Surowa, modernistyczna kamienica tkwi jak ostaniec pośród zabudowy w stylu 'późny Bierut'. Frontową elewacją zwrócona ku hałaśliwej Marszałkowskiej, na tyłach (zaskakująco cicha) załamuje się w kształt litery 'L' wokół starych drzew ocalałych z niegdysiejszego parku. Nie istnieje już w sąsiedztwie pałacyk fabrykanckiej rodziny Posepnych, właścicieli kamienicy (po wojnie jej lokatorów). Wielki, reprezentacyjny hol daje wyobrażenie o przedwojennym prestiżu domu. Apartamenty miały 190 m kw. i więcej. Labirynt przepastnych piwnic sięga jakoby aż do alei Szucha. Kamienica ma swoje legendy. Tutaj mieszkał i zmarł w 1937 r. Bolesław Leśmian, zaledwie kilka miesięcy po tym, jak wymierzył policzek zalotnikowi córki, który zerwał zaręczyny ze względu na 'nie dość polskie' pochodzenie panny. Tutaj podnajmował mieszkanie słynny przed wojną telepata i jasnowidz Stefan Ossowiecki. W mieszkaniu Ossowieckiego przeprowadzono podobno po wojnie dwa seanse spirytystyczne, z opłakanym skutkiem - zaproszonych duchów trudno się było pozbyć.
W Polsce Ludowej wielkie mieszkania poszatkowano, do pięciu pięter dodano szóste, zniknęły dekoracyjne stiuki na elewacji. Dom szczęśliwie nigdy nie był objęty kwaterunkiem - lokatorzy po wojnie stali się spółdzielcami, co uchroniło kamienicę od komunalnej administracji, która nie takie zabytki potrafiła obrócić w perzynę. Jednak barbarzyńcy nie śpią - całkiem niedawno skradziono dwie rzeźby stojące na cokołach w podwórku, a sami mieszkańcy zastąpili wielkie, dwuskrzydłowe drzwi drewniane szpetną plastikową witryną. W miejsce lampy art déco w holu jacyś 'hunowie' powiesili koszmarek z supermarketu.
Ewa patrzy na te zmiany z przerażeniem, bo do rzeczy starych i pięknych żywi prawdziwą namiętność. Mieszka tu od 30 lat i - jak niezmordowany kustosz prywatnego gabinetu osobliwości - znosi do domu okruchy przeszłości. Jej zbiory są ekscentrycznym mikstem sztuki, perfekcyjnego rękodzieła, kiczu i kuriozów. Łowickie zapaski, mosiężna głowa z Beninu (kopia), stołeczek niemal siłą wyciągnięty spod Beduina - handlarza przypraw, suknia z atłasowej żorżety (lata 20.), lampa muszkieter, 'księżniczka Szasza', czyli gipsowy pies naturalnej wielkości w srebrnym naszyjniku, torebka ze strusiej skóry, blaszany wazon na lwich łapkach, para pluszowych niedźwiedzi od Harrodsa, pantofle Kopciuszka ozdobione szklanymi klejnotami - wszystkie te trofea kupione na bazarach, wyprzedażach i w second-handach wydają się ze sobą spowinowacone. Uroda to sprawa tajemnicza i wszędobylska, mieszka w arcydziełach mistrzów, w rysunkach analfabety i w odpustowych fetyszach. Ewa ma dar dostrzegania urody tam, gdzie inni widzą tylko bezwartościowe starocie.
Podświadomie kontynuuje rodzinną tradycję. Jej dziadkowie, których rewolucja październikowa zastała w Rosji, uciekli przez Turcję do Belgii. Po II wojnie światowej z pięciorga ich dzieci wróciło do Polski czworo: mama Ewy i jej trzej bracia (zgodnie z ostatnią wolą swoich rodziców, którzy zmarli w Belgii). Spakowali kufry i z kartą repatrianta, bez możliwości powrotu, zjechali do nieznanego kraju. Na granicy - ku zdumieniu rodziny - braciom mamy odebrano sztucery (zamierzali polować), pozostawiając im jedynie puste etui. Krytycznie patrzono na futra i polakierowane paznokcie kobiet. W bagażu wieźli 'same niezbędne rzeczy': szklane szkatułki z ziemią belgijską, figurki od zegara (bez zegara), secesyjny wazonik w stylu Lalique (zrobiony przez dziadka), martwe natury malowane przez wuja (znakomite!), skrzypce, altówkę i wiolonczelę, szklane przyciski do papierów, pozłacane medale konserwatorium ukończonego przez mamę (z wizerunkiem króla Leopolda III). Mama Ewy urodziła w Polsce córkę, ale nigdy nie odnalazła się w rzeczywistości PRL. Zmarła z poczuciem wykorzenienia. Muzykalni, utalentowani, mówiący wieloma językami wylądowali w Polsce Ludowej jak desant kosmitów: Josefine, Izydor, Telesfor...
Wszystkie rodzinne skarby Ewa ma do dziś. Żywi szacunek dla mistrzowskiego rzemiosła - gładzi safianowe wnętrza torebek, z dumą pokazuje perfekcyjnie uszyte sukienki z krepdeszynu i szarmezy. Targa do domu wyrzucone na śmietnik przedwojenne kafle ceramiczne, a potem wycina w deskach podłogi niewielkie kwadraty i oprawia te kafle jak niedorzeczny kolorowy dywanik pośrodku posadzki. Kuchenna podłoga usiana jest takimi łatkami jak w dziecięcej zabawie w 'kino-lino'.
Niektóre skarby muszą latami czekać w pudłach pod łóżkiem, aż znajdzie się dla nich odpowiednie sąsiedztwo albo pomysł. Wystrój mieszkania ewoluuje. - Nie jestem 'Mietek Podnietek' - mówi Ewa. - Zmieniam powoli, ale nieuchronnie. Nie zawsze wiem, czego CHCĘ, ale bardzo dobrze wiem, czego NIE CHCĘ.
I oto mieszczańskie biedermeiery popadły w niełaskę - teraz Ewa ma ochotę na meble lżejsze, 'pałacowe'. Kupuje sponiewierane meblowe sieroty, naprawia chybotliwe nogi. - Mama miała duże manualne umiejętności. Nauczyła mnie szyć, dziergać na szydełku - opowiada Ewa. - Robiłyśmy też zabawki choinkowe. Nigdy nie byłam ubrana jak inne dzieci. Zawsze po swojemu. Mieszkanie Ewy w niczym nie przypomina wypucowanych na wysoki połysk bezdusznych, nowomodnych apartamentów. Jest raczej Sklepem Cynamonowym. Willą Śmiesznotką. Albo Nibylandią umeblowaną skarbami wyłowionymi z dziecięcego snu. Zmiany dokonują się nie tylko w wystroju domu. Po czterdziestce Ewa postanowiła zrobić sobie prezent na drugą połowę życia i nauczyć się biegle języka francuskiego. Dziś, po dwóch latach, mówi płynnie, a telewizor nastawiony jest stale na francuskojęzyczną TV 5. Zapisała się na naukę rysunku. Zaczęła stylizować i pisać do pism wnętrzarskich. Z pomocą dzieci opanowała komputer i wreszcie - wraz ze swoją szwagierką z pierwszego małżeństwa - założyła portal samopomocowy dla kobiet Byłe Żony (www.bylezony.pl). Jak umie, pomaga poturbowanym przez rozwód kobietom zacząć od nowa, odnaleźć poczucie własnej wartości w życiu solo.