Fiamma Rosa, Psykko Tico, Daisy Blu są do siebie podobne. Mocny makijaż, czarne peruki z grzywką i około 172 cm wzrostu. Budowę ciała też mają prawie identyczną: odległość między sutkami 27 cm, a od pępka do wzgórka łonowego 13 cm. Są baletnicami. Tańczą w zaprojektowanych dla nich szpilkach Louboutina, w strojach spod ręki Lagerfelda i Paco Rabanne. Nie możecie ich spotkać. A nawet jeżeli spotkacie, nie będziecie wiedzieli, że to one. Kiedy wyjdą z pracy, będą wyglądały i nazywały się inaczej.
Crazy Horse to niewielki nocny klub w samym centrum Paryża, pod adresem 12 Avenue George V. Schodzi się do niego po drewnianych schodach wyłożonych czerwonym dywanem. Pokryte czerwoną tapetą ściany otaczają kilka rzędów obitych czerwonym welurem foteli. Scena jest niewielka - 6 m na 3 m. Kiedy 12 tancerek stanie jedna obok drugiej, zostaje już niewiele miejsca, ale one dużo miejsca nie potrzebują. Tańczą małymi kroczkami, czasami na puentach, często pojedynczo. Scena spowita jest w czerni, oświetlane są tylko nagie tancerki wielobarwnym światłem: w paski, cętki, kropki, w czerwone usta. Tak że nie widać szczegółów ich ciał. Długo można by wymieniać gwiazdy, które przewinęły się przez to miejsce po obu stronach sceny. To tu debiutował Charles Aznavour, a Demi Moore pobierała lekcje przed filmem 'Striptease'. Stałymi bywalcami byli: Salvador Dali, Elvis Presley, Jackie Kennedy. Współcześnie: Madonna, Pedro Almodóvar, Steven Spielberg.
Zasady To, co czyni Crazy Horse miejscem szczególnym, to absolutna niedostępność tancerek dla publiczności przed spektaklem i poza nim. Do garderoby nie może wejść żaden mężczyzna. Z wysłanych im kwiatów zostanie wyjęty bilecik. Kiedy zaczynają pracować w Crazy Horse, dyrekcja nadaje im sceniczny pseudonim. Ma to im pozwolić odciąć się od życia po drugiej stronie. Podpisując kontrakt, dziewczyny zobowiązują się pozostać przy ustalonej dla nich wadze. Są ważone co tydzień. Jeśli schudną lub przytyją, dostają wolne, aby wagę wyrównać. Jeżeli im się nie uda, zostaną zwolnione. Nie mogą mieć też żadnych tatuaży. - Kiedyś Brytyjki stanowiły znaczną część zespołu, dzisiaj nie ma ani jednej, bo wszystkie, które się zgłaszają, są wytatuowane - tłumaczy Andrée Deissenberg, dyrektor kreatywna Crazy Horse. Kiedy otworzono filię kabaretu w Las Vegas, nie nadawała się tam żadna z lokalnych tancerek. - Wszystkie były po operacjach plastycznych, a standardy Crazy nie akceptują sylikonowych implantów - dodaje Deissenberg. Poza tym żadnego alkoholu i bratania się z klientelą.
Show Prawie dwugodzinny spektakl od lat otwiera ten sam utwór 'God Save Our Bare Skin', to parodia 'God Save the Queen'. Tancerki salutują i odprawiają musztrę w idealnie zgodnym tempie. Ubrane są jedynie w żołnierskie czapki, kozaki na obcasach i końskie ogony zawieszone między pośladkami i poniżej pępka. Dwie inne etiudy wyszły spod ręki słynnego francuskiego choreografa Philippe'a Decouflé. Crazy Horse zaprosiło go do współpracy w 2008 roku, żeby odświeżył ich show. W utworze 'Scanner' kilka tancerek wiruje pomiędzy liniami laserowego światła. Jak dokumenty w skanerze w górę i w dół światło obiega ich nagie ciała. 'Crisis! What Crisis?' powstał w 2009 roku w odpowiedzi na załamanie światowych rynków. Ten numer to solówka. Ubrana w biznesowy, dopasowany garnitur kobieta siedzi na biurku, a za jej plecami zmieniają się liczby. Dzwoni telefon i słychać brzdękające monety. Kolejny telefon przynosi złe wieści, kobieta zaczyna zdejmować z siebie ubranie, tańcząc prowokacyjnie na biurku.
Le Boss Alain Bernardin, miłośnik
antyków i przyjaciel Marcela Duchampa, otworzył to miejsce w maju 1951 roku. Był zafascynowany amerykańskim striptizem, ale miał na niego własny pomysł. Tancerki na scenie miały być już rozebrane. Subtelne i kuszące, tworzące seans ciągłego uwodzenia. Miał swój ideał piękna kobiecego ciała. Szukał kobiet na kształt greckich posągów. O boskich proporcjach. Jak rzeźby Rodina. Stąd te dokładne pomiary. Pośladki miały być okrągłe, twarz ekspresyjna, postawa idealna, doświadczenie baletowe. W twarzy miało być widać charakter. Żywe, impertynenckie, kokietujące. Takie miały być tancerki Crazy. To, co podniecało go w kobietach najbardziej, ujął w kilku zdaniach: 'Dla mnie erotyzm to kobieta w czarnych pończochach, nad którymi widać kawałki ud. Ubrana jest w prześwitującą bluzkę z czarnego jedwabiu. Będę z nią zaraz jadł kolację, ale kiedy się do niej przybliżę, ona mi odmówi. Co za frustracja'.
Pierwszą kobietą, którą rozebrał na scenie Crazy Horse, była Miss Fortunia. Jego oryginalnej urody muza była w połowie Polką, w połowie Haitanką. Podczas premiery w 1951 roku Miss Fortunia tańczyła do burleski z 1930 roku. Pierwsze show nawiązywały do Ameryki początku wieku. Dziki Zachód, saloon, indiańskie pióropusze i bandżo. Nazwa też jest z tej bajki. Crazy Horse to legendarny wódz Siuksów, wielki wojownik, który był bardzo szarmancki wobec kobiet. Miss Fortunia miała swój popisowy skecz z poszukiwaniem pchły. Szukała jej w amerykańskim stylu, zrzucając z siebie kolejne warstwy spódnicy. Po Dzikim Zachodzie przyszedł czas na inne epoki artystyczne: Nową Falę, nowy realizm,
rock i pop-art.
Wśród tancerek do dziś żywe są legendy o panu Bernardin. Do każdej dziewczyny podchodził indywidualnie. Kiedy którejś nie było w pracy, nikt inny nie mógł zatańczyć jej solówki. Ponieważ pracował z bardzo młodymi dziewczętami, starał się też zadbać o ich przyszłość. Każdej z nich założył konto oszczędnościowe, na które wpłacana była część ich miesięcznej pensji. Pieniądze mogły wypłacić, kiedy odchodziły z kabaretu. - To, co robimy z dziewczynami, to magia, ponieważ one nie są aż tak piękne, jak wyglądają na scenie. Podczas spektakli oglądacie moje marzenia - powiedział w jednym z wywiadów. Jednak nie wszystkie marzenia byłego antykwariusza mogły się spełnić. 16 września 1994 roku znaleziono go martwego w swoim biurze w siedzibie kabaretu. Miał 78 lat. Nie zostawił żadnego listu. Niektóre z plotek mówią, że przyczyną samobójstwa była niewierność jego trzeciej żony Lovy Moore i jej pogoń za telewizyjną karierą. Inne głoszą, że nie radził sobie z postępującą starością i utratą męskości.
Marta Większość tańczących w kabarecie dziś dziewczyn to Francuzki, ale przewinęły się tam narodowości z całego świata. Również Polki. Marta vel Samma
Prototype do Crazy trafiła w 2001 roku, kiedy była na pierwszym roku ekonomii na Uniwersytecie Warszawskim. - Rozglądałam się za jakąś pracą, żeby zarobić na swoje utrzymanie na studiach. Na modelkę byłam już za stara, spróbowałam więc jako tancerka. W gazecie zobaczyłam wzmiankę o castingu do francuskiego kabaretu. Przy wzroście 171 cm i wieku 21 lat byłam w górnej granicy normy. Casting odbywał się w Teatrze Buffo. Nie wiedziałam, co to Crazy Horse. Kiedy dowiedziałam się, że trzeba tańczyć toples, odwróciłam się na pięcie i zaczęłam wychodzić. Za plecami usłyszałam: - A ty gdzie idziesz? Już zaczynamy. I zostałam - opowiada Marta.
Każdego roku o przyjęcie do Crazy Horse ubiega się około 500 tancerek, przyjętych zostaje tylko 20. Kiedy Martę wybrano na dalszy casting i zaproszono na trzy dni do Paryża, była naprawdę zaskoczona. Stawała w szranki z baletnicami, a nie miała profesjonalnego wykształcenia tanecznego. Po prostu tańczyła, od kiedy pamięta. Na paryskim castingu była już toples i w stringach, ale emocje były tak silne, że nie czuła, że jest w połowie naga. - Po moim występie nie usłyszałam żadnego komentarza i pomyślałam, że po prostu miałam fajną wycieczkę do Paryża - opowiada. - W garderobie dziewczynie obok przymierzano perukę, a do mnie nikt nie podchodził. Zapytałam wreszcie, co ze mną. - Jak to? Bierzemy cię - usłyszałam. Od pracującej tam Polki Izy Jerzyńskiej dowiedziałam się, że jestem takim prawdziwym krejzowskim typem i od razu się spodobałam szefostwu - opowiada Marta. Na studiach wzięła dziekankę. Po miesiącu prób wyszła na scenę. Miała być pół roku. Została pięć lat. - Po odejściu brakowało mi bardzo występów i dziewczyn, byłyśmy bardzo ze sobą zżyte, zero konkurencji - mówi Marta. W kontrakcie miała zapisaną odpowiednią dla siebie wagę, przy wzroście 171 cm mogła ważyć od 60 do 64 kg. - Nie miałam problemu z utrzymaniem wagi, bo ta praca to jednak spory wysiłek fizyczny, ale wiem, że dziewczyny miały problemy. Szczególnie w Las Vegas, kiedy przytyły na hamburgerach. Wtedy dostawały dwa tygodnie wolnego, żeby schudły, albo za karę nie mogły tańczyć solówek - wspomina Marta.
Volga Moskowskaja, prywatnie Izabela Jerzyńska, skończyła szkołę baletową w
Poznaniu. Ten kabaret był dla niej czymś niedoścignionym. - Wiedziałam, że to jest miejsce, gdzie tancerki są szczęśliwe dzięki temu, co robią. W moim przypadku wysiłek przysłonił przyjemność z tańca. Marzyłam o tym, żeby się tu dostać - wspomina. Izabela zrobiła w Crazy prawdziwą karierę. Po sześciu latach na scenie awansowała i została kapitanem, później superkapitanem i show managerem. Przepracowała dla Crazy 15 lat. To ona przeprowadzała castingi w Polsce. - W Polsce robiliśmy castingi trzy razy. Nigdy toples. Dziewczyny, które dobrze tańczyły, zapraszaliśmy do Paryża. Dopiero tu na miejscu odbywał się prawdziwy krejzowski casting - opowiada Iza. - Zawsze dbałam o to, żeby uspokoić rodziców dziewczyn.
Bali się, że ukradniemy paszport, że ich córka wpadnie w narkotyki albo prostytucję - dodaje.
Kiedy Iza zaczynała tańczyć w Crazy, kabaret nie był znany w Polsce. - Zadzwoniłam do rodziców, żeby przyjechali, że muszą to zobaczyć - opowiada Iza. Zapytali, jakie mamy kostiumy, ja im powiedziałam, a oni, że to jakiś peep-show. I nie wiedziałam, jak mam im wytłumaczyć, że to nie jest ani wulgarne, ani nie dostaję żadnych niemoralnych propozycji od facetów. Dlatego kazałam im przyjechać. Bardzo się denerwowałam, oni też byli zestresowani, tata wychodził na papierosa z dziesięć razy. Po spektaklu już byli spokojni, bardzo im się podobało. Przez całe 15 lat mojej pracy w Crazy Horse bardzo mnie wspierali. Mama przyjeżdżała do mnie co miesiąc - wspomina Izabela.
Wiele tancerek planuje przyjazd na krótko i zostają latami. Co je tam trzyma? Czy tylko pieniądze? Jak można dowiedzieć się z albumu wydanego o kabarecie, tancerki zarabiały w latach 50. około czterech tysięcy dolarów. Dzisiaj ich zarobki owiane są tajemnicą. Ale na pewno nie zarabiają mało, bo bilet na spektakl kosztuje 120 euro. Nie jest to tania rozrywka, nawet jak na Paryż. Każdego wieczora grają dwa spektakle, a w weekend trzy. Na widowni jest 250 miejsc.
Fiamma Rosa tańczy w Crazy od ośmiu lat. - Nie mogę powiedzieć, ile zarabiamy, ale ja nie jestem tu dla pieniędzy. Nie zamieniłabym swojej pracy na żadną inną. Uwielbiam Paryż i kocham świat Crazy Horse, świat kobiet, szyku, elegancji i świateł. Marcie praca w Crazy dała pewność siebie. - Pierwszą solówkę, jaką robiłam, to 'Teasing', w którym były widoczne tylko moje nogi. Bardzo się zdziwiłam, że wybrano mnie, bo zawsze miałam kompleks grubych nóg. Tak zaczęłam przełamywać swoje bariery - opowiada Marta. Po powrocie do Polski spotkała mnóstwo kobiet, które tak jak ona kiedyś nie wierzą w siebie i swoje możliwości. Stąd wziął się pomysł na napisanie książki o metodach na zaakceptowanie siebie i odkrycie swojego piękna.
Rysa na szkle Crazy Horse buduje swój wizerunek na kobiecości wyniesionej na piedestał, na adoracji kobiecego ciała, artystycznej nagości. Również na tym, że współcześnie kabaret jest kierowany całkowicie przez kobiety. Pytam więc dyrektor generalną Andrée Deissenberg, czy nie uważa, że rozbieranie się i wicie na scenie to jednak przedmiotowe traktowanie kobiecego ciała. - Dla mnie osobiście nie - mówi dyrektor generalna, i dodaje, że to miejsce stworzone przez kobiety i dla kobiet, a faceci mogą przyjść, jeżeli chcą. Śmiejemy się obie. To oczywiste, że przyjdą. - Tu jest siła kobiecości, tu kobiety mają władzę, mówi Deissenberg. - Najtrudniejsze w tym wszystkim jest balansowanie na krawędzi. Jeżeli spektakle nie będą nowoczesne i nowatorskie, bardzo łatwo mogą stać się zwykłym rozbieranym show, a są czymś o wiele więcej - dodaje.
O kobiecości na piedestale wspomina też Filip Trzeci (tak chce, żeby się do niego zwracać) jedyny mężczyzna manager tego miejsca. Jest szarą eminencją, bo to przecież miejsce tworzone przez kobiety. Pracuje w Crazy Horse od 40 lat. Zaczynał jako kelner. Do pracy przyjmował go sam Bernardin. Zawsze uważał, że wszyscy faceci na świecie zazdroszczą mu tej pracy. Mówi, że tancerki w Crazy Horse to nie tylko piękne ciało, ale głównie osobowość i charakter. Przez 40 lat poznał wiele sekretów tego miejsca. Jeden zdradza. Dziewczyny zna tak dobrze, że nie musi patrzeć na ich twarze, rozpoznaje je po pupie.
Crazy Horse po raz pierwszy wystąpi w Polsce. 15 listopada w Łodzi, 19 i 20 - w Warszawie
Znieczuleni seksem>>