Jesteśmy parą "mieszaną", czyli ja Polka, on Amerykanin. Przygotowujemy się do ślubu kościelnego w
Warszawie, a cywilny - jeszcze nie wiemy gdzie. Narzeczony jest po rozwodzie, więc konkoradatowy odpadł - za dużo załatwiania formalności w kraju, gdzie oboje nie mieszkamy na stałe. Może fakt, że przygotowuję się do ślubu nie będąc w kraju (tylko bywam, poza tym mam wspaniałe przyjaciółki, które wyraziły szczerą chęć pomocy) pomaga mi nie wpaść w szał nerwów i przygotowań. Inspiracji szukam w internecie, zapisuje strony, po czym na większość nie wchodzę. Znaczy to pewnie, że nie były ważne :)
Moja świadkowa zapisała nas w kościele, a jesienią odwiedziliśmy jeden z hoteli gdzie odbędzie się przyjęcie weselne. Ze względu na gości z zagranicy wybraliśmy Nowe Miasto, żeby połączyć ślub ze zwiedzaniem. Hotel przygotował wspaniałą ofertę. Może nie najtańszą, ale nie o koszty tu chodzi do końca. Od razu zaznaczyłam, że chce miejsce kameralne, a nie salę gimnastyczną czy dom weselny.
A co do tradycji, to przyznam, że część polskich znam ze słyszenia i obecności na wielu ślubach, a teraz zamierzam poszukać więcej informacji na ten temat, bo pewnie nie uniknę pytań naszych gości z całego świata. O amerykańskich też trochę czytam, ale tam są tak różnorodne zwyczaje, że ciężko się czasem połapać.
Jednak zamierzam stworzyć unikalną mieszankę, bo mam parę założeń, które wydają mi się ważniejsze. Długo zastanawiałam się, co pamiętam ze ślubów na których byłam. Nie wiem, jakie były kwiaty, bukiety, serwetki, itp. Pamiętam natomiast drżenie głosów przy składaniu przysięgi, uśmiechy gości. Radość. Stąd też do tej pory brak mi koncepcji na udekorowanie sali i kościoła. Mam zamówioną sukienkę. Pewnie sama się umaluje i uczeszę. Założę buty sprawdzone na innych weselach, bo kto pod suknią zobaczy, że nie są to piękne ślubne pantofelki, tylko równie cudne beżowo-
złote buty, w których mogę przetańczyć swobodnie całą noc? Nikt. A jak zobaczy, to co z tego? Dlatego bardziej myślę o samej przysiędze, o tym co ona oznacza.
Dla nas obojga jest to niezwykle ważny moment, bo nie tylko przed Bogiem, ale i przed najbliższymi, wyznamy sobie miłość. Złożymy przysięgę małżeńską, której świadkami będą bliscy. I to jest dla mnie najważniejsze. WESELić będziemy się później z nimi całą noc i dłużej, kiedy tylko przez moment przemknie nam w przyszłości wspomnienie z wesela. No właśnie, ci goście....to chyba część tradycji, zapraszanie wszystkich, których "wypada"! No i tę tradycję na pewno sobie odpuszczę. Nie mam potrzeby zbierania wszystkich znajomych z Naszej Klasy, zapomniane koleżanki z liceum czy ze studiów, z którymi jestem w kontakcie raz do roku. Bardziej pewnie z ciekawości, którą portale internetowe zaspokajają i nie trzeba już się do siebie odzywać - bo na facebooku jest wszystko. Odpuszczam sobie znajomych, z którymi kontakt jest luźny. "A może tylko do kościoła?" pytają niektórzy. Nie. NAWET nie do kościoła. I gdzieś - excusez-le-mot - mam komentarze innych, które już pewnie rozbrzmiewają. Rodzinę mam małą. Odpadło więc zapraszanie cioć i wujków, których imion nawet nie pamiętamy. Z grzeczności - ogłaszając jednak wcześniej swą koncepcję - zapytałam rodziców, czy życzą sobie kogoś zaprosić. Zostawili to nam, nikogo nie sugerując. Wśród moich znajomych wywołałam małą rewolucję pt "serio? nie zapraszasz jej/jego?" Ale sytuacja została opanowana po tym, jak wytłumaczyłam na czym polega dla mnie obecność prawdziwie bliskich i życzliwych mi osób, oraz cała koncepcja uroczystości, którą planuje.
Co do rodziców właśnie, to mimo ogromnej niezależności (w dość młodym nadal wieku) i zaufania, jakie zawsze miałam - mama próbowała coś powiedzieć, zasugerować. Już nawet nie pamiętam co, bo tata zareagował od razu, mówiąc "Kochanie, ty już jeden ślub zorganizowałaś. Swój własny. I wystarczy, chyba, że planujesz coś o czym nie wiem". Wszyscy się uśmiali, i od tamtej pory do niczego się nie wtrąca. Dzielna jest ogromnie, bo wiem, że wiele rzeczy robię inaczej niż ona by zrobiła. Zdarzy jej się czasem zapomnieć i coś skrytykować, albo poddać w wątpliwość, ale po chwili napięcia wracamy na tor "córciu, zrobisz tak, jak sobie wymarzyłaś".
Chciałabym, żeby udzielili nam błogosławieństwa, ale zanim zaczniemy się ubierać. Do kościoła z hotelu pójdę pieszo, z tatą, a narzeczony zobaczy mnie przed ołtarzem. To chyba mieszanka tradycji, ale tak to sobie wymarzyłam. Oczepiny będą, mam nadzieje, ale to chyba muszę z DJem omówić. No właśnie - DJ, a nie zespół. Zamówiliśmy zespół najpierw, ale się rozmyśliłam. Połowa polskich gości nie zna polskiego, bałam się też, że jak zespół zaśpiewa w języku obcym, to każdy się zacznie zastanawiać jaki to język. Wiec wybrałam wersję "bezpieczna". Zamiast amerykańskiej 'rehersal dinner', bedzie
lunch poślubny, w stylu naszych poprawin.
Wiem, że zaproszenia będą niekonwencjonalne (zwykły "kartonik", kolorowy, zamówione na przez internet, z motywem jakiego szukaliśmy, zero gołąbków, serduszek, obrączek, zawijanej czcionki, organzym, itp). Wiem, że pewnie na stołach wylądują cudne bukiety tulipanów zamiast wymyślnych wiązanek. Wiem, że menu będzie "dziwne". Tata żartem kręci nosem, że schabowego nie będzie, mama zaś narzeka, że może goście by zjedli bigosu. Nie chce, żeby zabrzmiało to źle, bo zaproszone osoby są mi niezwykle bliskie, ale nie wyobrażam sobie organizowania wesela "pod gości". Dla mnie wyrazem tego szacunku, jest nie przestrzegania menu w stylu: 19
żurek, 23 schabowy, 2 nad ranem - sałatka jarzynowa, ale elastyczność szefa kuchni, który dla taty schabowego może zrobić, a dla teściowej poda danie wegetariańskie.
Chciałabym tez zaproszenia wręczyć osobiście, komu się da. To dla mnie ważny element tradycji, który bardzo spodobał się narzeczonemu. Oprócz tego oczepiny pewnie będą, ale już bez macania się po pępkach czy kolanach. Nie wiem tylko, czy rzucę welon czy bukiet.
Cieszę się ogromnie, że ci nasi najbliżsi, czyli
rodzice, nie wywierają żadnej presji. Myślę, że to jest przyczyną wielu stresów nowożeńców. Rodzice płacą, i wymagają. Nasi jakoś finansowo też coś dorzucą, ale zupełnie nie ingerują w nasze decyzje.
Chyba trochę zbyt chaotycznie się rozpłynęłam, ale pewnie to odda sens mojego obecnego stanu.
ps. na pytanie co chcemy na prezent, odpowiadamy - NIC. Your presence is a gift. Nie chcemy pieniędzy w kopertach - sama nie wiem skąd ten zwyczaj, ale wydaje mi się nie na miejscu. Bo z wielu przypadków wiem, ze później zaczynają się dyskusje typu "czy nam się zwróci", albo "ile wypada dąć?". Jeśli ktoś się naprawdę uprze, to ma to być cos małego, i najlepiej własnej roboty (bo mamy ograniczenie bagażu). Dziś przyjaciółka, jak jej to powiedziałam, to aż nie mogła uwierzyć, po czym podziękowała mi, ale nie za "zwolnienie" ja z tego (bo i tak wymyśli drobiazg), ale za postawę, mówiąc "dzięki tobie, odzyskuje wiarę w ludzi". I to mi wystarczy, za wszystko :)))))