Rusztowania, żółte słupy, bariery bezpieczeństwa, taśma klejąca na podłodze. Fosforyzujące napisy wyznaczają sekcje: obuwie damskie, obuwie męskie. Bo mowa nie o budowie, ale o nowym sklepie Louisa Vuittona w
ekskluzywnym domu towarowym w Tokio Seibu Ikebukuro (sklep znajduje się w piwnicy), gdzie za ladę i półki służą skrzynie towarowe.
Salon fryzjerski LIM (Less Is More, czyli Mniej Znaczy Więcej) w modnej dzielnicy Harajuku wygląda podobnie. Ze ścian pochlapanych tynkiem sterczą wsporniki, z sufitu - rury. Tu za kontuar służą metalowe palety na kółkach. 'Szorstkie, prowizoryczne wnętrze pasuje do rozpoczynających karierę z małymi pieniędzmi, ale wielkimi ambicjami' - tłumaczy projektant Teruhiro Yanagihara.
Louis Vuitton/Underground powstał z kolei jako przestrzeń tymczasowa, zapowiedź otwarcia (w tym samym domu towarowym) sklepu właściwego. Estetyka prowizorki oddaje więc ideę butiku, ale i sprzyja ogólnoświatowej tendencji do redukcji kosztów i rezygnacji z ostentacji. W przypadku znanych marek to political correctness.
Trzeba dobrze się rozejrzeć. Kiedy Hanna Kokczyńska i Jacek Majewski z duetu projektowego SuperSuper i Michał Gratkowski z pracowni Moko weszli do dawnej drogerii, przychylnym okiem spojrzeli na to, co zastali - nie tylko dlatego, że na zrealizowanie wnętrza sklepu odzieżowego Fumo (w zagłębiu 'koncept store'ów' i luksusowych butików na ulicy Mokotowskiej w
Warszawie) mieli kilka tygodni. Pod warstwą linoleum i gresu znaleźli efektowne lastryko i po prostu je wyszorowali. Zostawili parapety, kaloryfery - akcenty retro, informacje o historii miejsca. Kontuar zbudowali ze styropianu (w założeniu tymczasowe rozwiązanie niespodziewanie okazało się wyjątkowo wytrzymałe), za wieszaki posłużyły rury. Boazeria ułożona w nowoczesną mozaikę jest znakiem rozpoznawczym i wizytówką wnętrza. 'Szukaliśmy czegoś typowo polskiego, co daje się przetworzyć' - mówi Hanna.
Fumo okazało się strzałem w dziesiątkę - prezentował go magazyn 'Frame', w którym co kwartał można znaleźć przegląd najciekawszych projektów architektonicznych i wnętrzarskich ze świata, trafił też do prestiżowego
blogu o designie dezeen.com.
Dwa miesiące po krachu na giełdach, pod koniec 2008 roku, opiniotwórczy lifestyle'owy magazyn 'Wallpaper' zaanonsował nowy koncept butiku. Zdjęcia sklepu - budki zbitej z dykty, do złożenia w mgnieniu oka, zaprojektowanej na zlecenie magazynu przez duet młodych norweskich architektów Brendeland & Kristoffersen - opatrzono komentarzem, że kryzys nie może skończyć się tym, że ludzie przestaną w ogóle kupować. O cenach rzeczy sprzedawanych w biednie wyglądającym sklepie mowy w manifeście nie było.
W kwietniu zeszłego roku na wernisaż wystawy palestyńskiej artystki Ahlam Shibli w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ze swoim objazdowym sklepem wkroczyli asystenci z amsterdamskiej akademii sztuk pięknych Rietveld - Pieter Verbeke i Bart de Baets. Asortyment: grafiki, ryciny, plakaty, notesy autorstwa studentów Rietveld. 20, 30, 80 zł za sztukę. Warszawiacy przeglądali towar z zainteresowaniem. Zysk ze sprzedaży przekroczył 600 euro, posypały się zamówienia wysyłkowe. Cały 'towar' zmieścił się w kartonowym pudełku i ważył około 4 kg.
Takie wyprzedaże studenckich prac Verbeke i de Baets organizują regularnie w Amsterdamie. Z tymczasowym sklepem pojechali do Cannes, na Ibizę, do Goa,
Palermo i na Wyspy Galapagos, gdzie postanowili wesprzeć organizacje ekologiczne. Po staroświecką ideę kramu sięgnęli, by ominąć oficjalne systemy dystrybucji, promocji i nie windować cen. Zamknęli nawet stronę internetową. Studenci na pracach nie zarabiają - dostają w zamian inne publikacje albo alkohol własnej roboty. Dochód trafia zwykle do kasy Holenderskiego Związku Grafików. Coś, co kiedyś nazywało się kramem, dziś się nazywa 'pop-up shop' (z ang. pojawiać się niespodziewanie, kiełkować, wyskakiwać), sprawdza się w kryzysie i jest modne. Kilkugodzinny czy kilkudniowy sklep robi karierę na tygodniach mody, targach mebli i designu. Wystarczy napisać: 'Pop-up shop zaprasza', a goście przyjdą.
Tymczasowa może być księgarnia. Taka pojawiła się w Tokio z 468 tytułami z 47 krajów. Niektórzy czytelnicy przesiadywali w księgarni We Love Magazine na czarnych poduchach całe dnie. Dlaczego? Bo przez chwilę mieli dostęp do trudnodostępnej, małonakładowej, kolekcjonerskiej prasy offowej.
Małe koszty utrzymania pop-up shopu zachęcają do tej formy sprzedaży młodych ludzi. W marcu tego roku w na ulicy Cybernetyki w Warszawie stanął weekendowy sklep nowo powstałych marek i projektantów zaczynających swoją karierę (Asia Wysoczyńska, Anna Orska, Olga Szynkarczuk, Szwalnia Cybernetyki, UEG).
O krok dalej w dekonstrukcji lokalu handlowego poszli autorzy projektu Un/Built Store Luca Marchetti i Emanuele Quinz. Pod ich kuratelą troje architektów: Ariyama Hiroi, Duval Cyril i Matsubara Megumi, zbudowało wnętrze sklepu z kilkudziesięciu tekturowych pudełek na
ekskluzywne buty. Inspiracją był 'Czarny kwadrat' Malewicza, jego współczesna reinterpretacja niemieckiego artysty Gregora Schneidera (sześcian 'Cube Hamburg 2007' Schneidera nawiązywał do Kaaby, najważniejszego muzułmańskiego sanktuarium w Mekce, z obawy przed skandalem został przez dyrekcję Biennale w Wenecji 2005 odrzucony) oraz amerykańskiego eksperymentalnego programu prowadzonego przez magazyn 'Arts & Architecture' w latach 1945-66 (uznanym amerykańskim architektom zlecono zaprojektowanie taniego nowoczesnego domu).
Zgodnie z nazwą sklep ma naturę efemeryczną. Wraz z zakupem pary butów ubywa pudełko, a w regularnej bryle pojawia się wyrwa. Po całkowitej wyprzedaży towaru sklep przestanie istnieć.