Jestem szczęśliwą żoną w związku sakramentalnym i nie uważam tego za przeżytek. Nie potępiam życia na kocią łapę, ale nie uważam, że tłumaczenie tego trendem jest argumentem za. W końcu nawet w najbardziej "trendy" szafie powinna znaleźć się ponadczasowa "mała czarna".
To nie trend, ale strach przed odpowiedzialnością za innych i za siebie. Żeby Broń Boże nie okazało się, że trzeba zaopiekować się w chorobie, pomóc schorowanym rodzicom, chcieć coś budować na lata, a nie w dniu dzisiejszym. Sztuka kompromisów i niedojrzałość. Dbanie tylko o swoje "ja" i wygodę. Miejsce tylko na psa lub kota, który absorbuje tylko 2-3 spacery w ciągu dnia i poza podrapaniem nie oczekuje wiele. Rozumiem, że ktoś może nie chcieć dzieci (tylko dlaczego moje dzieci mają zarabiać na ich emeryturę?). Jeśli jednocześnie odżegnuje się też od ślubu (nawet cywilnego), to pytanie: "Quo vadis"?
Jestem też mamą. Codziennie słyszę "mamuniu" z ust kochanej 2,5-latki i wierzę, że to cud i ogromny dar. Nie żałuję ani jednej chwili. Druga córeczka miała mniej niż 50% szans na przeżycie - straszna wada wrodzona. NIGDY nie przyszłoby mi do głowy żeby nie walczyć. Żyje, przeżyła operację i jest zdrowa. Dlaczego nikt głośno nie mówi, że aborcja to morderstwo (a nie wybór, jak to się lansuje?!). Zabawne (?), że nawet ktoś, kto nie zjadłby mięsa z kury (bo to zwierzę, które żyło), potrafi zdecydować się na aborcję. Wychowywanie dzieci to jak podróż w nieznane dla podróżnika. Ale i niesamowita odpowiedzialność za każdy czyn i słowo.
Święta. Jak wytłumaczyć dziecku (katolików), że to narodziny Jezusa, a nie Dzień Choinki, którą z zazdrości o prawo do świąt stawiają ci, którzy nie wiedzą nawet czym jest żłobek. Jak przekonać, że św. Mikołaj to nie przebieraniec kręcący się po każdym supermarkecie? Niełatwo, ale próbuję.
Jestem też pracownicą. Od 2,5 na wychowawczym i nikt nie ma o to pretensji. Czekają z otwartymi ramionami, bez nacisków. I wielu jest takich pracodawców. Nie zrezygnowałam z siebie i tzw. kariery. Wysiadłam z pociągu, bo jadę z przesiadką pt. "macierzyństwo". Ale wrócę i nadal będę świetna, bo tego nikt nie zakwestionuje. Zapracowałam sobie na to.
Jestem też siostrą geja z depresją. Toleruję, pomagam, wysłuchuję i walczę, by nie popadł w otchłań. I pytam- gdzie tolerancja w stosunku do mnie jako matki, żony, katoliczki, moich poglądów? Ci, którzy wymagają i oczekują jej - sami w zamian nie dają. I dlaczego Ci, którzy chcieliby wypisać się z państwa kościelnego nie wypiszą się sami z wolnych dni otrzymywanych za NASZE Święta Wielkanocne, Bożonarodzeniowe i inne? Czerpać tak łatwo, prawda?