Miałem pasjonującą pracę - opowiada Alex, który przez siedem lat pracował jako asystent naczelnego rabina Polski. - Zajmowałem się ochroną starych żydowskich cmentarzy i miejsc zagłady. Ale brakowało mi w tym fizycznego wysiłku. Szymon studiował kulturoznawstwo i jeździł z ojcem budować drewniane domy w USA. - To właściwie drewno mnie znalazło, a nie ja drewno. Mój dziadek był konserwatorem, mama nim jest, ojciec pracuje w drewnie, siostra robi drewnianą biżuterię - wylicza Szymon. Kiedy wrócił z ostatniego wyjazdu do USA, poznał Aleksa. Zaprzyjaźnili się. Po jakimś czasie doszli do wniosku, że chcą razem pracować.
- Wiedziałem, że trzeba wykorzystać umiejętności Szymona - przyznaje Alex. Pojechali do hurtowni drewna i kupili kloc egzotycznego amazakoue. - Było tak piękne, że baliśmy się go dotknąć - wspominają. - Utniemy za dużo, to zniszczymy, nie utniemy, to nic nie powstanie. W końcu zdecydowaliśmy, że trzeba odważnie: rżnąć, piłować, robić huk... Pierwszy mebel zrobili na oko. Rysowali go bezpośrednio na drewnie. - Nie wiedzieliśmy, co chcemy zrobić. Ale było parcie, żeby odczarować drewno z klasycznych kształtów - mówi Alex. Dłubali po pracy, w weekendy, w wynajętym garażu, bez narzędzi. Żeby kroić drewno, jeździli po piłę do innych stolarni. - Konsolę wydłubaliśmy pazurami. Było ciężko, ale czuliśmy się wolni - mówi Alex. Jedno wiedzieli już na pewno: chcą pracować w drewnie. Bo jest ciepłym, organicznym, przyjaznym materiałem. - Chcemy używać wyłącznie litego drewna. Bo ma dużo ciekawych rysunków i faktur. Żyje. Ma swoją wagę, charakter i majestat - twierdzi Alex. - Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś wyrzucił mebel z tarcicy. Taki przedmiot się ceni - dodaje Szymon.
Po konsoli powstał stół z trzech rodzajów drewna: lingue, doussie i iroko. Ponaddwumetrowy mebel wypchnął ich z garażu. Wynajęli więc od ciotki Szymona dom i stodołę w Lasku pod Tarczynem. Alex porzucił pracę w gminie żydowskiej. Szymon, zwierzak miejski, z bólem żegnał Warszawę. - Rzuciliśmy się na głęboką wodę i płyniemy - mówi Alex. Na szczęście drewno nie tonie. Wkrótce dołączył Sebastian. Eksbankowiec, wieloletni przyjaciel Aleksa, przyjeżdżał do nich w odwiedziny. Kiedyś wszedł do stolarni, zaczął pomagać... W Lasku żyli jak w kibucu. Razem mieszkali, jedli, pracowali. Czasami na weekendy rozjeżdżali się do rodzin. - Ponieważ byliśmy wciąż razem, siłą rzeczy najczęściej rozmawialiśmy o pracy - opowiada Szymon. Okazało się, że muszą nie tylko opanować narzędzia i technikę, ale przede wszystkim nauczyć się być ze sobą. - Każdy z nas ma inny charakter. Ja z natury jestem bardzo niecierpliwy - przyznaje Alex. - A w stolarni długo czeka się na efekt. Szymon zna się na ciesielce. - Czasem z trudem przychodziło mi akceptować pomysły Aleksa - mówi. Były tarcia. Najmniejsze problemy miał Sebastian. - To dlatego, że szybko dopasowuję się do okoliczności - uważa. W końcu każdy z nich znalazł sobie miejsce w stolarni i zespole. Alex projektuje. Szymon jest królem w stolarni, Sebastian, który lubi precyzję i porządek, zajmuje się organizacją pracy.
W Lasku spędzili dwa lata. Właściwie cały czas siedzieli w robocie. Ale nie musieli do niej chodzić. - W końcu stwierdziliśmy, że ta formuła pracy się wyczerpała W Lasku poznaliśmy się, zżyliśmy ze sobą, ale praca trochę za bardzo nam się rozłaziła - mówi Alex. Zabrali z Lasku nazwę firmy (Lasek Concept), narzędzia i wrócili do Warszawy. - Wynajęliśmy warsztat, przyjeżdżamy na określoną godzinę, łatwiej nam planować zadania. Jesteśmy bliżej klientów, możemy szybciej reagować na ich potrzeby - wyjaśniają decyzję o powrocie. Robią meble na zamówienie. Nie używają gwoździ ani śrubek. - Metal gryzie się z drewnem. Wbijanie gwoździ, wkręcanie śrubek jest zbyt brutalne - tłumaczy Alex. - I bardzo je osłabia - dodaje Szymon. - Kiedy mebel się łamie, to zazwyczaj tam, gdzie miał metalowe elementy. Wygląda dużo lepiej, kiedy wszystkie jego części zazębiają się ze sobą, łączą jak puzzle. Szafkę można zrobić z sześciu desek, ale też z 60. Dębowy barek zrobiliśmy ze 107 części połączonych drewnianymi kołkami i klejem - opowiada Sebastian. - Pojechaliśmy kiedyś do sklepu meblowego. Patrzę, a Szymon leży pod jakąś szafką i analizuje, jak jest złożona - dorzuca Alex.
Jeszcze nigdy nie zrobili dwa razy takiej samej rzeczy. Wciąż pracują nad nowymi rozwiązaniami. Nie chcą być punktem usługowym. - Jakby ktoś chciał zrobić kokpit samolotu w drewnie, to powinien zgłosić się do nas - deklaruje Szymon.
Eksperymenty, ryzyko pozwalają się rozwijać. Ale kiedy dostali zamówienie na komplet grzecznych mebli, nie odmówili. Mimo że trzeba było pójść na kompromisy. - Musimy z czegoś żyć - tłumaczą. - Poza tym to także było wyzwanie. Musieliśmy wykorzystać gotowe elementy: kafle z Turcji, zagłówki od łóżka. Jak coś idzie za szybko, za łatwo, to efekt pracy jest zły. I muszą go poprawiać. Cały proces produkcji mebla jest w ich rękach. - Nie sadzimy drzew, nie mamy własnych tartaków. Ale kupujemy całe kloce z korą i sami je tniemy - opowiadają. - Mamy wpływ na to, jak wygląda każda deska.
Do wykańczania mebli używają wyłącznie naturalnych olejów i wosków, które wnikają w drewno. Nie są toksyczne i jeszcze pięknie pachną. Proces jest dłuższy, trudniejszy, ale drewno wtedy żyje i ma piękne kolory. - Może oddychać, pracować, ładnie się starzeje - wyjaśnia Szymon. Nie porysuje się, nic z niego nie odpryśnie. Ich ulubionym drewnem jest amazakoue: ma piękny kolor i ciekawą strukturę. Jest twarde i ciężkie, a jednocześnie eleganckie. Ostatnio docenili gatunki, które rosną w Polsce: dąb, jesion, akację. Podobają im się: wiąz, klon, cis. - Nie lubimy pracować w drewnie tanim - mówi Szymon.
- Nie dlatego, że jesteśmy snobami. Tanie drewno nie ma tej urody, łatwo się psuje. Z olchy można jeszcze coś zrobić, buk, choć giętki, jest dość mocny, ale już zbyt miękka sosna nie nadaje się do niczego - wyjaśnia Alex.
Inspiruje ich wszystko: żuraw przy studni, buty rosyjskich chasydów, numery 'National Geographic'. A nawet wojskowe urządzenia. Stolik konsola powstał z inspiracji starą piłą. Samo drewno czasami podpowiada, co robić. Tak było ze stołem kuchennym z pęknięciami w blacie. Drewno miało ciekawie łamiące się słoje. - Zastanawialiśmy się, jak je wykorzystać, żeby zrobić z nich zaletę. Wydrążyliśmy pęknięcia naśladujące rysunek słojów - opowiada Alex. Ale nie zawsze to, co Alex wymyśli na papierze, udaje się zrobić. - Bo na przykład olcha tańczy, wygina się - mówi Szymon. - Trzeba się nieźle nagłówkować, żeby ją opanować. Mieli kiedyś pomysł, żeby składać meble z elementów, jak tangram. - Na papierze wyglądało to świetnie - wspomina Alex. - Kiedy zaczęliśmy pracować w drewnie, okazało się, że nie jest to ciekawe, i daliśmy spokój.
Myślą o tym, żeby odejść od schematu mebla opartego na kształcie sześcianu. Ostatnio zainspirowały ich XIX-wieczne sekretarzyki i ich skrytki. Wpadli na pomysł mebli z niespodzianką - jakimś dodatkowym, ukrytym mechanizmem, takim jak szuflada w stole z pęknięciami. Nie ma żadnego uchwytu, wycięcia. Trzeba zgadnąć, jak ją otworzyć. Takie patenty są pracochłonne i drogie. - Chcemy robić meble, które się ceni, o które się dba i dziedziczy z pokolenia na pokolenie - deklarują wszyscy trzej. -Motywuje nas to, że meble mogą zostać po nas. Ale żeby zostały, trzeba się napracować. Nie ma drogi na skróty.