Opowiem ci, jak katar uratował mi życie - proponuje Andrzej, szpakowaty aptekarz, a potem trzaska się w udo, aż po sosnach niesie się echo. - O, gryzą, pierony! Posłuchaj. Ty pewnie jeszcze kajtek byłeś, kiedy z namiotem i dziewczyną przyjechałem tu pierwszy raz (trzask). Dziewczyna też była (trzask) pierwsza, a namiot uszyłem sam z burej plandeki, która leżała na strychu (odgania komara) mojego domu. Pierwszego dnia było cudownie, pływaliśmy w jeziorze. Drugiego dnia spadł deszcz, namiot przemókł po godzinie. Trzeciego dnia dziewczyna dostała kataru i się obraziła.

- Pół świniaka zabieraliśmy ze sobą. Kopało się dołek i świniaka do dołka - wspomina, siedząc przed swym wysłużonym enerdowskim namiotem, Karol Wudel, lat 69 (40 lat przepracował w energetyce), brodę ma białą jak śnieg.

- Ojciec zarabiał, robiąc szkolne fotografie - opowiada przed obozowiskiem Rafał Filonowicz, 41 lat. - Potem został nauczycielem. Zabierał mnie tu, od kiedy skończyłem siedem lat. Kiedy miałem 16, poznałem dziewczynę (została moją żoną) i z nią zacząłem przyjeżdżać. I tak od 30 lat, zawsze na górce, w tym samym miejscu.

- Z łopatką szło się w lasek za potrzebą, najpierw trzeba było wykopać dołek... - tłumaczy Karol Wudel.

Teresa Bytniewska (namiot z ogródkiem): - My pojawiliśmy się tu w 1980 roku. Trzy dni mąż wypływał na środek jeziora, że tam niby woda lepsza do picia...
Pozostało 91% tekstu
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.