Charlotte Perriand na szezlongu No. B306 podczas sesji zdjęciowej promującej serię mebli ze stalowych rurek, 1928 r.
Rok 1927 był dla niej przełomowy - nikomu nieznana absolwentka l'École de l'Union Centrale des Arts Décoratifs nagle znalazła się w świetle reflektorów. Pomna słów swoich profesorów Maurice'a Dufresne'a i Henriego Rapina: 'Wystawiaj, żeby zaistnieć', Charlotte Perriand pokazała na Salonie Jesiennym projekt 'Bar na poddaszu', który zrealizowała we własnym mieszkaniu.
ZOBACZ TAKŻE
- Zemsta na mistrzach designu (28-12-08, 11:00)
- Plisowana dama (10-12-09, 01:00)
- Zakop szminkę, a zakwitnie (20-07-09, 01:00)
- E-1027. Dom na półce (05-07-09, 01:00)
- Wybuchająca dłoń (22-10-07, 11:00)
- Tamara Łempicka (03-01-03, 10:00)
Tradycyjny stół zastąpiła wąskim kontuarem ze stali. Była jednym z pierwszych projektantów, którzy czerpali z 'wieku maszyny'; chciała stosować metal i szkło jak w samochodach czy rowerach, dbała o czyste linie i użyteczność przedmiotu. W krótkiej sukience, z fryzurą a`la Josephine Baker wyglądała jak dziecko epoki. Z tanich chromowanych miedzianych kulek zrobiła sobie naszyjnik, który stał się jej znakiem rozpoznawczym. 'Nazwałam go kulkowym łożyskiem - to był symbol mojej przynależności do epoki - wspominała. - Byłam naznaczona - dzieciaki na ulicy wytykały mnie palcami'. Zafascynowana techniką chodziła na Champs-Élysées oglądać drogie samochody. Kupiła nawet reflektor samochodowy, którym oświetliła jadalnię. Właśnie w takim wnętrzu chciała żyć 24-letnia dziewczyna, świeżo upieczona mężatka, która nad mieszczańskie wartości przedkładała wolność i sztukę: egzotyczne podróże, górskie wędrówki, eksperymentalne filmy Cocteau i muzykę Louisa Armstronga. W swoim barze na poddaszu mogła bez skrępowania tańczyć z przyjaciółmi charlestona. Projekt spodobał się publiczności i krytykom. 'Z dnia na dzień stałam się sławna - wspominała po latach. - Dziennikarze pisali, że jestem najmłodsza, najładniejsza, najlepsza'. Właśnie wtedy utknęła w martwym punkcie - nie wiedziała, co dalej robić, zafascynowana swoją wizją nowoczesności nie podjęła pracy w żadnej szacownej wytwórni mebli. Planowała nawet wyjazd na studia rolnicze do Grignion i uprawę ziemi. 'Zwariowałaś' - skwitował pomysł znajomy Jean Fouquet, sławny projektant biżuterii, i dał jej do przeczytania dwie książki Le Corbusiera 'Ku architekturze' i 'Sztuka dekoracji dzisiaj'.
'Wstawaj, Charlotte! Zabieraj się do pracy. Praca to wolność' - powtarzała jej matka. Perriand mówiła, że dzięki niej miała zawsze silne poczucie niezależności i wiary we własne siły.
Wychowała się w Paryżu, ale pierwsze trzy lata dzieciństwa spędziła na burgundzkiej wsi, w rodzinnych stronach matki (ur. 1903 r.). Jej ojciec pochodził z górzystego regionu Savoie. Miłość do przyrody Charlotte miała we krwi; przy każdej okazji będzie wracać na wieś. Oboje rodzice byli krawcami, pracowali dla wielkich domów mody. Charlotte wspominała, że z resztek eleganckich materiałów mama szyła ubranka dla jej lalek, ale ona nie lubiła bawić się lalkami - ściągała im sukienki, odklejała włosy. Była ciekawa, co jest pod spodem, jaka jest konstrukcja przedmiotu. Kiedy miała dziesięć lat, operowano jej wyrostek robaczkowy. Szpital ją zachwycił, pokochała jasne, puste sale, umeblowane skromnie i celowe. Po powrocie do zagraconego mieszkania pełnego bibelotów rozpłakała się. 'Wtedy po raz pierwszy odkryłam siłę oddziaływania pustki' - wspominała. Będzie ją zgłębiać jako dorosła projektantka. 'Mniej znaczy więcej' - powtarzała zawsze. W 1925 roku w ramach szkolnego wyróżnienia jej projekty znalazły się na paryskiej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej. Pod koniec zwiedzania wystawy trafiła do pawilonu l'Esprit Nouveau Le Corbusiera i Pierre'a Jeannereta. 'Byłam zdziwiona, ale nie zdumiona' - mówiła o pierwszym zetknięciu z dziełami papieża nowoczesności. Trzy lata wcześniej na pytanie profesora Rapina, czym chciałaby się zajmować, odpowiedziała: architekturą. Ale architektura była zajęciem dla mężczyzn, kobiecie ewentualnie pozostawało jej wyposażanie. Na szczęście pokoleniu projektantek modernizmu udaje się dowieść, że design w kobiecym wydaniu to coś więcej niż 'dekorowanie kątów swojego domu'.
Biuro na rue de S`evres 35 wydało jej się zimne, a powitanie Le Corbusiera lodowate. - Czego chcesz? - zapytał na widok dziewczyny o wyglądzie nastolatki. - Pracować z panem - położyła przed nim tekę z rysunkami. Niedbale je przerzucił. - My tu nie wyszywamy poduszek - skwitował i pokazał drzwi. Zdążyła jeszcze zostawić swój adres i powiedzieć, że wystawia na Salonie Jesiennym. Była załamana. Ale już następnego dnia Jean Fouquet rozpromienił się na jej widok: 'Le Corbusier i Pierre Jeanneret byli rano przy twoim stoisku. Będziesz z nimi pracować'. W swojej autobiografii 'The Life of Creation' Perriand napisała, że właśnie wtedy poczuła się tak, jakby w gęstym lesie bez mapy znalazła drogę. Dziesięć lat w pracowni na rue de S`evres to był intensywny okres zdobywania doświadczenia, refleksji i dobrej zabawy - czas licznych wyjazdów, wystaw, warsztatów i kongresów architektonicznych. Le Corbusier i jego kuzyn architekt Pierre Jeanneret założyli spółkę projektową w 1922 roku. Występowali przeciwko estetyce 'szalonych lat' z jej zbędną dekoracyjnością. Stwierdzenie Le Corbusiera: 'Dom jest maszyną do mieszkania' stanowi podstawę jego ideologii. Do pracowni na rue de S`evres, swoistej wieży Babel, zjeżdżali młodzi ludzie z całego świata, którzy tak jak Perriand chcieli pracować z Corbu: Junzo Sakakura, Ernest Weissmann, Alfred Roth, Kunio Maekawa, Norman Rice, José Luis Sert. Wszyscy byli idealistami, robili projekty, które miały udoskonalić byt jednostki. 'Przeznaczenie widziałam w postępie' - pisała Charlotte. Wspominała dnie i noce spędzone nad projektami, w które wierzyli, a które często ostatecznie trafiały do szuflady. Po nieprzespanej nocy reanimowali się kawą na tarasie kawiarni w hotelu Lutetia i wracali do pracy. 'Corbu mawiał, że jesteśmy małą rodziną - wspominała Perriand - ale to Pierre był dla nas jak brat. Stanowił pomost między Corbu a resztą zespołu'. Z Pierre'em Jeanneretem była przez długie lata w przyjacielsko-miłosnym związku. W swojej autobiografii pisze o tym bardzo dyskretnie, wspominając o wspólnych wyjazdach i wzajemnym przywiązaniu, ale wśród zamieszczonych w książce fotografii nie ma żadnego zdjęcia ani jej pierwszego, ani drugiego męża, za to jest bardzo dużo Jeannereta. Corbu powierzał jej urządzanie wnętrz, dobór materiałów i kolorystyki, projektowanie mebli. Wnętrza były różne - od luksusowych willi po schronisko dla Armii Zbawienia. W biurze wspólnie z Pierre'em własnoręcznie budowali modele prototypów foteli, stołów, krzeseł. Charlotte była niskiego wzrostu - miała tylko 162 cm, Jeanneret też był niewysoki. Śmiała się, że z tego powodu proporcje mebli były zawsze złe. Le Corbusier pilnował ich i poprawiał.
Na zdjęciu z 1928 roku Charlotte Perriand leży na szezlongu swojego projektu. Nie patrzy w obiektyw, głowę odwróciła do ściany. Upozowała się tak, żeby podkreślić wygodę fotela, pokazać jego funkcję, a nie siebie. Nie protestowała także, gdy rok później firma Thonet rozpoczęła produkcję szezlonga pod nazwiskami trójki projektantów Le Corbusier - Jeanneret - Perriand. Uznała, że indywidualne autorstwo jest mniej ważne niż postrzeganie przedmiotu jako wspólnej wizji nowoczesnego życia. Była głównym autorem całej serii mebli ze stalowych rurek - krzesła Basculant No. B301, szezlonga No. B306 i fotela klubowego Grand Confort No. LC2, które prezentowały nową, surową estetykę typową dla stylu międzynarodowego. Te modele należące do klasyki designu do dzisiaj są w masowej produkcji i - w powszechnej opinii - uchodzą za dzieła Le Corbusiera. Dopiero koniec lat 80. i 90. przyniósł indywidualne wystawy projektantek modernizmu i dyskusje na temat roli, jaką odegrały. Faktem jest, że niewiele kobiet miało wówczas szansę na indywidualną karierę. Dwudziestolecie międzywojenne to czas zespołów i duetów: w Niemczech Ludwig Mies van der Rohe i Lilly Reich, w Holandii Gerrit Rietveld i Truus Schröder-Schräder, w Polsce Zygmunt Łoboda i Jadwiga Dobrzyńska oraz Helena i Szymon Syrkusowie. Tymczasem wypowiedzi samych projektantek, ich styl życia i pracy często obalają współczesny trend traktowania ich jako ofiar. Perriand nieraz powtarzała, że jest graczem zespołowym, że zawsze cieszyła się ze współpracy ze świetnymi projektantami i artystami - poza Le Corbusierem i Pierre'em Jeanneretem pracowała choćby z Louisem Sognotem i René Herbstem, Jeanem Prouvé, Paulem Nelsonem i Fernandem Légerem - i nie dość, że nie uważa się za pierwszą kobietę projektantkę we Francji, to nawet nie interesuje jej feminizm. Liczy się projekt.
Bilet na podróż trzecią klasą, nowa para nart - to były dla niej zawsze wymarzone prezenty. W 1928 roku Charlotte zaczęła uprawiać wspinaczkę wysokogórską. W każdy piątek po pracy wsiadała do pociągu i jechała w góry. Latem spała w namiocie, zimą w schronisku. W poniedziałek rano prosto z pociągu szła do biura. Twierdziła, że 'umysł i ciało są jak niebo i ziemia'. Wszystkie jej prywatne pasje przekładały się na projekty. W 1936 roku zaczęła eksperymentować z drewnem. 'Lubię precyzję metalu, ale drewno jest cudownie zmysłowe. Trzeba o nie dbać, pieścić jak kobietę' - pisała. Dla Perriand architektura oznaczała łączenie tego, co wewnątrz i na zewnątrz - wędrówkę między przestrzeniami - słońce, wiatr i tradycyjne materiały. W 1937 roku projektuje pierwsze schronisko-biwak na szczycie góry Joly. Po II wojnie światowej będzie pracowała przy realizacji licznych schronisk, m.in. przy monumentalnym kompleksie wypoczynkowo-sportowym w Arcs. W 1960 roku wybudowała też swój własny dom w Alpach w Meribel - prosty, ale i ekskluzywny chalet. Najważniejsza dla jej rozumienia przestrzeni okazał się dwuletni pobyt w Japonii. Pojechała tam w 1942 roku jako konsultantka ds. sztuki przemysłowej na zaproszenie Ministerstwa Handlu i Przemysłu. Zachwyca ją standaryzacja tradycyjnej architektury mieszkaniowej, podział wnętrz i życie 'tuż nad ziemią'. Eksperymentuje wtedy z przedmiotami o bambusowym szkielecie, w nowy materiał transponuje nawet swój słynny szezlong z 1928 roku. Bogatsza o japońskie doświadczenie przez następne lata realizuje marzenie o nowej organizacji wnętrza mieszkalnego, którego dominującą cechą będzie pustka. Swoje przemyślenia wyraża w 1950 roku w artykule 'Sztuka mieszkania'. 'Usuwaj i odejmuj, by czynić piękno' - pisała. Jednocześnie podkreślała znaczenie porządkowania przestrzeni za pomocą systemów układania przedmiotów (w bibliotekach i szafkach o wielu półkach różnej wielkości).
Swoje ostatnie paryskie mieszkanie Charlotte Perriand urządziła w 1994 roku. Idealnie przemyślane i zakomponowane było syntezą górskiego schroniska, kabiny statku i japońskiego domu - spełnieniem jej dziecięcych marzeń o wnętrzu, w którym 'wszystko jest na swoim miejscu'.
'Wstawaj, Charlotte! Zabieraj się do pracy. Praca to wolność' - powtarzała jej matka. Perriand mówiła, że dzięki niej miała zawsze silne poczucie niezależności i wiary we własne siły.
Wychowała się w Paryżu, ale pierwsze trzy lata dzieciństwa spędziła na burgundzkiej wsi, w rodzinnych stronach matki (ur. 1903 r.). Jej ojciec pochodził z górzystego regionu Savoie. Miłość do przyrody Charlotte miała we krwi; przy każdej okazji będzie wracać na wieś. Oboje rodzice byli krawcami, pracowali dla wielkich domów mody. Charlotte wspominała, że z resztek eleganckich materiałów mama szyła ubranka dla jej lalek, ale ona nie lubiła bawić się lalkami - ściągała im sukienki, odklejała włosy. Była ciekawa, co jest pod spodem, jaka jest konstrukcja przedmiotu. Kiedy miała dziesięć lat, operowano jej wyrostek robaczkowy. Szpital ją zachwycił, pokochała jasne, puste sale, umeblowane skromnie i celowe. Po powrocie do zagraconego mieszkania pełnego bibelotów rozpłakała się. 'Wtedy po raz pierwszy odkryłam siłę oddziaływania pustki' - wspominała. Będzie ją zgłębiać jako dorosła projektantka. 'Mniej znaczy więcej' - powtarzała zawsze. W 1925 roku w ramach szkolnego wyróżnienia jej projekty znalazły się na paryskiej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej. Pod koniec zwiedzania wystawy trafiła do pawilonu l'Esprit Nouveau Le Corbusiera i Pierre'a Jeannereta. 'Byłam zdziwiona, ale nie zdumiona' - mówiła o pierwszym zetknięciu z dziełami papieża nowoczesności. Trzy lata wcześniej na pytanie profesora Rapina, czym chciałaby się zajmować, odpowiedziała: architekturą. Ale architektura była zajęciem dla mężczyzn, kobiecie ewentualnie pozostawało jej wyposażanie. Na szczęście pokoleniu projektantek modernizmu udaje się dowieść, że design w kobiecym wydaniu to coś więcej niż 'dekorowanie kątów swojego domu'.
Biuro na rue de S`evres 35 wydało jej się zimne, a powitanie Le Corbusiera lodowate. - Czego chcesz? - zapytał na widok dziewczyny o wyglądzie nastolatki. - Pracować z panem - położyła przed nim tekę z rysunkami. Niedbale je przerzucił. - My tu nie wyszywamy poduszek - skwitował i pokazał drzwi. Zdążyła jeszcze zostawić swój adres i powiedzieć, że wystawia na Salonie Jesiennym. Była załamana. Ale już następnego dnia Jean Fouquet rozpromienił się na jej widok: 'Le Corbusier i Pierre Jeanneret byli rano przy twoim stoisku. Będziesz z nimi pracować'. W swojej autobiografii 'The Life of Creation' Perriand napisała, że właśnie wtedy poczuła się tak, jakby w gęstym lesie bez mapy znalazła drogę. Dziesięć lat w pracowni na rue de S`evres to był intensywny okres zdobywania doświadczenia, refleksji i dobrej zabawy - czas licznych wyjazdów, wystaw, warsztatów i kongresów architektonicznych. Le Corbusier i jego kuzyn architekt Pierre Jeanneret założyli spółkę projektową w 1922 roku. Występowali przeciwko estetyce 'szalonych lat' z jej zbędną dekoracyjnością. Stwierdzenie Le Corbusiera: 'Dom jest maszyną do mieszkania' stanowi podstawę jego ideologii. Do pracowni na rue de S`evres, swoistej wieży Babel, zjeżdżali młodzi ludzie z całego świata, którzy tak jak Perriand chcieli pracować z Corbu: Junzo Sakakura, Ernest Weissmann, Alfred Roth, Kunio Maekawa, Norman Rice, José Luis Sert. Wszyscy byli idealistami, robili projekty, które miały udoskonalić byt jednostki. 'Przeznaczenie widziałam w postępie' - pisała Charlotte. Wspominała dnie i noce spędzone nad projektami, w które wierzyli, a które często ostatecznie trafiały do szuflady. Po nieprzespanej nocy reanimowali się kawą na tarasie kawiarni w hotelu Lutetia i wracali do pracy. 'Corbu mawiał, że jesteśmy małą rodziną - wspominała Perriand - ale to Pierre był dla nas jak brat. Stanowił pomost między Corbu a resztą zespołu'. Z Pierre'em Jeanneretem była przez długie lata w przyjacielsko-miłosnym związku. W swojej autobiografii pisze o tym bardzo dyskretnie, wspominając o wspólnych wyjazdach i wzajemnym przywiązaniu, ale wśród zamieszczonych w książce fotografii nie ma żadnego zdjęcia ani jej pierwszego, ani drugiego męża, za to jest bardzo dużo Jeannereta. Corbu powierzał jej urządzanie wnętrz, dobór materiałów i kolorystyki, projektowanie mebli. Wnętrza były różne - od luksusowych willi po schronisko dla Armii Zbawienia. W biurze wspólnie z Pierre'em własnoręcznie budowali modele prototypów foteli, stołów, krzeseł. Charlotte była niskiego wzrostu - miała tylko 162 cm, Jeanneret też był niewysoki. Śmiała się, że z tego powodu proporcje mebli były zawsze złe. Le Corbusier pilnował ich i poprawiał.
Na zdjęciu z 1928 roku Charlotte Perriand leży na szezlongu swojego projektu. Nie patrzy w obiektyw, głowę odwróciła do ściany. Upozowała się tak, żeby podkreślić wygodę fotela, pokazać jego funkcję, a nie siebie. Nie protestowała także, gdy rok później firma Thonet rozpoczęła produkcję szezlonga pod nazwiskami trójki projektantów Le Corbusier - Jeanneret - Perriand. Uznała, że indywidualne autorstwo jest mniej ważne niż postrzeganie przedmiotu jako wspólnej wizji nowoczesnego życia. Była głównym autorem całej serii mebli ze stalowych rurek - krzesła Basculant No. B301, szezlonga No. B306 i fotela klubowego Grand Confort No. LC2, które prezentowały nową, surową estetykę typową dla stylu międzynarodowego. Te modele należące do klasyki designu do dzisiaj są w masowej produkcji i - w powszechnej opinii - uchodzą za dzieła Le Corbusiera. Dopiero koniec lat 80. i 90. przyniósł indywidualne wystawy projektantek modernizmu i dyskusje na temat roli, jaką odegrały. Faktem jest, że niewiele kobiet miało wówczas szansę na indywidualną karierę. Dwudziestolecie międzywojenne to czas zespołów i duetów: w Niemczech Ludwig Mies van der Rohe i Lilly Reich, w Holandii Gerrit Rietveld i Truus Schröder-Schräder, w Polsce Zygmunt Łoboda i Jadwiga Dobrzyńska oraz Helena i Szymon Syrkusowie. Tymczasem wypowiedzi samych projektantek, ich styl życia i pracy często obalają współczesny trend traktowania ich jako ofiar. Perriand nieraz powtarzała, że jest graczem zespołowym, że zawsze cieszyła się ze współpracy ze świetnymi projektantami i artystami - poza Le Corbusierem i Pierre'em Jeanneretem pracowała choćby z Louisem Sognotem i René Herbstem, Jeanem Prouvé, Paulem Nelsonem i Fernandem Légerem - i nie dość, że nie uważa się za pierwszą kobietę projektantkę we Francji, to nawet nie interesuje jej feminizm. Liczy się projekt.
Bilet na podróż trzecią klasą, nowa para nart - to były dla niej zawsze wymarzone prezenty. W 1928 roku Charlotte zaczęła uprawiać wspinaczkę wysokogórską. W każdy piątek po pracy wsiadała do pociągu i jechała w góry. Latem spała w namiocie, zimą w schronisku. W poniedziałek rano prosto z pociągu szła do biura. Twierdziła, że 'umysł i ciało są jak niebo i ziemia'. Wszystkie jej prywatne pasje przekładały się na projekty. W 1936 roku zaczęła eksperymentować z drewnem. 'Lubię precyzję metalu, ale drewno jest cudownie zmysłowe. Trzeba o nie dbać, pieścić jak kobietę' - pisała. Dla Perriand architektura oznaczała łączenie tego, co wewnątrz i na zewnątrz - wędrówkę między przestrzeniami - słońce, wiatr i tradycyjne materiały. W 1937 roku projektuje pierwsze schronisko-biwak na szczycie góry Joly. Po II wojnie światowej będzie pracowała przy realizacji licznych schronisk, m.in. przy monumentalnym kompleksie wypoczynkowo-sportowym w Arcs. W 1960 roku wybudowała też swój własny dom w Alpach w Meribel - prosty, ale i ekskluzywny chalet. Najważniejsza dla jej rozumienia przestrzeni okazał się dwuletni pobyt w Japonii. Pojechała tam w 1942 roku jako konsultantka ds. sztuki przemysłowej na zaproszenie Ministerstwa Handlu i Przemysłu. Zachwyca ją standaryzacja tradycyjnej architektury mieszkaniowej, podział wnętrz i życie 'tuż nad ziemią'. Eksperymentuje wtedy z przedmiotami o bambusowym szkielecie, w nowy materiał transponuje nawet swój słynny szezlong z 1928 roku. Bogatsza o japońskie doświadczenie przez następne lata realizuje marzenie o nowej organizacji wnętrza mieszkalnego, którego dominującą cechą będzie pustka. Swoje przemyślenia wyraża w 1950 roku w artykule 'Sztuka mieszkania'. 'Usuwaj i odejmuj, by czynić piękno' - pisała. Jednocześnie podkreślała znaczenie porządkowania przestrzeni za pomocą systemów układania przedmiotów (w bibliotekach i szafkach o wielu półkach różnej wielkości).
Swoje ostatnie paryskie mieszkanie Charlotte Perriand urządziła w 1994 roku. Idealnie przemyślane i zakomponowane było syntezą górskiego schroniska, kabiny statku i japońskiego domu - spełnieniem jej dziecięcych marzeń o wnętrzu, w którym 'wszystko jest na swoim miejscu'.
Źródło: Wysokie Obcasy
Przeczytaj 1 komentarz na Forum
-
Styl Życia
egry
06.01.09, 13:15
Tak mnie zastanawiało, jak ona się znalazła w czasie wojny w Japonii. Ale jak sobie sprawdziłam to w Japonii była od 40 do 42, a potem przebywała w Wietnamie.»
W numerze z 30 stycznia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień
-
Szukam kogoś dla siebie
Z Jackiem Olszewskim, mężem Agaty Mróz, rozmawia Wojciech Staszewski
-
Zwyczajna córka
Rozmowa z aktorką Aliną Świdowską, córką Adiny Blady-Szwajger, lekarki z getta. W spektaklu 'I więcej nic nie pamiętam' na podstawie pamiętnika matki Alina Świdowska ...







więcej zdjęć




