wiele procesów, ale wszystkie wygrałem - mówi architekt, który regularnie zgłębia tajniki prawa budowlanego i miejskiego. - Nie popełniamy nigdy przestępstw, co najwyżej administracyjne nieprawidłowości, i to dla pożytku społecznego, bez korzyści ekonomicznych. Zresztą to, co dziś jest legalne, wkrótce może być nielegalne i vice versa.
Swoje akcje lubi organizować na wiosnę, kiedy, jak mówi, Sewilla jest najpiękniejsza. - Cały rok oszczędzania i jeden duży projekt, zwykle na własny koszt - tłumaczy. Jednak bezpośrednie działania na ulicach są coraz rzadsze. Nadszedł czas reformowania systemu. 300-osobowa sieć architektów, prawników, urbanistów, squattersów i artystów pracuje nad strategią działania i nacisków politycznych, analizuje prawodawstwo, bada odnawialne energie. Pracują nad stworzeniem bazy obiektów do recyklingu, z której mogłyby korzystać grupy architektów z całej Hiszpanii. Jest wiele elementów do wzięcia: stare latarnie, mosty, elementy z fabryk. - To długotrwałe procesy i bywamy zmęczeni, dlatego od czasu do czasu robimy coś na ulicy, w ramach terapii - opowiada Santiago. - Darmowe budki telefoniczne,
parkingi rowerowe, ławki - to projekty, które nie zmienią planów urbanistycznych ani polityki, ale konkretny moment tak. Czy czuje się miejskim partyzantem? - Partyzanci używają broni, nie lubię przemocy - odpowiada. - Jestem ulicznym aktywistą, ale nie prowadzę wojny. Architektem? Lubię myśleć o sobie: obywatel.