Jestem Waszą czytelniczką od zawsze. Fakt Za Waszym pośrednictwem opowiem kobietom o tym, jak bardzo warto prosić o pomoc, oczekiwać jej i nie dawać sobie rady za cały świat. Choć z reguły to właśnie robimy, w milczeniu, zmęczeniu, z pewną dumą, ale nieustającym poczuciem, że możemy więcej i lepiej.
Moja historia, gdyby ktoś ją wymyślił i spisał w postaci scenariusza serialu, zostałaby okrzyknięta bzdurą roku, a i oglądalność produkcji spadałby szybko, nawet z udziałem gwiazd. Bo za dużo, za ciężko, zwroty akcji nie w tą stronę. No i gdzie te szczęśliwe i przypadki i rozwiązania, które tylko leżą na ulicy?
Na nic nie narzekam (no właśnie, pierwszy błąd), jestem dumna ze swoich dzieci i pracy - kocham je wszystkie. Czasem uśmiechnę się na myśl, jak daleko doszłam, pomimo, że w zasadzie nie powinnam zrobić kroku. Bo byłam niechciana (wpadka), "nieudana, leniwa, zła, mała kurwa", bita i molestowana - jedyne dziecko, córeczka chorej psychicznie matki. Ojciec kochający, acz nieobecny, a dla świętego spokoju przyznający jej od czasu do czasu rację... Moja mama miała trudne dzieciństwo, swoją mamę straciła mając 9 lat i na pewno weszła zbyt szybko i zupełnie nieprzygotowana w dorosłe życie. Ja, mąż, którego nie ma i depresja, która z czasem przerodziła się w coś znacznie gorszego. Nigdy nie leczona, dzielna, samodzielna, samotna, ale bardzo chora i słaba. Krzycząca, bijąca, w córce szukająca wszystkiego, nawet zaspokojenia potrzeb seksualnych. Być może lesbijka, ale pewnie samej siebie nigdy o to nie spytała. Od lat unieruchomiona w łóżku, po kilku udarach, coraz bardziej wściekła i bezsilna. A gdyby tak, mając 20 lat, dziecko, słodkiego męża "latawca" powiedziała: nie dam rady, nie potrafię, nie mogę? Gdyby nie chciała udowodnić, że wszystko wie najlepiej i nie zamknęła się w swoim świecie, także przed własną rodziną? Gdyby najbliższy jej facet, mój tata, pomógł jej, nie wynajmując nianię, tylko prowadząc do psychologa, psychiatry? W latach 70-tych też leczono depresję, nawet w PRL-u.
Nigdy nikogo nie poprosiła o pomoc. Skrzywdziła mnie, skrzywdziła siebie. Nie zawołała na czas, nie przyznała się, jak bardzo jest źle, udawała, że wszystko jest pięknie, czysto (oj, jak czysto było w moim domu), ona potrafi się umalować i zabawić ze znajomymi. Wielu z nich nie uwierzyłoby swego czasu, co tak naprawdę nosi w sobie ta kobieta, jak wygląda jej dzień, co przeżywa jej bardzo grzeczna i "świetnie wychowana" córeczka z czerwonymi paskami na wszystkich świadectwach.
I ja. Uciekłam w końcu z pięknego Krakowa do Warszawy. Miłość, pierwszy mąż, drugi mąż, trzeci mąż... Sporo znajomych, dużo zabawy, wiele aktywności społecznej, dwa zawody. Cudowny syn, cudowna córeczka. Syn z drugiego małżeństwa, córeczka z trzeciego. Wielu facetów na koncie. Niewiele trwałych relacji, każdy facet to ten, którego "uratuję" (dwóch alkoholików, jeden chory psychicznie). Pierwsza depresja poporodowa, druga, w końcu depresja przewlekła. Na szczęście zawołałam o pomoc przy pierwszym razie - była lekarka, leki. Teraz jest wreszcie cudowna terapeutka. Już wiem, jak wiele ciężarów w sobie noszę, jak bardzo nienawidzę swoich słabości, jak wielu rzeczy się boję, manipuluję, uciekam, i zalegam na długie dni pod ciężarem poczucia winy.
Nie mam rodziny. Ojciec jest jaki był, mamy nie mam. Teściów zawsze miałam wg szablonu: najpierw zachwyt, potem wojna. Jak z mężami, chłopakami, znajomymi. Jedni ludzie mnie uwielbiają, inni traktują jak wroga lub śmiecia. Nic pośrodku, nic na zawsze, wszystko czarne i białe. Sporo długów, mąż w szpitalu psychiatrycznym, a ja dalej udaję, że wszystko ogarniam, jestem uśmiechnięta, umalowana, zadbana, a w pracy genialna i szczęśliwa. Dzieci zadbane, nie muszą mieć żadnych pasków, a bałagan w domu jest normalny. Wiem, że matką jestem prawie idealną. Ale gdzie jest kobieta we mnie? Gdzie moje potrzeby? Gdzie czas i pozwolenie na słabość i bezsilność? Gdzie ja jestem?
Chyba już czas powiedzieć: STOP. Nie dam sobie rady. Proszę o pomoc. Prośmy o nią, bo ludzie nie mają pojęcia, jak bardzo jej potrzebujemy.