Chodzicie czasem do restauracji?
Bogdan: Na wakacjach.
Dorota: Do takiej małej restauracyjki w Plakias na południu Krety. Jak się do niej wchodzi, od razu wiadomo, czy właściciel ma dobry, czy zły humor. Krąży po swoim lokalu, pali fajkę i rozmawia z gośćmi.
O czym?
B: O kelnerce, która go wkurza, o jedzeniu albo o tym, że właśnie pokłócił się z żoną. Jeździmy tam trochę dla niego.
D: Lubimy chodzić do knajp, mamy swoje ulubione w Warszawie, ale ta na Krecie jest wyjątkowa. Nie ma tam tłumów, mamy pod nosem piaszczystą plażę i dobre jedzenie.
Co tam można zjeść?
B: Na przykład najlepszy w Grecji ser feta z Selli albo small fish, czyli sardynki obtoczone w mące, smażone na głębokim tłuszczu.
D: Nawet wódka tam smakuje. Nasz syn, choć w domu dostaje różne smaczne potrawy, raz powiedział, jak tam jechaliśmy: "Wreszcie zjemy coś dobrego!".
Kto mu na co dzień gotuje?
D: W domu gotujemy oboje, ale Bogdan chyba z większą fantazją. Kiedy robi mu śniadanie do szkoły, zawsze wkłada do kanapki coś ładnego. Kawałek śmiesznie wyrzeźbionej rzodkiewki, jakiś listek czymalinę.
B: W studiu gotuje Dorota, ja fotografuję.
Gdzie nauczyła się pani gotować?
D: W takiej chałupie nad Narwią, gdzie przyjeżdżali ludzie lubiący hipisowskie klimaty. W kuchni zbierało się osiem-dziesięć kobiet i gotowałyśmy dla 30 osób. Na kuchni węglowej. Robiłyśmy przepyszne pasty z sera białego i ryb, sałatki makaronowe z groszkiem, z porami z przydomowego ogródka. Piekłyśmy chleb, robiłyśmy przetwory - dżemy z kwiatu czarnego bzu albo płatków róży. Od jednej z dziewczyn, która wyjeżdżała do Włoch i przywoziła stamtąd skrzynki różnych produktów, nauczyłam się gotować po włosku. Od kogoś, kto kończył ogrodnictwo, dowiedziałam się, jak można wykorzystywać w kuchni mlecz, szczaw, jak zrobić zupę ze stokrotkami albo sałatkę z bluszczykiem kurdybankiem. Chodziło o to, by jedzenie było zdrowe, smaczne i przy tym fajnie wyglądało. To był dom, w którym na stałe mieszkało kilka osób, pozostali przebywali czasowo.
Jak pani się tam znalazła?
D: Kiedyś w Warszawie poszłam na zajęcia z relaksacji i dowiedziałam się o domu w lesie, gdzie można?się nauczyć różnych metod wizualizacji i masażu.?Postanowiłam tam pojechać. Do tego miejsca przyjeżdżało wielu ciekawych ludzi. Ktoś dawał wykłady dotyczące jogi, fizyki, ekologii, rozwoju człowieka, jedzenia. Pojechałam tam popracować nad sobą, bo nie umiałam się odnaleźć w pracy w korporacji.
Na początku lat 90. trafiłam do dużej firmy. Praca od rana do wieczora na wysokich obrotach. Konkurencja straszna. Wyścig szczurów. Musiałam odpocząć. W tej chałupie nad Narwią po raz pierwszy poznałam smak pracy z kobietami, który nie opiera się na konkurencji. Takiej, która polega na tym, że ktoś komuś pomaga i uczy go w życzliwy sposób. Były tam kobiety w różnym wieku - od nastolatek po 60-latki.
Jadało się razem?
D: Tak, zbieraliśmy się przy stole i rozmawialiśmy. Obiad i kolacja były celebrowane. Taka była zasada. Cieszyliśmy się, że możemy razem usiąść przy stole, wspólnie zjeść to, co przygotowaliśmy, i porozmawiać. Zupełne przeciwieństwo korporacji, gdzie jak się idzie z kimś na lunch, to jest w tym jakiś cel, by przy okazji coś załatwić. W chałupie było prawdziwie. To było dla mnie coś wyjątkowego także dlatego, że u mnie w domu zawsze jadało się szybko. Musiałam obrać ziemniaki i szybko przysmażyć mięso, bo mama wracała z pracy, i zaraz potem rozchodziliśmy się do innych domowych obowiązków. Rodzice po pracy wychodzili do kolejnej pracy. Marzyłam zawsze, żeby usiąść przy stole i zjeść spokojnie. Porozmawiać o tym, co się u kogo wydarzyło. W chałupie to moje pragnienie się ziściło. Mieszkałam tam dwa lata.