Stockholm Design Week to nie jest najważniejsza impreza designerska w Europie. Lokalna, nieduża, ale obydwie te wady w tym wypadku stały się zaletami. Mała impreza oznacza trzy hale targowe. W sam raz na jeden dzień. Lokalność, a więc odrębność, zwłaszcza w czasach kiedy wszędzie oglądamy mniej więcej to samo, jest cenna. Globalnych, wszędzie obecnych marek w Sztokholmie nie było prawie wcale. Były szwedzkie, duńskie, norweskie, fińskie. Inne też, ale inne niż wszędzie. Tacy byli też celebryci. Wschodzące szwedzkie gwiazdy lub międzynarodowe, ale niezużyte autorytety.
Jednym z zaproszonych gości był Jens Fager, Szwed. Ledwo skończył studia projektowe, zdążył już zaistnieć na najważniejszej imprezie w świecie designu w Mediolanie, zostać gościem honorowym targów meblowych w Belgii, wdrożyć kilka projektów, wygrać kilka nagród. W Sztokholmie powierzono mu zaprojektowanie pokoju dla dziennikarzy. Przestrzeń, którą stworzył, była po skandynawsku prosta. Nad zbitymi z desek, pomalowanymi na żółto, błękitno i biało (kwintesencja północnego myślenia) stolikami i ławkami (nowy projekt dla Swedese) wisiały zwykłe oprawki. Tyle że w każdą wkręcono inną żarówkę. Różne kształty, stopnie przejrzystości, temperatury światła. W czarnej przestrzeni efekt zaskakujący. Mimo czerni - pogodny. Mimo skandynawskości - 'w trendzie'.
Jens Farg wrócił do punktu wyjścia - to tu zadebiutował jako student w przestrzeni Greenhouse, którą co roku targi oddają szkołom projektowania i niezależnym projektantom. To najciekawsza i najbardziej inspirująca część imprezy. Targowisko kreatywności. W samodzielnie zaaranżowanej przestrzeni młodzi projektanci, zazwyczaj studenci trzeciego roku prezentują swoje prace semestralne. Niemal każda prezentacja jest osobnym konceptem wystawowym. Bo młodzi projektanci, a może ich promotorzy, myślą kompleksowo. Nie tylko o przedmiocie, lecz także o jego ekspozycji, oprawie graficznej, wzajemnym oddziaływaniu. Duńska firma Hay z głównej części targów wyławia młodych zdolnych i wdraża ich projekty do produkcji. Dla wielu jest to początek poważnej kariery. Wśród odkryć Hay jest Dunka Louise Campbell i Polak Oskar Zięta. Kto szuka młodych zdolnych, niech śledzi Hay, większość nowych odkryć firmy to ci, o których wkrótce będzie głośno.
Równie ciekawi byli freelancerzy, młodzi niezależni, którzy nie dali się złapać na lep wielkich koncernów, albo też nie byli łapani i nie popadli z tego powodu w depresję. Fantastyczne prototypy mebli prostych i jakoś jednak zaskakujących zaprezentował Daniel Herdner z braterskiej (złożonej z trzech braci Herdner) grupy projektowej Imaginary Office. Wyplatana grubą gąbkową nicią sofa na szkielecie z rurek i lampa z proszkowo malowanej stali są na pierwszy rzut oka oczywiste, przy kolejnym spojrzeniu oryginalne. Na tym właśnie polega cała unikalna sztuka i urok północnego projektowania. Niby w kółko to samo, a jednak ciągle od nowa.
Młoda Szwajcarka kryjąca się pod nazwą Nicola from Bern zaproponowała system wieszaków na płaszcze i kapelusze. Jak zbiór patyczaków, kolorowych, nieregularnych, zabawnych, można powiedzieć - antyestetycznych, bo nie sposób poznać ich zasady kompozycyjnej. Estońska projektantka Monika Järg zaprezentowała haftowane podłogi. Czyli zwykłe stare deski pokryte subtelnym wzorem uzyskanym przez przewlekanie czarnego i białego sznurka przez nawiercone w deskach otwory. Dekoracyjne, świeże. Innym rozwiązaniem podłogowym była propozycja studia Apocalypse, które odzyskuje zużyte materiały. Na przykład opony. Pocięte na kawałki i sprasowane posłużyły jako tworzywo do klepki parkietowej. Lekkiej, odpornej, ładnej. Apocalipse proponuje też mydła w trójkątnych pudełkach. Sekret polega na tym, że mydło powstaje z utylizowanego oleju z budek z falafelami. Trudno sobie wyobrazić metamorfozę starego tłuszczu w coś miłego i pachnącego zdecydowanie przyjemnie. A jednak jest to możliwe i dzieje się na oczach publiczności.
Pojawiają się też na targach w Sztokholmie firmy, które choć nie rewolucjonizują rynku, są wartością stałą. Należy do nich fińskie Marimekko. Nigdy już nie powtórzyło sukcesu genialnych projektów Maiji Isoli z lat 50., lecz nigdy też nie spuściło z tonu. Z sezonu na sezon nowe propozycje firmy są świeże i radosne, a co najważniejsze, wciąż cały świat patrzy na nich, oni nie muszą oglądać się na nikogo. W tym roku Marimekko wzięło na warsztat bajki dla dzieci i podania ludowe. Jak zwykle mocny kolor, mocny wzór bez sentymentów, potraktowany rzeczowo, graficznie, dekoracyjnie, bez zbędnej fabuły, choć temat przecież fabularny. Secto i Light Years, które z sukcesem debiutowały dwa lata temu pięknymi lampami Secto, Octo i Victo (Secto) oraz Caravaggio (Light Years), wypuściły w tym roku wersje stojące tych projektów. Już po dwóch latach widać, że te lampy wejdą do kanonu wzornictwa w tym rejonie świata. Z kolei Kinnarps, potentat mebli biurowych, który wchłania kolejnych producentów tej branży w regionie (ostatnio Skandiform i Materia), zaciera granice między sferą pracy a sferą życia prywatnego. Zaprojektowane przez Alexandra Lervika meble wypoczynkowe Jeffersson i plastikowe podobne do zakonnych kornetów siedziska Dune Jonasa Lyndby'ego Jensena (oba dla Skandiform) mogłyby się znaleźć nie tylko w eleganckim biurze, ale także w domu.
Jedynym odczuwalnym symptomem kryzysu była nieobecność małych rodzinnych i przyjacielskich biznesów, zwłaszcza tekstylnych. W poprzednich latach to był jeden z bardzo przyjemnych i optymistycznych aspektów targów. Kilka, kilkanaście stoisk, na każdym kilka, kilkanaście wzorów tkanin. Małe przedsiębiorstwa zazwyczaj prowadzone przez kobiety. Dwie projektantki, trzecia bizneswoman. Same projektują, dystrybuują, produkują, koniecznie w swoim kraju. Dbają o ekologię i o własny rynek. W tym roku nie przyjechały na targi, lecz działają. Mam nadzieję, że przetrwają trudny czas.