http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Ekolodzy schodzą z drzew

Karolina Domagalska
13.07.2010 , aktualizacja: 29.07.2010 14:20
A A A Drukuj
Maria Hoffman, artystka, 50 lat Fot. Adam Kozak Maria Hoffman, artystka, 50 lat
Jak żyć tanio i zdrowo w mieście - opowiadają artystka, matematyk, kucharz i tłumaczka
Adam Piwocki, matematyk, 30 lat
Fot. Adam Kozak
Adam Piwocki, matematyk, 30 lat
Klara Kopcińska,  tłumaczka, animatorka kultury, 43 lat
Fot. Adam Kozak
Klara Kopcińska, tłumaczka, animatorka kultury, 43 lat
Grzegorz Łapanowski, kucharz, 27 lat
Fot. Adam Kozak
Grzegorz Łapanowski, kucharz, 27 lat

Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
Fot. Adam Kozak / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Na tle podwarszawskich dworków dom Hoffmanów wygląda jak owłosiony hipis. Gdy 14 lat temu zabierali się do projektu, byli z nim kompletnie sami. W końcu znaleźli wykonawcę, który eksperymentował z zielonymi dachami. Jaka ziemia, jak wymieszać, jakie granulaty, kołderki izolujące - pytania mnożyły się jak przez pączkowanie. Gdy dach został odpowiednio odizolowany i pokryty styropianem, pozostało przesypanie 12 ton ziemi. - Pomagały trzy koleżanki. Potem trzeba było ziemię ugniatać. Lały ulewne deszcze, ale się nie poddaliśmy. Kupa śmiechu i ból pleców. Raz spadłam z drabiny - opowiada Maria, która chętnie wcisnęłaby w minutę dodatkowe 20 sekund, żeby móc wszystko dokładnie opowiedzieć i ze wszystkim zdążyć.

Gdy ziemia była na miejscu, po skandynawsku posiali na dachu trawę (pomaga zaoszczędzić dużo ciepła). Potem Maria dosiewała to, co znalazła w okolicy, część roślin zasiała się sama. Na dachu zaczęła wyrastać łąka. ('Trawnik może i wygląda ładnie, ale jest żarłoczny. Ciągle trzeba go nawozić i non stop podlewać'). - Rok zaczyna się u nas od chabrów i maków, potem miodówka, kąkole, żmijowce, ostrożnie, lnianki, lnice. Przez niektórych nazywane chwastami - śmieje się Maria. - Ale nie robimy na dachu pikników. Nie muszę się delektować, że mam zielony dach, wystarcza mi świadomość, że oddaliśmy ziemi taką powierzchnię, jaką zabraliśmy. W ogrodzie też dużo chwastów. - Musiałabym walczyć chemią. Poza tym są piękne, więc tylko je przycinam. Ogród jest tak skomponowany, żeby jak najmniej zależał od sił przyrody, ulew czy susz. Są miejsca, gdzie wieje zimny zachodni wiatr, i wiem już, że nie powinnam tam umieszczać gatunków delikatnych z Niemiec czy Anglii. Sadzę rodzime rośliny ze sprawdzonych szkółek.

Zlewki, odlewki

W domu ponad sto doniczek z kwiatkami i mnóstwo słońca. - Dom jest w kształcie litery L, rozłożysty, więc traci energię, ale z kolei dużo łapie światła, więc gdy jest słońce, to energię oszczędza - tłumaczy Maria. I dodaje: - Może nie jest idealny, ale tajemnica tkwi w tym, żeby dopasować się do istniejących warunków. Zamiast storczyków, dla których musiałabym dodatkowo dogrzewać dom, wybieram babcine kwiaty, które dobrze tu się czują. Storczyki pooglądam w ogrodzie botanicznym. Idziemy do kuchni. - Ludzie mówią: ja nie mam czasu na takie rzeczy. A czy mnie ktoś czas podaje na tacy? Wszystko jest kwestią nawyków. Jak odlewam makaron, to odlewka idzie do jedzenia dla psów. Kaszę, soczewicę czy soję przepłukuję nad dzbankiem i potem tą wodą podlewam kwiaty. Albo woda używana przy obieraniu ziemniaków - miłośnicy roślin wiedzą, że jest cenna. Gdy ktoś odstawia kubek do zlewu, pytam, czy będzie jeszcze pił. Nie trzeba go pucować, żeby zrobić nową herbatę. Naczynia myję w misce. Miskę po sałatce owocowej wystarczy opłukać, a talerzyk po czekoladzie przetrzeć szmatką, jeśli za chwilę kładziemy na nim ciastka.

- A co to? - pytam na widok ogromnego gąsiora. - Ocet winny z jabłek. Robię go ze skórek i ogryzków, na litr wody płaska łyżka cukru. Dodaję do zup, zakwaszam barszcz. Zdrowy, ma właściwości oczyszczające. Grzybek się zrobił, to dobrze.

- Albo torebki. Przez całą podstawówkę kanapki córce zawijałam w papier po czekoladzie albo torebkę po kaszy, makaronie. Fajniejsze, mocniejsze. W kartonikach, np. po kuskusie, kanapki się zgrabnie układają - zauważa Maria. - Foliówek nie biorę. Jeśli sto razy tej foliówki nie wezmę i kolejne sto osób też nie, to zaczyna mieć sens, prawda?

Gdy wchodzimy do pracowni, jestem już pewna - Maria jest królową recyklingu. Papierki po słodyczach posegregowane według kolorów i wielkości, złotka po papierosach w pudełkach po dyskietkach, druciki, suszone kwiaty, torebki po prezentach czekają na kolejne święta i urodziny, stosy kubeczków po jogurcie, resztki krawieckie, szyszki, piórka, korki po winie w starym akwarium, butelki w kartonach po bananach. Uff. Częściowym wytłumaczeniem natłoku jest to, że Maria jest z zawodu dekoratorką wnętrz i artystką.

Dom również pełen jest rzeczy z odzysku. - Tę wiklinową skrzynię wzięłam od babci z piwnicy, trzymała w niej węgiel. Domyłam i teraz trzymam w niej wełnę do tkania gobelinów. Kredens jest od babci męża, też z piwnicy. Wzięliśmy go, jeszcze zanim takie kredensy stały się modne. Ja po prostu nie lubię kupować co rusz nowych rzeczy. A to koliduje z dekoratorstwem, bo oczekuje się ode mnie, że będę proponować nowe trendy. - Problem tkwi w tym, że ludzie nie chcą rodzimych produktów - wtrąca mąż Marii Robert, architekt wnętrz. - Każdy chce merbau, a przynajmniej 50 proc. wyrębu drewna egzotycznego jest nielegalne. Jedna z największych firm europejskich ze Szwecji produkująca panele podłogowe wycofała się z drewna egzotycznego i wprowadziła rodzimą buczynę, żeby chronić środowisko.

Rozumiem już, jakim cudem Hoffmanowie wystawiają przed płot jeden worek śmieci miesięcznie; sąsiedzi - jeden, dwa tygodniowo. - Nikt oprócz nas nie ma w okolicy kompostownika. Gdy wymienialiśmy komputer, poprosiłam informatyka, by naprawił stary. Chcemy go komuś przekazać. Zanim pójdzie do śmieci, jeszcze trochę posłuży.

Ekoufo

- Nie zdążyłem uprzedzić barmanki - Adam z niezadowoleniem wyciąga rurkę ze szklanki. Gdyby lubił pić przez słomkę, nosiłby pewnie jedną w plecaku. - Widelec noszę na wypadek, gdyby zdarzyło mi się zjeść coś na wynos. Gdy zapomnę metalowego, kupuję danie z jednorazówką, myję ją w domu i noszę ze sobą, starcza na kilkanaście razy. Oprócz widelca zawsze mam plastikową torebkę na pieczywo albo coś mokrego w stylu ogórki kiszone. Torebek mam, niestety, w domu straszną ilość, ponieważ teść znosi je bezlitośnie. Pomimo ekoignorancji teścia, odkąd Adam zamieszkał z żoną w domu jej ojca, na pokładzie pojawiły się nowe zwyczaje.

Kącik RTV, czyli telewizor, wideo, DVD, satelita, wzmacniacz do kina domowego podłączone do jednego przedłużacza z wyłącznikiem. Trzy beczki na deszczówkę - do podlewania ogrodu oraz mycia samochodu. Marzenie: wykorzystanie deszczówki do spuszczania wody. - Ponieważ nie mamy oszczędnej spłuczki, nie spuszczamy wody, jeśli po jednej osobie zaraz idzie druga. Ekomola - papier toaletowy z makulatury, szary, ale dobry, nie ma nadruków, nie pachnie jaśminem i nie jest wybielany chlorem. Używamy go też do nosa. Energooszczędna lodówka. - Nie mrozimy wielu rzeczy. Jeśli już, to nie rozmrażamy ich zbyt szybko, przekładamy z zamrażarki na noc do lodówki, żeby jedzenie nie traciło na wartości.

Pojawiły się notatki. Adam, doktor matematyki, do ekologii podchodzi kompleksowo. - Codziennie spisuję stan licznika prądu, co tydzień gazu i wody - opowiada. - Planujemy wymianę term gazowych. Wodę podgrzewać będzie pompa ciepła, wykorzystując powietrze z wentylacji. Notuję też każdy dłuższy wyjazd samochodem. Ile kilometrów, jaką drogą, jaka średnia prędkość, jakie zużycie. Babcia żartowała ze mnie, że rozum mam ściśnięty. W lipcu - w notatkach przełom. Podczas podróży do Rumunii (obciążenie: pięcioro pasażerów i pięć dużych plecaków) zamiast dotychczasowych 5,5 litra na kilometr samochód spalił 4,2 litra. To wynik udoskonaleń peugeota 307 kombi. Gdy patrzę na zakryte koła oraz przedłużony dach, nie dziwię się, że ludzie robią zdjęcia.

- Zasłoniłem wlot do chłodnicy, dzięki czemu silnik szybciej się nagrzewa, a wiadomo, że samochód najwięcej pali, jak silnik ma zimny. Żeby nie było zagrożenia, że silnik się zagrzeje, moja zasłona się otwiera, gdy słyszę, że włączył się wiatrak chłodzący. Tylne koła nie muszą skręcać, więc je zasłoniłem, co poprawiło przepływ powietrza wzdłuż samochodu. Z tyłu przedłużyłem linię dachu i boków, co zmniejszyło obszar turbulencji. Bo jeśli chodzi o opór powietrza, to liczy się nie tylko to, że pcha się jakąś masę powietrza przed, ale również to, co dzieje się z tyłu. Najlepszy kształt to kropla - z przodu zaokrąglona, z tyłu wydłużona. Koszt modyfikacji - ok. 300 zł. Sposób wykonania oraz inspiracje Adam znalazł na stronie ecomodder.com. Oszczędniej można jeździć nawet bez inwestycji. Adam wylicza: - Nie jeździć z niepotrzebnym bagażnikiem na dachu. Bagażnik trumnowy może zwiększyć zużycie paliwa o 30 proc., sam stelaż - od 5 do 15 proc. Sprawdzać ciśnienie w oponach. Lepiej mieć trochę wyższe niż w zaleceniach producenta. Wyższe ciśnienie daje niższe opory toczenia. Nie wozić niepotrzebnego bagażu. Znam ludzi, którzy mają cały zestaw narzędzi, książki, butelki z wodą, pełno śmieci, a każdy kilogram to gorsze przyspieszanie, dłuższa droga hamowania i większe zużycie paliwa. Ja z łatwością wyciągam trzy siedzenia z tyłu, każde waży 20 kilogramów. Dopóki nie muszę wieźć pasażerów, jeżdżę bez siedzeń. Gdy jestem w trasie, to składam lusterko od strony pasażera, żeby zmniejszyć opór powietrza.

I jakby tego wszystkiego było mało, Adam prowadzi w oszczędny sposób. - Unikam dużych prędkości, kiedy nie mają uzasadnienia. Po co się rozpędzać, jeśli za pół kilometra są światła. Hamuję silnikiem przez redukcję biegu, bo wtedy samochód w ogóle nie spala paliwa. Ale żeby było jasne: nie zależy mi, żeby płacić mniej za paliwo, tylko żeby mniej go zużywać. Jestem nawet za tym, żeby paliwo kosztowało dwa razy tyle i żeby ci w wielkich terenówkach poszli po rozum do głowy.

Panele, kule i ocet

Wymarzony dom Klary to dom pasywny. Zamiast podpięcia do RWE - turbina i panele słoneczne; zamiast spuszczania ścieków do Wisły - zamknięty obieg wody z oczyszczalnią. - Mieszkamy w kamienicy i nie sądzę, żeby kiedykolwiek było nas stać na budowę domu. Ani żeby udało się przekonać sąsiadów do paneli. Chociaż kto wie, może kiedyś. W kamienicy też można żyć ekologicznie. W Anglii Klara odwiedziła ludzi, którzy mieszkali w domu przystosowanym do pracy - na parterze każdy miał biuro i pracownię. Kuchnia, łazienka, sala konferencyjna i kinowa oraz ogród z placem zabaw dla dzieci były wspólne. - U nas jeszcze tak się nie myśli, wręcz przeciwnie, ludzie się od siebie odgradzają - zauważa Klara. - A życie we wspólnocie to duży krok do ekologii.

Mieszkanie Klary może nie jest pasywne, ale ślad, jaki zostawia, raczej przypomina łapę psa niż słonia. - Zamiast usprawiedliwiać się kontrowersjami wokół powodów globalnego ocieplenia, należy się przyznać, że za dużo konsumujemy, śmiecimy i brudzimy - wylicza Klara. Zacznijmy od brudzenia. - Po pierwsze, narzucamy sobie chore standardy, że wszystko musi?być błyszczące, wychlorowane, sztywne od bieli. A nadmierna sterylność prowadzi do alergii. Po drugie, z radością odkryłam, że skończył się wiek chemii, a zaczął fizyki. Zamiast kupować nowe superpłyny i proszki, od trzech lat piorę kulą. Pranie polega na uwalnianiu tlenu, ja go uwalniam granulatem trzęsącym się w dwóch kulach piorących. Do prania ręcznego używam orzechów indyjskich, które mają w sobie saponinę. Zamiast lać do rur jakieś potworne zajzajery, które wytruwają pół rzeki za jednym zamachem, można wlać trochę octu, który na pewno dużo mniej szkodzi, a czyści dokładnie tak samo. Mówi się, że ekologiczne produkty są drogie. To nieprawda. Ocet jest tańszy od detergentów.

Literówki na ekranie

- Ekologia kojarzy się z wielkim wysiłkiem, wydziwianiem. Tymczasem wszystkie ekoczynności zabierają mi dokładnie tyle samo czasu co nieekologiczne - zastrzega. - A są bardziej logiczne. Zgniatam śmieci, bo więcej się zmieści w koszu. W kuchennym kranie mam przerywacz. Gdy chcę wlać wodę do kubka albo spłukać mydło z dłoni, popycham wajchę podłączoną do kranu i dopiero wtedy leci woda. Gdy odsunę rękę, strumień się zatrzymuje. Oszczędzam średnio dwa litry na jednym myciu rąk, nie muszę w kółko odkręcać i zakręcać wody albo mieć wyrzuty, że tego nie robię. Zmywam w małej zmywarce, nie nalewam za dużo wody do gotowania, zawsze gotuję pod przykrywką. Aby nie włączać czajnika kilka razy dziennie, kupiłam ostatnio piękny termos z lat 70., ciemnozielony. Wszyscy wyją na jego widok. Robię sobie do niego herbatę do wielogodzinnej pracy przy komputerze.

Podziel się