Nazywa się Jo Hedwig Teeuwisse. A właściwie Miss Jo Hedwig Teeuwisse. Ma 36 lat, mieszka w Amsterdamie i jest starą panną. Tak właśnie - starą panną, a nie singielką. Miss Jo nie lubi tych wszystkich współczesnych określeń: 'life style', 'show', 'trendy'. Razi ją, kiedy ktoś na ulicy potrąci ją, mówiąc 'sorry'; to, że co druga osoba używa 'OK.' zamiast przecinków albo, co gorsza, porozumiewa się za pomocą wulgaryzmów. Irytuje ją, że w sklepie zamiast uprzejmego subiekta wita ją ochroniarz z nadętą miną. W ogóle współczesność ją drażni. Ten wszechobecny pęd za pieniądzem, panosząca się konsumpcja, niezrozumiały wyścig szczurów. A najbardziej to, że nikt nigdy na nic nie ma czasu - a już zwłaszcza dla drugiego człowieka. Ale co robić? W takich czasach się urodziła. Tu, w Holandii XXI wieku, przyszło jej żyć. Jednak Miss Jo Hedwig Teeuwisse duchem jest zupełnie gdzie indziej - w ubiegłym wieku, w Amsterdamie lat 40. I od lat z niezwykłą drobiazgowością stara się tę przepaść, która dzieli ją od tamtej epoki, jakoś zasypać. Robi to radykalnie i konsekwentnie. Nie uznaje półśrodków.
Zacznijmy od bielizny. Miss Jo nosi tylko oryginalne majtki i pończochy sprzed wojny (ma to szczęście, że mieszka w Holandii, gdzie wiele rzeczy przetrwało). Przyznaje, że zabrało jej trochę czasu, by nauczyć się w nich chodzić (są nieco szorstkie, czasem uciskają), ale za nic nie zamieniłaby ich na jakieś stringi albo zwykłe rajstopy. Wszystko inne też oczywiście jest z epoki: spódnice, bluzki, kamizelki, płaszcze, kapelusze i druciane oprawki. Znajduje je zwykle na targach staroci, czasem przez ogłoszenie w gazecie, czasem przez znajomych.
A teraz przejdźmy do domu. To stara kamienica z 1914 roku w centrum miasta. W środku - wnętrza jak z planu filmowego z 1943 roku. - Zależało mi na jak najwierniejszym odtworzeniu mieszkania z tamtych czasów - przyznaje Miss Jo.
Pomińmy takie oczywistości jak patefon, stary odbiornik radiowy zamiast telewizora, maszynę do pisania w gabinecie, kuchenkę gazową z 1930 r. oraz oryginalne meble z tzw. szkoły amsterdamskiej - bardzo popularne w latach 30-40.
Jasne jest, że na kominku stoją archiwalne zdjęcia, są też stary zegar i telefon, z którego Miss Jo nie udaje się załatwić żadnej urzędowej sprawy, bo wszędzie proszą ją, żeby wybrała numer tonowo. Najważniejsze są szczegóły.
Proszę pamiętać, że to nie muzeum - tu wszystko ma swoje zastosowanie. W łazience stoi oryginalne mydło do prania z czasów drugiej wojny światowej. Miss Jo pierze rzecz jasna tylko ręcznie (nie ma pralki, zmywarki, mikrofalówki ani czajnika bezprzewodowego). Są również oryginalne opakowania po lekarstwach i kosmetykach: buteleczki, pudełka - całe mnóstwo. Ale proszę się nie obawiać! Miss Jo jest rozsądna, nie stosuje kremów sprzed wieku. Te, które kupuje, przekłada tylko do starych słoików. Chociaż już szczotka do włosów, nożyczki do paznokci czy lniane ręczniki mają koło osiemdziesiątki.
Nie, Miss Jo nie jada również konserw sprzed wieku (chociaż może to tak wyglądać, bo wszystko, co kupi, natychmiast zmienia opakowanie), ale gotuje tylko 'w emalii', gości przyjmuje 'na porcelanie' i kiedy tylko może, korzysta ze starych przepisów, chociaż nie tak często, jak by chciała. Czekolady u niej nie uświadczysz. To przecież czas wojny i kartek żywnościowych!
W przedpokoju jest za to maska przeciwgazowa (na wszelki wypadek), hełm, rolety do zaciemniania okien w razie nalotu i w pełni wyposażona apteczka. W sypialni - proste łóżko robione na zamówienie. Żadnej satyny, pikowanych kołder - tylko dwa zwykłe koce i prześcieradła. W salonie leżą gazety i pisma dla kobiet z lat 30., jest stara papeteria i wieczne pióro oraz oryginalny odbiornik z 1934 r. z wmontowanymi... trzema iPodami, które nadają audycje starych rozgłośni radiowych 24 godziny na dobę.
A teraz zdradźmy, kim jest Miss Jo Hedwig Teeuwisse, poza tym że czuje przynależność do innej epoki.
'Konsultantka historyczna' - tak się przedstawia. Skończyła szkołę filmową, a potem próbowała sił jako reżyserka i pisarka (jak twierdzi, nie były to debiuty warte uwagi). Kilka lat temu, po nakręceniu krótkiego dokumentu z czasów drugiej wojny światowej, Discovery Channel zwrócił się do niej z prośbą o zrobienie scenografii do jednego z seriali. Tak pojawił się pomysł na własną firmę. Od kilku lat Miss Jo prowadzi w Amsterdamie 'biuro konsultacyjne', w którym zatrudnia kilkunastu profesjonalistów z rozmaitych dziedzin (mody, filmu, designu, sztuki), którzy specjalizują się w historii pierwszej połowy ubiegłego wieku. Z usług biura korzystają przede wszystkim scenografowie, reżyserzy, pisarze, ekipy telewizyjne, szkoły i muzea, ale również osoby prywatne. Pracownicy biura biorą także udział w projektach tzw. historii na żywo ('Living History') - wcielają się w określone role i na lekcjach szkolnych, muzealnych bądź podczas okolicznościowych obchodów odtwarzają sceny z życia codziennego w latach 30. i 40. Po pracy Miss Jo nadal nie opuszcza swojej ulubionej epoki. Wieczorami prowadzi Club Interbellum - świetlicę dla ludzi, którzy tak jak ona zakochani są w tamtych czasach. W klubie organizują sobie potańcówki, wspólnie oglądają filmy albo spotykają się u niej w domu, by posłuchać radia przy lampce sherry i pograć w stare gry planszowe.
Tego najbardziej brakuje jej we współczesnym świecie - społeczności, bycia z ludźmi na co dzień, nie tylko od święta. - Kiedyś sąsiedzi utrzymywali ze sobą stosunki towarzyskie, byli dla siebie życzliwi, pożyczali sobie różne rzeczy. W lokalnych sklepikach można było zrobić zakupy na kredyt. Nikt nie zamykał drzwi wejściowych na klucz - mówi z nostalgią Miss Jo. - Dzisiaj ludzie często nie mają pojęcia, koło kogo mieszkają. Zamiast małych sklepików ze znajomym właścicielem są bezosobowe supermarkety. Ludzie otaczają się gadżetami i zamykają się w domach. Wolą siedzieć przed telewizorem albo komputerem, zamiast spotkać się z przyjaciółmi.
Pytam, jak udaje jej się pogodzić takie poglądy z tym, że sama jest niezwykle aktywna w internecie. Ma swój profil na YouTube, gdzie zamieszcza fragmenty programów, w których wystąpiła, archiwalne kroniki i filmiki instruktażowe własnego autorstwa, np. z zaciemniania okien podczas nalotu. W portalu Second Life odtworzyła Berlin z lat 20. razem z hotelem, kinem, klubem nocnym, ulicami i jego mieszkańcami. W portalu Flickr, gdzie ludzie udostępniają swoje zdjęcia, jest moderatorką kilkunastu grup. Odpowiada bez cienia zażenowania: - Kocham internet i go nienawidzę. Traktuję go tylko i wyłącznie jako narzędzie. Dzięki niemu mam dostęp do tych wszystkich fantastycznych archiwalnych materiałów - nagrań, filmów, zdjęć. Ale też do podobnych do mnie ludzi.
A iPody ukryte w radioodbiorniku?
- iPody nie są takie złe, chyba że ktoś głośno publicznie słucha muzyki. Ale one też mogą być nośnikami historii.
- Jak to? - dopytuję.
Miss Jo opowiada mi w skrócie historię o człowieku, który zgłosił się do jej biura z pewną prośbą. Jego umierający, chory na alzheimera ojciec wciąż opowiadał o jakimś ulubionym programie radiowym, którego słuchał w czasie wojny. Ekipa Miss Jo znalazła archiwalne nagrania. Dzięki iPodowi ojciec i syn mogli posłuchać ich razem po raz ostatni. - Takie wzruszające historie spotykają mnie niemal codziennie - dodaje Miss Jo. - Ci wszyscy starzy ludzie, z którymi mam do czynienia, nadają mojej pracy sens: weterani wojenni, staruszki, które tamte czasy pamiętają z perspektywy małej dziewczynki. To sprawia, że mam dystans do swoich własnych problemów - doceniam to, ile mamy swobody, wygód, ile zaoszczędzonych lęków. Mam przez to więcej szacunku do starszych ludzi, do przedmiotów również. Zamiast je wyrzucać, trzeba ocalić od zapomnienia.