Po tym, jak zerwałam z moim, no właśnie kim? chłopakiem? - to chyba za mało, ukochanym? - brzmi sentymentalnie, więc może najwłaściwiej - z kimś, z kim miałam spędzić resztę życia, zwariowałam. Nie wiem dlaczego. Znajomi się dziwili - sama z nim zerwałaś, daj chłopakowi spokój, ale ja nie umiałam, nie umiałam uwierzyć w to, że moje słowa miały moc sprawczą, że tak po prostu - koniec znaczył koniec, że nikt mnie nie zatrzymywał, nie szarpał się ze mną emocjonalnie. Więc ja postanowiłam zatrzymać.
Wysyłałam mu po kilkananście smsów dziennie, maile, nagrywałam się na sekretarkę z prośbą o spotkanie, pisałam wiersze, śnił mi się, a ja miałam miesięczną depresję, z płakaniem w pracy włącznie i ciągłym przeglądaniem naszych wspólnych zdjęć. Płakałam nawet na samo wspomnienie jego imienia na spotkaniu rodzinnym, nie umiałam wyjąć jego zdjęcia z portfela, a na myśl, że on kogoś ma, robiło mi się fizycznie słabo i budziła się chęć jakiejś dzikiej zemsty. Za co? Nie wiem..
On nic, kamień w wodę. Mnie to właśnie chyba najbardziej popychało do kolejnych przedsięwzięć.
Ostatnio napisałam mu maila, że daję mu spokój, co znaczyło de facto - daję sobie spokój. Poszłam do psychoteraputy. I choć nie wiem, czy to był strach przed osamotnieniem, przed żałobą, której nie przeżyłam, jak się rozstaliśmy, czy taka zwykła ludzka tęsknota, która popycha mnie do tego, by nie być sobą i zatruwać innym życie, to wiem, że to było silniejsze ode mnie, jak to, co nas połączyło