http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Stolarze

Agnieszka Rodowicz
03.12.2009 , aktualizacja: 26.11.2009 16:18
A A A Drukuj
Stolik kawowy z amazakoue poolejowany na czarno z elementem kontrolowanego zniszczenia. - Chcieliśmy zrobić coś odważnego, o wyraźnym charakterze - tłumaczą autorzy Fot. materiały prasowe Stolik kawowy z amazakoue poolejowany na czarno z elementem kontrolowanego zniszczenia. - Chcieliśmy zrobić coś odważnego, o wyraźnym charakterze - tłumaczą autorzy
Mamy swoje upodobania: nie lubimy gałek, rachitycznych nóżek, frezików, toczonych ozdóbek Może to zabrzmi arogancko, ale chcemy poprawiać ideę mebla
Szymon
www.lasekconcept.com
Fot. materiały prasowe
Szymon www.lasekconcept.com
Alex
www.lasekconcept.com
Fot. materiały prasowe
Alex www.lasekconcept.com
Prototyp dębowej ławki dla synagogi Nożyków w Warszawie powstał z inspiracji przedwojennymi ławami z tej świątyni
Fot. materiały prasowe
Prototyp dębowej ławki dla synagogi Nożyków w Warszawie powstał z inspiracji przedwojennymi ławami z tej świątyni
ZOBACZ TAKŻE
Miałem pasjonującą pracę - opowiada Alex, który przez siedem lat pracował jako asystent naczelnego rabina Polski. - Zajmowałem się ochroną starych żydowskich cmentarzy i miejsc zagłady. Ale brakowało mi w tym fizycznego wysiłku. Szymon studiował kulturoznawstwo i jeździł z ojcem budować drewniane domy w USA. - To właściwie drewno mnie znalazło, a nie ja drewno. Mój dziadek był konserwatorem, mama nim jest, ojciec pracuje w drewnie, siostra robi drewnianą biżuterię - wylicza Szymon. Kiedy wrócił z ostatniego wyjazdu do USA, poznał Aleksa. Zaprzyjaźnili się. Po jakimś czasie doszli do wniosku, że chcą razem pracować.



- Wiedziałem, że trzeba wykorzystać umiejętności Szymona - przyznaje Alex. Pojechali do hurtowni drewna i kupili kloc egzotycznego amazakoue. - Było tak piękne, że baliśmy się go dotknąć - wspominają. - Utniemy za dużo, to zniszczymy, nie utniemy, to nic nie powstanie. W końcu zdecydowaliśmy, że trzeba odważnie: rżnąć, piłować, robić huk... Pierwszy mebel zrobili na oko. Rysowali go bezpośrednio na drewnie. - Nie wiedzieliśmy, co chcemy zrobić. Ale było parcie, żeby odczarować drewno z klasycznych kształtów - mówi Alex. Dłubali po pracy, w weekendy, w wynajętym garażu, bez narzędzi. Żeby kroić drewno, jeździli po piłę do innych stolarni. - Konsolę wydłubaliśmy pazurami. Było ciężko, ale czuliśmy się wolni - mówi Alex. Jedno wiedzieli już na pewno: chcą pracować w drewnie. Bo jest ciepłym, organicznym, przyjaznym materiałem. - Chcemy używać wyłącznie litego drewna. Bo ma dużo ciekawych rysunków i faktur. Żyje. Ma swoją wagę, charakter i majestat - twierdzi Alex. - Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś wyrzucił mebel z tarcicy. Taki przedmiot się ceni - dodaje Szymon.



Po konsoli powstał stół z trzech rodzajów drewna: lingue, doussie i iroko. Ponaddwumetrowy mebel wypchnął ich z garażu. Wynajęli więc od ciotki Szymona dom i stodołę w Lasku pod Tarczynem. Alex porzucił pracę w gminie żydowskiej. Szymon, zwierzak miejski, z bólem żegnał Warszawę. - Rzuciliśmy się na głęboką wodę i płyniemy - mówi Alex. Na szczęście drewno nie tonie. Wkrótce dołączył Sebastian. Eksbankowiec, wieloletni przyjaciel Aleksa, przyjeżdżał do nich w odwiedziny. Kiedyś wszedł do stolarni, zaczął pomagać... W Lasku żyli jak w kibucu. Razem mieszkali, jedli, pracowali. Czasami na weekendy rozjeżdżali się do rodzin. - Ponieważ byliśmy wciąż razem, siłą rzeczy najczęściej rozmawialiśmy o pracy - opowiada Szymon. Okazało się, że muszą nie tylko opanować narzędzia i technikę, ale przede wszystkim nauczyć się być ze sobą. - Każdy z nas ma inny charakter. Ja z natury jestem bardzo niecierpliwy - przyznaje Alex. - A w stolarni długo czeka się na efekt. Szymon zna się na ciesielce. - Czasem z trudem przychodziło mi akceptować pomysły Aleksa - mówi. Były tarcia. Najmniejsze problemy miał Sebastian. - To dlatego, że szybko dopasowuję się do okoliczności - uważa. W końcu każdy z nich znalazł sobie miejsce w stolarni i zespole. Alex projektuje. Szymon jest królem w stolarni, Sebastian, który lubi precyzję i porządek, zajmuje się organizacją pracy.



W Lasku spędzili dwa lata. Właściwie cały czas siedzieli w robocie. Ale nie musieli do niej chodzić. - W końcu stwierdziliśmy, że ta formuła pracy się wyczerpała W Lasku poznaliśmy się, zżyliśmy ze sobą, ale praca trochę za bardzo nam się rozłaziła - mówi Alex. Zabrali z Lasku nazwę firmy (Lasek Concept), narzędzia i wrócili do Warszawy. - Wynajęliśmy warsztat, przyjeżdżamy na określoną godzinę, łatwiej nam planować zadania. Jesteśmy bliżej klientów, możemy szybciej reagować na ich potrzeby - wyjaśniają decyzję o powrocie. Robią meble na zamówienie. Nie używają gwoździ ani śrubek. - Metal gryzie się z drewnem. Wbijanie gwoździ, wkręcanie śrubek jest zbyt brutalne - tłumaczy Alex. - I bardzo je osłabia - dodaje Szymon. - Kiedy mebel się łamie, to zazwyczaj tam, gdzie miał metalowe elementy. Wygląda dużo lepiej, kiedy wszystkie jego części zazębiają się ze sobą, łączą jak puzzle. Szafkę można zrobić z sześciu desek, ale też z 60. Dębowy barek zrobiliśmy ze 107 części połączonych drewnianymi kołkami i klejem - opowiada Sebastian. - Pojechaliśmy kiedyś do sklepu meblowego. Patrzę, a Szymon leży pod jakąś szafką i analizuje, jak jest złożona - dorzuca Alex.



Jeszcze nigdy nie zrobili dwa razy takiej samej rzeczy. Wciąż pracują nad nowymi rozwiązaniami. Nie chcą być punktem usługowym. - Jakby ktoś chciał zrobić kokpit samolotu w drewnie, to powinien zgłosić się do nas - deklaruje Szymon.

Eksperymenty, ryzyko pozwalają się rozwijać. Ale kiedy dostali zamówienie na komplet grzecznych mebli, nie odmówili. Mimo że trzeba było pójść na kompromisy. - Musimy z czegoś żyć - tłumaczą. - Poza tym to także było wyzwanie. Musieliśmy wykorzystać gotowe elementy: kafle z Turcji, zagłówki od łóżka. Jak coś idzie za szybko, za łatwo, to efekt pracy jest zły. I muszą go poprawiać. Cały proces produkcji mebla jest w ich rękach. - Nie sadzimy drzew, nie mamy własnych tartaków. Ale kupujemy całe kloce z korą i sami je tniemy - opowiadają. - Mamy wpływ na to, jak wygląda każda deska.

Do wykańczania mebli używają wyłącznie naturalnych olejów i wosków, które wnikają w drewno. Nie są toksyczne i jeszcze pięknie pachną. Proces jest dłuższy, trudniejszy, ale drewno wtedy żyje i ma piękne kolory. - Może oddychać, pracować, ładnie się starzeje - wyjaśnia Szymon. Nie porysuje się, nic z niego nie odpryśnie. Ich ulubionym drewnem jest amazakoue: ma piękny kolor i ciekawą strukturę. Jest twarde i ciężkie, a jednocześnie eleganckie. Ostatnio docenili gatunki, które rosną w Polsce: dąb, jesion, akację. Podobają im się: wiąz, klon, cis. - Nie lubimy pracować w drewnie tanim - mówi Szymon.

- Nie dlatego, że jesteśmy snobami. Tanie drewno nie ma tej urody, łatwo się psuje. Z olchy można jeszcze coś zrobić, buk, choć giętki, jest dość mocny, ale już zbyt miękka sosna nie nadaje się do niczego - wyjaśnia Alex.



Inspiruje ich wszystko: żuraw przy studni, buty rosyjskich chasydów, numery 'National Geographic'. A nawet wojskowe urządzenia. Stolik konsola powstał z inspiracji starą piłą. Samo drewno czasami podpowiada, co robić. Tak było ze stołem kuchennym z pęknięciami w blacie. Drewno miało ciekawie łamiące się słoje. - Zastanawialiśmy się, jak je wykorzystać, żeby zrobić z nich zaletę. Wydrążyliśmy pęknięcia naśladujące rysunek słojów - opowiada Alex. Ale nie zawsze to, co Alex wymyśli na papierze, udaje się zrobić. - Bo na przykład olcha tańczy, wygina się - mówi Szymon. - Trzeba się nieźle nagłówkować, żeby ją opanować. Mieli kiedyś pomysł, żeby składać meble z elementów, jak tangram. - Na papierze wyglądało to świetnie - wspomina Alex. - Kiedy zaczęliśmy pracować w drewnie, okazało się, że nie jest to ciekawe, i daliśmy spokój.



Myślą o tym, żeby odejść od schematu mebla opartego na kształcie sześcianu. Ostatnio zainspirowały ich XIX-wieczne sekretarzyki i ich skrytki. Wpadli na pomysł mebli z niespodzianką - jakimś dodatkowym, ukrytym mechanizmem, takim jak szuflada w stole z pęknięciami. Nie ma żadnego uchwytu, wycięcia. Trzeba zgadnąć, jak ją otworzyć. Takie patenty są pracochłonne i drogie. - Chcemy robić meble, które się ceni, o które się dba i dziedziczy z pokolenia na pokolenie - deklarują wszyscy trzej. -Motywuje nas to, że meble mogą zostać po nas. Ale żeby zostały, trzeba się napracować. Nie ma drogi na skróty.



Podziel się