W 1951 roku Robin Day, przygotowując prezentację swoich wnętrz i mebli na wielką wystawę brytyjskiego wzornictwa (Festiwal of Britain), żalił się żonie, że brakuje mu 'naprawdę nowoczesnej' tkaniny. Lucienne zaprojektowała materiał Calyx w abstrakcyjny deseń. Młoda projektantka pokazała wzór szefowi firmy Heal Fabrics, który zgodził się na produkcję jedynie ze względu na jej znanego męża. Przekonany, że w życiu nie sprzeda ani metra materiału, zapłacił Lucienne połowę przyjętej stawki. Calyx okazał się strzałem w dziesiątkę - znużeni ograniczeniami powojennych lat Anglicy łaknęli koloru i pozytywnej energii. Shanna Shelby, kuratorka prezentowanej właśnie w The Textile Museum w Waszyngtonie wystawy 'Art By the Yard: Women Design Mid-Century Britain', mówi, że 'Calyx i dzisiaj wydaje się śmiały. Aż trudno sobie wyobrazić, co oznaczał w latach 50.'. Przez dwadzieścia kolejnych lat Lucienne Day stworzyła dla Heal Fabrics ponad siedemdziesiąt wzorów, którymi całkowicie odmieniła angielskie
domy.
Poznali się na potańcówce w londyńskiej Royal College of Art. Robin Day był już absolwentem uczelni, Lucienne Conradi studiowała na ostatnim roku. Od razu wpadli sobie w oko - on wyglądał jak amerykański amant filmowy z jasną czupryną i zniewalającym uśmiechem, ona - drobna i delikatna - przypominała aktorkę Vivien Leigh. Już tego pierwszego wiosennego wieczoru 1940 roku w trakcie gorącej dyskusji okazało się, że poza tańcem łączy ich miłość do sztuki nowoczesnej i pasja projektowania. Dwa lata później Lucienne i Robin wzięli ślub. Oboje rozumieli wzornictwo jako czynnik poprawy życia społeczeństwa, chcieli dać ludziom produkt wysokiej jakości w przystępnej cenie. Rozumowali na miarę swoich czasów, bo naród był biedny, państwo zadłużone. O ile pierwsze lata po drugiej wojnie były dla Brytyjczyków okresem zaciskania pasa, to początek lat 50. z nową estetyką, zamiłowaniem do płynnych linii i koloru kładł przynajmniej kres dojmującej szarzyźnie. Lucienne wspominała, że czuło się wtedy 'ogromny wzrost żywotności'. Szybko stali się najsłynniejszą parą brytyjskiego designu, ich projekty były symbolem nowoczesności - jego krzesła były w każdej szkole i urzędzie, jej zasłony i ścierki do naczyń w każdym domu.
Piękni, zdolni i odnoszący sukcesy okazali się też ulubieńcami mediów - wystąpili nawet w reklamie Smirnoffa. Są trochę jak Eamsowie - pisał o nich 'The New York Times' - tylko że to Anglicy. Porównanie do Charlesa i Ray Eams traktowali jak niepotrzebny balast. W przeciwieństwie do głośnego duetu amerykańskich projektantów, którzy pracowali wspólnie, Lucienne i Robin Day wiedli niezależne kariery. On przede wszystkim projektował proste i funkcjonalne meble (latami współpracował z wielką fabryką Hille, eksperymentował z nowymi materiałami: aluminium, plastikiem i sklejką, a jego krzesło Polypropylene z 1963 roku pozostaje najlepiej sprzedającym się krzesłem wszech czasów). Lucienne zasłynęła jako wybitna projektantka tkanin; jej wzory pojawiają się też na tapetach i porcelanie (współpracowała m.in. z Rosenthalem). Najważniejsze w ich przypadku jest wzajemne wsparcie. Lucienne mówiła, że Robin pomógł jej iść własną drogą, że była pod silnym wpływem jego oryginalności i sposobu myślenia. Już na dyplomie w 1940 roku przekonał ją, że na prezentacjach musi pokazać, jak jej tkaniny pracują we wnętrzu - obijać nimi meble i ubierać okna. 'Bardzo wątpię, czy gdybym nie spotkała Robina, byłabym tak zdeterminowana, żeby pracować w zawodzie projektantki' -wspominała. Widziała przecież, jak kobiety po studiach wzorniczych, zamiast pracować dla przemysłu, lądowały w szkołach jako nauczycielki rysunku. Mimo wrodzonej nieśmiałości uważała, że to bardzo ważne, żeby dziewczyny były widoczne. Była piątą kobietą wybraną do elitarnej Faculty of Royal Designers for Industry, a w latach 1987-89 pierwszą kobietą rektorem.
Nie od razu zdecydowała się na projektowanie tkanin - w szkole średniej i na uczelni próbowała sił w różnych dziedzinach sztuki, uwielbiała literaturę i grywała w amatorskim teatrze. Dorastała w Croydon w Surrey, w wygodnym domu z pięknym ogrodem. Jej matka była Angielką, ojciec Belgiem. Od dzieciństwa patrzyła, jak matka z zapałem dekoruje dom, wspólnie dzieliły ogrodniczą pasję - Lucienne poznała wtedy świat roślin, który będzie powracał w jej twórczości. W wieku siedemnastu lat zapisała się do Croydon School of Art, a potem w latach 1937-40 studiowała w Royal Collage of Art. Poznała prace niemieckich artystów kręgu Bauhausu i szwedzkie wzornictwo, a jeśli chodzi o rodzime, to szczególnie lubiła prace dekoratora wnętrz Duncana Millera, meble Betty Joel i tkaniny Marion Dorn. Pierwsze własne projekty zrobiła dla firm odzieżowych, ale ostatecznie zdecydowała się zająć przestrzenią domową. To, co robiła dla przemysłu włókienniczego, było świeże, zabawne, piękne i absolutnie rewolucyjne. Zerwała z symetrią kompozycji, wprowadziła graficzny rysunek i mocną plamę barwną. Zgodnie z angielską tradycją motywy czerpała ze świata roślin i pejzażu, ale przetwarzała je na nowoczesny język abstrakcji.
Jej drukowane tkaniny nawiązują do kompozycji malarskich - do dzieł Wassilego Kandinskiego, Joana Miró, Paula Klee, Alexandra Caldera, tyle tylko że na jej zasłony każdy mógł sobie pozwolić - dawała ludziom 'abstrakcję bez limitu'.
'Moim celem było zbliżyć się do sztuk pięknych - mówiła - produkować tkaniny, myśląc, że jestem malarzem'. W ślad za Lucienne poszły inne projektantki tkanin - Jacqueline Groag i Marian Mahler (prace całej trójki plus meble Robina Daya prezentuje wystawa w Waszyngtonie). Dzisiaj tkaniny Lucienne Day to drogie produkty w stylu vintage. Kiedy w latach 90. wróciła
moda na design lat 50. i 60., młodzi projektanci odkryli w Dayach mentorów. W 1999 roku Habitat wypuścił krzesło
dla dzieci Robina w nowych kolorach i sięgnął po wzory Lucienne. Tom Dixon, współczesna gwiazda wśród projektantów, mówi: 'Ich zaangażowanie w design jest inspiracją dla wszystkich'.