Zimą droga zamienia się w bajoro, przez dziury w dachu czasem pada do łóżek, ale przez dziewięć miesięcy w roku mamy tu jak w raju - przekonuje Tuia, która od ośmiu lat mieszka w młynie z XIII w. Pierwsze wiadomości o młynie z Visarno sięgają roku 1260 i z tego okresu zachowały się kuchnia, piwnice i sala kominkowa. Tuia, pracownik socjalny, mieszka z Laurą, studentką dziennikarstwa, Alessiem, ratownikiem na pobliskim basenie, i Maruccią pracującą w lodziarni. Żeby wynająć stary dom w Toskanii, musi skrzyknąć się kilka osób, bo domy są duże. Tuia, Alessio i Maruccia płacą po 100 euro miesięcznie za 200 m kw.
W centrum Florencji (oddalonej od Visarno o 10 km) musieliby płacić 500 euro za jeden pokój. Tuia jako weteranka wśród mieszkańców młyna postrzegana jest w okolicy jako nieformalna i darmowa 'agencja nieruchomości dla ubogich'. Kiedyś dom zrewidowała policja pod zarzutem odprawiania czarnych mszy. -
Sąsiadów zaniepokoiły dziwne dźwięki, kiedy gościliśmy członków laboratorium śpiewu improwizowanego - opowiada Tuia. - Miejscowi traktują nas podejrzliwie, bo jesteśmy ludźmi z miasta, intruzami. Wydaje im się, że nie pracujemy, bo zawsze ktoś jest w domu. Mamy jednego zaprzyjaźnionego sąsiada, który często do nas wpada, służy radą i pomocą. Pan Mannelli ma 80 lat i rozmawia tylko z chłopakami, bo uważa, że dziewczyny nie potrafią niczego zrobić w gospodarstwie. A my wyburzałyśmy ściany podczas przebudowy kuchni. Odkryłyśmy wtedy skrytkę z workami wypchanymi jadalnymi kasztanami. Prawdopodobnie był to schowek partyzantów z czasów wojny. Młyn należy dziś do producenta miejscowego wina.
Nie wiadomo, jak długo będzie chciał u siebie trzymać rezydentów. - Tak jak wycięto ostatnio stary wiśniowy sad, tak i nas można stąd wyrzucić, jeśli właściciel uzna, że młyn lepiej przeznaczyć na gospodarstwo agroturystyczne - martwi się Tuia. Chociaż z wynajmu korzyści mają obie strony. Domy po przystępnej cenie najczęściej są w stanie 'do remontu'. Wychowałam się w Mediolanie, ale od kiedy poznałam Tuię i zaczęłam ją odwiedzać w Visarno, postanowiłam zamieszkać w Toskanii - mówi Arianna, antropolożka. - Dziś nie wyobrażam sobie powrotu do metropolii. Podoba mi się nawet zapach ubrań przesiąkniętych dymem, choć zdarza się, że we Florencji w kinie ktoś znacząco pociąga przy mnie nosem.
Obowiązkowym meblem w wynajmowanych domach jest piecyk opalany drewnem (koza), tutaj nazywany kuchnią oszczędną, bo szybko ogrzewa dom, zużywając mało drewna, a jednocześnie może podgrzać posiłek i starcza nawet na 50 lat. W 800-metrowym domu z XIV w. w Casalino oprócz Arianny mieszka dziewięć osób. M.in. Veronica - architektka i fotografka, Valentina - malarka, Claudia - pedagog pracujący z dziećmi specjalnej troski, i Jimmy - hydraulik specjalizujący się w instalacjach bazujących na energii słonecznej. Pierwotne przeznaczenie domu, który służył chłopom tylko podczas zbiorów (przez cały rok wykorzystywano go jako stajnie, które znajdowały się na parterze), przetrwało do niedawna.
Sąsiedzi pamiętają jeszcze czasy, gdy po winobraniu wszyscy spali razem w największym pokoju z kominkiem. Tradycję wspólnej przestrzeni podtrzymali nowi mieszkańcy. Dziesięć osób spotyka się codziennie przy kolacji w sali kominkowej, a kiedy jest gorąco - na podwórzu. Jak przystało na Włochów, dużo rozmawiają o jedzeniu. Szałwia, rozmaryn, bazylia, mięta, niezbędne w kuchni włoskiej, rosną w ogrodzie wyhodowanym przez dziewczyny.
Nowi mieszkańcy Casalino z dumą podkreślają: 'Jemy tylko to, co jest wytwarzane w okolicy. Tak jest zdrowiej i taniej'. W ten sposób starają się przynależeć do miejsca, w którym mieszkają, i choć są "z miasta", mieć stały kontakt z tutejszą ludnością. W supermarkecie kupują tylko makaron, wszystko inne - od okolicznych sprzedawców. Na świnię składają się z kilkoma innymi domami, dają ją na "wychowanie" i utuczenie do chłopa, a kiedy przyjdzie czas - do rzeźnika. Na integrację z miejscowymi mają jeszcze jeden sposób - wiosenną 'wymiankę'. Każdy musi coś ze sobą przynieść i coś ze sobą zabrać. Przedmioty, które się znudziły, nie idą na śmietnik. 'Wymianki' narzuciły okolicy styl eklektyczny. Garderoba - dlaczego nie z mebli biurowych? A szafka pod telewizor plazmowy - z adaptera? Ma być wygodnie i bezpretensjonalnie.
Pinuccio, konserwator instrumentów dętych, i dwaj muzycy jazzowi Jacopo i Andrea przy XVII-wiecznym domu w Nipozzano, gdzie mieszkają, wyhodowali ogród różany. - Z okna widzę zamek, gaj oliwny, a tutejsze winnice dają najlepsze wino, jakie znam - opowiada Pinuccio, który sześć lat temu przeniósł się tu z Florencji. - Gdybym miał wystarczająco dużo pieniędzy, już bym go kupił. Mimo że stale trzeba coś naprawiać, rąbać drewno na opał. Kiedy przez miesiąc nie było wody, bo rury popękały, Pinuccio jeździł z kanistrami do miasteczka po wodę z fontanny. - Znajomi z Florencji dziwią się, że tu wytrzymuję, ale przyjeżdżają do mnie co drugi weekend - mówi Pinuccio.
- W mieście brakuje mi powietrza, wszędzie samochody i turyści, wieczorami godzinami trzeba szukać miejsca parkingowego. Nie mógłbym już mieszkać we Florencji. Choć każdy z nich ma dziewczynę, to na razie nie zamierzają zakładać rodziny i zarówno oni, jak i dziewczyny wolą mieszkać osobno. - Unikamy problemu brudnych skarpetek, nocujemy i jadamy u siebie na zmianę. Poruszona naszym kawalerskim stylem życia sąsiadka raz w tygodniu przynosi nam przetwory własnej roboty. W salonie mieści się studio nagraniowe i sala prób. W piwnicach Pinuccio ma pracownię (we Florencji musiałby za nią płacić 1500 euro miesięcznie) i może teraz jeździć do pracy w mieście tylko dwa razy w tygodniu.
Dom, choć znajduje się na terenach rodziny Frescobaldi, nie jest jej własnością. Legenda głosi, że w pewien feralny wieczór 50 lat temu markiz Frescobaldi przegrał go w karty. Za cały dom płacą 600 euro, wynajmując go od mieszkających nieopodal właścicieli. Choć często w wolnych pokojach goszczą znajomych i rodzinę, to nie odpowiada im atmosfera squatu. Dbają o swoją prywatność, zwłaszcza że dużo pracują w domu i potrzebują ciszy i przestrzeni, by tworzyć.
Zwiedzaj Florencję z serwisem turystyka.gazeta.pl
>