Czytając doktora Google'a
Ziarenko
01.03.2010
, aktualizacja: 26.02.2010 13:26
Jestem chora na nieuleczalną przewlekłą chorobę. Powinnam pozostawać pod stałą opieką kilku lekarzy specjalistów, co nie znaczy, że pozostaję. Kolejki, limity, oczekiwanie. I ja, która próbuję poza chorobą żyć, studiować, realizować swoje marzenia
.
List
Przeczytałam felieton Kingi Dunin 'Leczyć się? U doktora Google'a!', gdy próbowałam dodzwonić się po raz tysięczny do jednej z poradni. Jak zwykle na ekranie telefonu pojawiał się napis: 'Numer zajęty'. Konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia nie oznacza, że potrzebujący dostaną w porę pomoc, tylko że mogą po nią ustawić się w kolejce i modlić się, że dożyją. Czytam i doświadczam.
Doktor Google. Chociaż tak go nie nazywam, leczę się u niego od kilkunastu już lat, a na horyzoncie nie widać zmian w polskiej służbie zdrowia. Leczę się u doktora Google'a nie dlatego, że lekarze nie informują mnie, nie wyjaśniają czy nie odpowiadają na moje pytania, ale dlatego, że polski system opieki zdrowotnej zbyt rzadko zapewnia mi możliwość takiego koniecznego spotkania. Są wyjątki, ale owe wyjątki to lekarze z powołania, którzy nie liczą czasu ani pieniędzy, którzy prawdziwie leczą. Mam nadzieję, że za niedługi czas w kraju nad Wisłą owa sytuacja się zmieni i nie będę oglądać 'Doktora House'a' z zazdrością, czytając jednocześnie porady dr. Google'a.