http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Historie kuchenne

Anna Kamińska
11.08.2009 , aktualizacja: 06.08.2009 13:37
A A A Drukuj
Koleżanka zapytała, co jedliśmy na obiad. Odpowiedzieliśmy, że przepiórki. Powiedziała, że nie zaprosi nas do siebie, bo co ona nam poda - chleb z masłem?
<b>Dorota Biela-Biały 
i Bogdan Biały </b>
- od 12 lat gotują i fotografują dania według autorskich przepisów w swoim przydomowym studiu. Pracują dla redakcji gazet. Dorota prowadzi także warsztaty psychologiczne z cyklu 'Gotowanie z procesem, czyli spotkanie ze sobą przy garach'. 
Ich praca to połączenie wspólnych pasji: fotografii, psychologii, poznawania kultur kulinarnych. Mieszkają w lesie na terenie 
byłej Puszczy Jaktorowskiej koło Grodziska Mazowieckiego 
pod Warszawą. Rodzice sześcioletniego Kuby i rocznego Franka
Fot. Sławomir Kamiński
Dorota Biela-Biały i Bogdan Biały - od 12 lat gotują i fotografują dania według autorskich przepisów w swoim przydomowym studiu. Pracują dla redakcji gazet. Dorota prowadzi także warsztaty psychologiczne z cyklu 'Gotowanie z procesem, czyli spotkanie ze sobą przy garach'. Ich praca to połączenie wspólnych pasji: fotografii, psychologii, poznawania kultur kulinarnych. Mieszkają w lesie na terenie byłej Puszczy Jaktorowskiej koło Grodziska Mazowieckiego pod Warszawą. Rodzice sześcioletniego Kuby i rocznego Franka
ZOBACZ TAKŻE
Chodzicie czasem do restauracji?

Bogdan: Na wakacjach.

Dorota: Do takiej małej restauracyjki w Plakias na południu Krety. Jak się do niej wchodzi, od razu wiadomo, czy właściciel ma dobry, czy zły humor. Krąży po swoim lokalu, pali fajkę i rozmawia z gośćmi.

O czym?

B: O kelnerce, która go wkurza, o jedzeniu albo o tym, że właśnie pokłócił się z żoną. Jeździmy tam trochę dla niego.

D: Lubimy chodzić do knajp, mamy swoje ulubione w Warszawie, ale ta na Krecie jest wyjątkowa. Nie ma tam tłumów, mamy pod nosem piaszczystą plażę i dobre jedzenie.

Co tam można zjeść?

B: Na przykład najlepszy w Grecji ser feta z Selli albo small fish, czyli sardynki obtoczone w mące, smażone na głębokim tłuszczu.

D: Nawet wódka tam smakuje. Nasz syn, choć w domu dostaje różne smaczne potrawy, raz powiedział, jak tam jechaliśmy: "Wreszcie zjemy coś dobrego!".

Kto mu na co dzień gotuje?

D: W domu gotujemy oboje, ale Bogdan chyba z większą fantazją. Kiedy robi mu śniadanie do szkoły, zawsze wkłada do kanapki coś ładnego. Kawałek śmiesznie wyrzeźbionej rzodkiewki, jakiś listek czymalinę.

B: W studiu gotuje Dorota, ja fotografuję.

Gdzie nauczyła się pani gotować?

D: W takiej chałupie nad Narwią, gdzie przyjeżdżali ludzie lubiący hipisowskie klimaty. W kuchni zbierało się osiem-dziesięć kobiet i gotowałyśmy dla 30 osób. Na kuchni węglowej. Robiłyśmy przepyszne pasty z sera białego i ryb, sałatki makaronowe z groszkiem, z porami z przydomowego ogródka. Piekłyśmy chleb, robiłyśmy przetwory - dżemy z kwiatu czarnego bzu albo płatków róży. Od jednej z dziewczyn, która wyjeżdżała do Włoch i przywoziła stamtąd skrzynki różnych produktów, nauczyłam się gotować po włosku. Od kogoś, kto kończył ogrodnictwo, dowiedziałam się, jak można wykorzystywać w kuchni mlecz, szczaw, jak zrobić zupę ze stokrotkami albo sałatkę z bluszczykiem kurdybankiem. Chodziło o to, by jedzenie było zdrowe, smaczne i przy tym fajnie wyglądało. To był dom, w którym na stałe mieszkało kilka osób, pozostali przebywali czasowo.

Jak pani się tam znalazła?

D: Kiedyś w Warszawie poszłam na zajęcia z relaksacji i dowiedziałam się o domu w lesie, gdzie można?się nauczyć różnych metod wizualizacji i masażu.?Postanowiłam tam pojechać. Do tego miejsca przyjeżdżało wielu ciekawych ludzi. Ktoś dawał wykłady dotyczące jogi, fizyki, ekologii, rozwoju człowieka, jedzenia. Pojechałam tam popracować nad sobą, bo nie umiałam się odnaleźć w pracy w korporacji.

Na początku lat 90. trafiłam do dużej firmy. Praca od rana do wieczora na wysokich obrotach. Konkurencja straszna. Wyścig szczurów. Musiałam odpocząć. W tej chałupie nad Narwią po raz pierwszy poznałam smak pracy z kobietami, który nie opiera się na konkurencji. Takiej, która polega na tym, że ktoś komuś pomaga i uczy go w życzliwy sposób. Były tam kobiety w różnym wieku - od nastolatek po 60-latki.

Jadało się razem?

D: Tak, zbieraliśmy się przy stole i rozmawialiśmy. Obiad i kolacja były celebrowane. Taka była zasada. Cieszyliśmy się, że możemy razem usiąść przy stole, wspólnie zjeść to, co przygotowaliśmy, i porozmawiać. Zupełne przeciwieństwo korporacji, gdzie jak się idzie z kimś na lunch, to jest w tym jakiś cel, by przy okazji coś załatwić. W chałupie było prawdziwie. To było dla mnie coś wyjątkowego także dlatego, że u mnie w domu zawsze jadało się szybko. Musiałam obrać ziemniaki i szybko przysmażyć mięso, bo mama wracała z pracy, i zaraz potem rozchodziliśmy się do innych domowych obowiązków. Rodzice po pracy wychodzili do kolejnej pracy. Marzyłam zawsze, żeby usiąść przy stole i zjeść spokojnie. Porozmawiać o tym, co się u kogo wydarzyło. W chałupie to moje pragnienie się ziściło. Mieszkałam tam dwa lata.

Podziel się