http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Knajpki dla wtajemniczonych

Ula Jabłońska
11.02.2010 , aktualizacja: 05.02.2010 18:17
A A A Drukuj
To tak, jakbyśmy zaprosiły do siebie znajomych na składkową kolację, tylko że zamiast spaghetti podajemy wytworne potrawy, a zamiast znajomych przychodzą obcy ludzie

Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Dziś na Uczcie Babette:

- Pularda w sosie rakowym

- Udziec sarni, sałata włoska, kartofle gratin

- Vol-au-vent z groszkiem

- Suflet czekoladowy z renklodami

- Lody domowej roboty

Wjeżdżamy windą na poddasze starej kamienicy w centrum Warszawy. Przy wejściu szatniarz odbiera płaszcz i wydaje numerek. W pomieszczeniu jest nastrojowo i przytulnie: świece, ogień w kominku, wygodna kanapa i fotele. Na środku stoi wielki stół przystrojony białymi liliami, zielonymi liśćmi i sznurami pereł, cały zastawiony potrawami, które można nakładać sobie na talerz. Na kilku stolikach koktajlowych ustawione są butelki z różnymi rodzajami win. Goście stoją z talerzami przy kominku, gawędzą przy stolikach lub na kanapie.

Jest prawie jak na ekskluzywnym przyjęciu w dobrej restauracji, tylko że to nie restauracja. Przyjęcie odbywa się w prywatnym mieszkaniu, wszystkie potrawy ugotowała właścicielka Maja razem z koleżanką Ireną w swojej kuchni, wystrojem stołu zajęła się mama Mai, na szatnię przeznaczyła jeden z pokoi, a rolę szatniarza wziął na siebie brat Mai. Goście to nie przyjaciele domu. Na Ucztę Babette może przyjść każdy, im więcej nieznajomych, tym lepiej. Wystarczy śledzić blog ucztababette.blog.com i kiedy pojawi się informacja o kolejnej planowanej kolacji, wysłać e-mail ze zgłoszeniem. Koszt to około 100 zł. W cenę wliczone jest wino.

Bankiet u Maharadży, kolacja u Dave'a

Idea domowej restauracji jest prosta - goście płacą za pyszne jedzenie i niepowtarzalną atmosferę, a gospodynie mają okazję zaprezentować swoje umiejętności kulinarne komuś więcej niż tylko rodzinie i przyjaciołom. Takie jednodniowe restauracje zwane też klubami kolacyjnymi albo antyrestauracjami w ciągu kilku ostatnich lat na fali mody na slow food stały się bardzo popularne w Europie (można je znaleźć w niemalże każdej stolicy - od Madrytu po Pragę), a w szczególności w Wielkiej Brytanii. Wieści o kolacjach rozchodzą się pocztą pantoflową, kluby prowadzą blogi i mają profile w Facebooku. Na stronie Supperclubfangroup.ning.com, która zrzesza fanów takich restauracji, informacje o kolacjach zamieszcza 45 klubów, w większości brytyjskich.

Można się stamtąd dowiedzieć, że Podziemny Szałwiowy Klub Kolacyjny ma jeszcze dwa wolne miejsca na czterodaniową kolację (kandyzowany fenkuł z selerowym purée i chipsami ze słodkich ziemniaków, zupa z dyni piżmowej z szałwią, anyżkiem, imbirem i szałwiową śmietanką, baranina z zieloną sałatą, selerowym purée oraz sosem z kandyzowanego czosnku i madery, ciasto z czarnej i białej czekolady z bazylią), Kuchnia Kolonialna zaprasza na 'Bankiet Maharadży' (baji z kokosowym czatnejem, mięsne lub wegetariańskie samosy, baranina z zielonym chili, kurczak punjabi, ostry dal z kolendry i chapati domowej roboty, a na deser pachnąca chałwa i czaj) oraz na 'Arabskie Noce' (dodatkowa atrakcja - tancerki brzucha), a Dave, który prowadzi restaurację Wpadnij na Kolację do Dave'a przygotuje coś za dwa tygodnie, ale jeszcze nie wie co ('Myślę o czymś z dyni, buraków, pietruszki, małży, dziczyzny, wołowiny albo okonia morskiego'). W Bristolu działa Staroświecki Pokój Herbaciany - gospodyni zaprasza do własnego salonu na popołudniowe herbatki w oryginalnej chińskiej porcelanie, a w Brixton dwie pasjonatki prowadzą Klub Sałatek ('W klubie nie uznajemy misek pełnych zwiotczałej sałaty bez smaku pływającej w dressingu z supermarketu - popieramy pomysłowe i kolorowe kombinacje, takie jak sałatka z łososia, szpinaku i koziego sera podawana z domowej roboty czatnejem z mango'). Niektóre kluby wydają kolacje raz w tygodniu, inne raz na miesiąc albo nieregularnie. Są takie, do których może przyjść każdy, i takie, które mają swoje zasady: na kolacji może być nie więcej niż troje znajomych gospodarzy albo wręcz przeciwnie - każdy z gości musi znać kogoś z domowników i może zabrać tylko jedną osobę towarzyszącą. Liczba miejsc zwykle jest ograniczona.

Jak się zapisać? W e-mailu ze zgłoszeniem na kolację trzeba zaznaczyć, ile osób przyjdzie, czy mają alergie pokarmowe albo są wegetarianami, podać nazwiska i numery telefonów. Adres restauracji, a czasem także ostateczne menu dostaniemy e-mailem dzień lub dwa przed kolacją. Koszt posiłku to 10-100 funtów w zależności od ceny składników i tego, czy w cenę wliczony jest alkohol. Jeżeli nie jest, goście przynoszą własne wino, a gospodarz pobiera tzw. korkowe, czyli drobną opłatę za każdą butelkę otwartą podczas kolacji. Czasem przy wyjściu stoi skarbonka i każdy płaci, ile uważa za stosowne. Niektóre kluby oferują zniżki dla bezrobotnych albo dla sąsiadów. A na kolacji - spodziewajcie się niespodziewanego! Możliwe, że w salonie zastaniecie szwedzki stół, ale gospodarz równie dobrze może rozstawić cztery-pięć stolików, więc lepiej się przygotować na dzielenie stolika z nieznajomymi - emerytowanym małżeństwem albo grupką młodzieży. Może do kolacji będzie przygrywać zespół jazzowy albo pan domu, który wyciągnie gitarę, jak tylko skończy serwować jedzenie.

Kolacyje wystawne i różne z nimi problemy

"Znudziło nam się to, co oferuje kulinarny mainstream. Wszędzie sushi albo caprese. Nie ma w Warszawie miejsc, gdzie można zjeść kolację wystawną, złożoną z sześciu dań bez wyprania portfela, w domowej atmosferze. Przyjęło się, że jeśli kolacja wystawna, to w restauracji, gdzie słychać Dianę Krall, wino kosztuje 300 zł za butelkę, ale stoi daleko i nikt nie ma odwagi wstać i postawić go na stole. Postanowiłyśmy więc trochę popsuć rynek. Tu można głośno się śmiać i pić, ile dusza zapragnie. Można bez skrępowania wytrzeć talerz chlebem" - napisała Maja w blogu Uczty Babette. Maja jest tryskającą energią blondynką. Skończyła politologię. Pracowała jako menedżer restauracji (zawsze wydawało się jej, że zna lepszy przepis na zupę porową niż kucharz), krytyk kulinarny (denerwowało ją, że na kolację trzeba wydać 450 zł od osoby), obecnie jest dziennikarką. - Żeby profesjonalnie zająć?się gotowaniem, nie trzeba wcale być wykształconym kucharzem - mówi. - Szef kuchni restauracji, w której pracowałam, był po AWF-ie, jego zastępca skończył zarządzanie. Kiedy usłyszała o klubach kolacyjnych, wiedziała, że to coś dla niej - uwielbiała gotować i miała mnóstwo pomysłów na oryginalne potrawy. Nie miała tylko warunków lokalowych. No bo jak tu zaprosić gości do mieszkania w bloku 'późny Gierek', gdzie w salonie mieszczą się tylko kanapa i kredens? Kiedy przeprowadziła się do pięknego mieszkania w kamienicy w centrum Warszawy, postanowiła działać. O pomoc w kuchni poprosiła swoją koleżankę Irenę, która też kocha gotować. W tygodniu zrobiły zakupy i zamarynowały mięso, dzień wcześniej zagniotły ciasto i wypożyczyły stoły. W dzień kolacji wstały o 6 rano - w mieszkaniu Mai jest tylko jeden piekarnik. Ale było warto. Na pierwszą Ucztę (żeberka korzenne, baranina w czerwonym winie, kaczka z jabłkami, krokiety z kartofli, rozmaite tarty, pieczywo domowej roboty ze smalcem, a na deser pralinki a la rafaello) przyszło 80 osób.

Dla taty musi być kotlet

W duńskim filmie 'Uczta Babette' Francuzka Babette, która niegdyś prowadziła restaurację w Paryżu, urządza wystawną kolację dla mieszkańców purytańskiej duńskiej wioski, w której znalazła się, uciekając przed rewolucją francuską. Podaje zupę żółwiową, bliny z kawiorem i swoją specjalność - przepiórki w sarkofagach. Za sprawą uczty w jej gościach, którzy na co dzień jedzą zupę chlebową oraz proste potrawy z ryb i gardzą sprawami ciała, dokonuje się metamorfoza - zaczynają się uśmiechać i cieszyć życiem. Maja i Irena właśnie z tego filmu zaczerpnęły nazwę swojej restauracji. Według nich oddaje sedno idei biesiady. Maja: - Chcemy, żeby nasi goście poczuli, że czas zwalnia. Jedzenie porusza wszystkie zmysły: patrzysz na nie, czujesz zapach, konsystencję, w końcu smakujesz. Nie działa chyba tylko na słuch. Dziewczyny fascynuje kuchnia staropolska. Każdą potrawę przygotowują od podstaw, nie uznają półproduktów - jak jest napisane, żeby dodać rosół, gotują rosół, zamiast wrzucić kostkę. Przepisy biorą ze starych książek kucharskich (Irena robi naleśniki według przepisu z 1854 roku). W programie Uczty Babette na najbliższy rok znajdują się: majonez z sandacza i zając w śmietanie, świeże homary z sosem remoulade, polędwica w sosie truflowym, perliczki i kuropatwy, karczochy w sosie maderowym, chaud-froid z kwiczołów, szynka na czerwonym winie z purée z kasztanów i lody z brie.

Niektóre przepisy wymyślają same. Najważniejsze to zrobić próbę, żeby potrawa, którą podają gościom, była już sprawdzona. Specjalistką od eksperymentów jest Irena, ale nie chce zdradzić swojego przepisu na chleb, który na każdej kolacji znika ze stołu w pierwszej kolejności. Na co dzień zajmuje się tłumaczeniami, więc pracuje w domu i wciąż coś gotuje. Mieszka z rodzicami, ale swoimi eksperymentami kulinarnymi dzieli się z mamą. Dla taty musi być kotlet. Irena: - Pochodzi z domu, w którym uznawano trzy potrawy: schabowy, mielony i pierogi. Sushi spróbował, dopiero jak miał 55 lat. Mama za to ma wielką fantazję w kuchni. Uwielbia kuchnię chińską.

Maja: - W wielu domach gospodynie mają tygodniowy repertuar. W poniedziałek jest rosół, we wtorek potrawka z kury. Wynika to głównie z oszczędności i braku czasu. Wolą otworzyć torebkę z proszkiem, niż trzepać sos holenderski do odpadnięcia ręki. Pieniądze raczej nie grają roli, bo dobra kuchnia nie musi być droga. Trzeba brać pod uwagę jedzenie sezonowe. Latem kalafior kosztuje 2 zł, jesienią są tanie śliwki. Maja zaczęła gotować, dopiero kiedy się wyprowadziła z domu. Mama nie chciała, żeby robiła w kuchni bałagan. Maja: - Mama wyprawiała cudowne przyjęcia. Co tydzień mieliśmy dziesięć osób na kolacji. Jak nie miała pieniędzy, to na przykład kupowała mnóstwo śledzi, które wtedy były tanie, i przyrządzała je na milion sposobów. W środku upalnego lata zrobiła kiedyś szwedzki stół przystrojony biało-różowymi kwiatami i wszystkie potrawy były w tych samych kolorach. Jeden z gości pomylił się i zjadł lilię, bo myślał, że to część potrawy. Przez całe przyjęcie dopytywał się, czy lilie są trujące.

Jak przyjdzie policja, śpiewajcie 'Sto lat'

Undergroundowe restauracje raczej nie mają do czynienia z sanepidem i urzędem skarbowym, a ich właściciele nie widzą takiej potrzeby. Chodzi przecież tylko o kolację w domu. - To tak, jakbyśmy zaprosiły znajomych na składkowe przyjęcie, tylko że zamiast spaghetti podajemy wytworne potrawy, a zamiast znajomych przychodzą obcy ludzie - mówi Maja.

Jednak niektórzy na wszelki wypadek rejestrują działalność i płacą podatki, inni przestrzegają gości, by nie zachowywali się zbyt głośno, aby nie prowokować skarg sąsiadów. Dziennikarka 'Guardiana' wspomina swoją wizytę w undergroundowej restauracji w Lizbonie, kiedy goście zostali poinstruowani, by śpiewać 'Sto lat', w razie gdyby przyszła policja. Są też takie kluby, które przechodzą do mainstreamu. W Argentynie, gdzie podziemne restauracje paladar pojawiły się kilkanaście lat temu, wielu gospodarzy ma już nawet po kilka legalnych lokali. W Hongkongu przybytki si fang cai, czyli małe domowe knajpki serwujące proste potrawy za niewielką cenę, odwiedzają już nie tylko wtajemniczeni, ale także turyści. W Wielkiej Brytanii kluby kolacyjne zyskują coraz większą popularność między innymi dzięki recenzjom znanych krytyków kulinarnych takich gazet jak 'The Times' czy 'The Guardian' i tylko patrzeć, jak zaczną wywieszać szyldy. Jednak większość klubów nie jest nastawiona na zysk, bo choć zdarzają się gospodarze, którzy przyznają, że dorabiają w ten sposób do pensji, większość wydaje przyjęcia tylko za zwrot kosztów i docenia brak zobowiązań. - To jak zabawa w restaurację - mówi jedna z właścicielek w wywiadzie dla 'San Francisco Chronicle'. - Kiedy prowadzisz prawdziwą restaurację, wydajesz kolacje codziennie. I musisz to robić.

Podziel się