Rok 2005
Szczęśliwi trzydziestolatkowie z Warszawy, wykształceni i stabilni finansowo, decydujemy się na dziecko. Pan doktor w prywatnej przychodni, gdzie mam firmowy abonament, nie umie odpowiedzieć na pytanie, jak przygotować się do ciąży. Czytam więc pisma kobiece i porady w Internecie, szczepię się na żółtaczkę, robię test na HIV, leczę zęby, łykam kwas foliowy i witaminy.
Rok 2006
Nadal nie jestem w ciąży. Ginekolog z tej samej przychodni ordynuje na oślep końskie dawki leku na pobudzenie owulacji. Jajniki bolą jak diabli, ciąży nadal nie ma. Trafiam do poradni leczenia niepłodności w renomowanym warszawskim szpitalu, nazwijmy go X. Doktor Iksińska na pierwszej wizycie straszy mnie in vitro. Doktor Iksowski warczy, żebym szybciej rozbierała się do USG jajników, w gabinecie, gdzie akurat sześć pielęgniarek ustala sobie grafik dyżurów. Warczy też podczas badania HSG (badanie drożności jajowodów, wlewa się do nich kontrast i robi zdjęcie RTG). Przerażona i ogłupiała nie umiem utrzymać nóg (szpital nie ma odpowiedniego fotela, pacjentka sama trzyma rozstawione szeroko kolana, leżąc na stole do RTG). Krzyczę z bólu podczas zabiegu, któremu przyglądają się stażyści, i który, jak się później dowiaduję, powinno się robić w znieczuleniu. Doktor Iksowicz, zresztą androlog, po jednym (!) USG monitorującym owulację decyduje o inseminacji, teraz, zaraz. Na moje pytania odpowiada: "Proszę pani, ja tu jestem tylko wziernikiem". Spanikowana, ale posłuszna, ściągam męża z pracy. Dzielnie oddaje nasienie w obskurnej toalecie. Jego plemniki zostają (na szczęście) przypadkowo zamordowane w laboratorium, więc nie ma czym inseminować. Wychodzimy upokorzeni i wstrząśnięci diagnozą całkowitej bezpłodności męża, która potem okaże się właśnie błędem laboranta. Płaczę. Postanawiamy zmienić szpital.
Trafiamy do drugiego renomowanego warszawskiego szpitala, nazwijmy go Y. Jest jakby lepiej, USG monitorujące owulację (dwie, trzy kolejne wizyty co miesiąc, i tak przez kilka kolejnych miesięcy) odbywa się rano, wizyta u lekarza oceniającego badanie zaraz potem, nie trzeba więc zwalniać się z pracy na cały dzień, jak w szpitalu X, gdzie lekarz przyjmuje dopiero w południe, jeśli się nie spóźni. Ale doktor Ygrekowicz, wykonujący dopochwowe USG, warczy, bo nie przyniosłam ze sobą prezerwatywy, którą nakłada się na wziernik. Warczy też bez powodu i badanie wykonuje tak, że boli. Czasem ma lepszy humor i dowcipkuje, ogólnie w tym sensie, że sam by nas wszystkie pozapładniał dużo szybciej niż nasi nieudani mężowie. Humorem prokreacyjnym częstuje mnie zresztą niemal każdy napotkany lekarz. USG psuje się średnio co trzeci miesiąc, innego aparatu nie ma, i wtedy trzeba czekać kilka tygodni do kolejnej owulacji.
W ten sposób spędzam ponad pół roku, siedząc miesiąc w miesiąc na tłocznym korytarzu przed gabinetem poradni. Wymieniamy z innymi zaprzyjaźnionymi już paniami informacje o śluzie, pęcherzykach, plemnikach i cenach w prywatnych gabinetach. Uśmiechamy się z pobłażaniem, my weteranki frontu prokreacyjnego, na widok panów, którzy sztywni z zażenowania czekają pod tym samym gabinetem na pierwszą wizytę u androloga. Przy okazji orientuję się, jaką jestem szczęściarą: bo mam blisko i nie muszę jak Zosia wstawać o piątej rano na pociąg, żeby zdążyć do szpitala, gdzie znów się dowiem, że pana doktora dziś nie ma. Bo nie muszę jak Krysia bać się szefa, który krzywo patrzy na to regularne zwalnianie się z pracy. Nie muszę tak jak Jola zapożyczać się u znajomych, żeby zapłacić 400 zł za kolejną inseminację w państwowym szpitalu, i jeszcze kryć się ze wszystkim przed rodziną. Albo tak jak Iwona przekonywać opornego męża, który nie wyobraża sobie masturbowania się w szpitalnej toalecie. Jestem uprzywilejowana, bo mam kochającego i cierpliwego męża, elastyczne godziny pracy, pieniądze i Internet. Drodzy wodzowie, prowadzący gdzieś na wzgórzu ideologiczne dyskusje: nie macie pojęcia, jak wielkiej determinacji, przemyślności, siły psychicznej i emocjonalnej, cierpliwości i odporności na upokorzenia wymaga od kobiety leczenie niepłodności w polskich warunkach.
Tymczasem, choć tacy uprzywilejowani, czujemy się z mężem jak dwa sfrustrowane króliki doświadczalne: liczymy płodne dni, uprawiamy seks na komendę, staramy się nie rozpaczać i nie obwiniać się nawzajem. I jak te króliki we mgle przedzieramy się przez gąszcz medycznej terminologii, nazw badań, schorzeń i hormonów. Szkolna wiedza nie wystarcza, żadnych broszurek nikt nam nie proponuje, pytania o książki traktowane są jak zamach na Świętą Kompetencję, poradników brak, choć podobno co czwarta para ma ten sam problem. Doktor Ygrekowski, prowadzący leczenie, poświęca na każdą wizytę nie więcej niż trzy minuty, zawsze się spieszy, czasem na korytarzu rzuci coś o stanie śluzu. Poradnia jest dla niego głównie źródłem klientek jego prywatnego gabinetu. Ale z wiadomości zaczerpniętych z Internetu orientuję się, że badania zleca generalnie sensowne, więc się temu poddaję.
Decydujemy się na inseminację, jedną, potem drugą. Pierwszy zabieg jest bolesny i upokarzający, żaden cud poczęcia, czuję się raczej jak zwierzę hodowlane. Muszę zostać jeszcze parę minut na fotelu ginekologicznym. Doktor Ygrekowski tymczasem wychodzi sobie, bez żadnych wyjaśnień zostawiając mnie gołą w otwartym gabinecie. Drugi zabieg jest mniej więcej taki sam, wykonuje go inny lekarz, który przy okazji stwierdza zaawansowaną grzybicę, przeoczoną przez doktora Ygrekowskiego. Inseminacja nie daje efektu. Mam dość. Zabieram z poradni swoją historię choroby, okazuje się plikiem nieczytelnych bazgrołów. Dojście do diagnozy "niepłodność idiopatyczna", czyli z niewiadomych przyczyn, zajęło służbie zdrowia i łącznie mniej więcej siedmiu lekarzom prawie dwa lata.
Jest już początek 2008
Zachodzę w ciążę naturalnie. Wielka radość, po kilku tygodniach diagnoza: puste jajo płodowe. "Nic z tego nie będzie, droga pani" - oznajmia pogodnie pan doktor tym razem w prywatnej przychodni. Jesteśmy zdruzgotani. Nikt mi nie wyjaśnia, jak wygląda łyżeczkowanie macicy, a pobyt na oddziale patologii ciąży szpitala Y to temat na kilka osobnych historii, dużo straszniejszych niż moja. Tymczasem w mediach szaleje debata na temat in vitro, osiągając takie wyżyny ideologiczno-politycznego absurdu i oderwania od rzeczywistości, że przecieram oczy ze zdumienia. Jestem zdumiona i rozgoryczona tym bardziej, że mnie, dorosłej kobiety, podatnika i pacjentki, obywatelki świeckiego wciąż państwa i niekatoliczki (co nie powinno mieć żadnego znaczenia), zupełnie w tej debacie nie ma. A prasa, zresztą z "Gazetą" na czele, choć w dobrych intencjach, z zapałem zapewnia darmową reklamę prywatnym klinikom, nie pisząc nic o stanie poradni leczenia niepłodności w państwowych placówkach. Z artykułów można też wyciągnąć wniosek, jakoby in vitro było jedynym i koniecznym dla wszystkich rozwiązaniem - tak nie jest, problemom wielu par można zaradzić stosunkowo prostą diagnostyką i leczeniem. Ale muszą mieć do niego łatwy dostęp w ramach ubezpieczenia, a żeby było skuteczne, musi być prowadzone starannie i kompetentnie, nie mówiąc o poszanowaniu podstawowej godności i intymności. Jeśli tak wygląda w dwóch dobrych stołecznych szpitalach, jak wygląda gdzie indziej?
Jesień 2008
Na myśl o powrocie do państwowej poradni robi mi się zimno. Decydujemy się na wizytę w renomowanej prywatnej klinice leczenia niepłodności, nazwijmy ją Z. Czysto, ślicznie, estetycznie, drogo, ale mówi się trudno. Miła pani doktor Zetowska wylewa z siebie potok gładkiej marketingowej nowomowy, z którego wynika niezbicie, że in vitro w klinice Z jest najlepszą rzeczą, jaką możemy zrobić, właściwie lepszą, bezpieczniejszą i skuteczniejszą niż zapłodnienie drogą naturalną. Ponieważ jednak nie palimy się do całej tej procedury, proponuje różne badania, jedno nawet robimy. Wyniki znów są złe. Doktor Zetowska proponuje kolejne badania, ale nie pomoc psychologiczną, a ja prawie płaczę w gabinecie. Mam depresję i nie nadaję się do dalszej walki na froncie prokreacji. Zamiast na kolejną wizytę do kliniki Z, idę do psychiatry, a potem na psychoterapię. Oczywiście prywatnie, na szczęście stać mnie na to.
Rok 2009
Wróciłam do równowagi, ale na prokreacyjny front nie mam ochoty wracać. Tylko że straciłam w ten sposób prawie cztery lata, a zegar tyka, droga pani, i warto by załatwić tę sprawę, jak powiedział przy innej okazji doktor Q. Jeszcze nie wiem, co zrobię. Na razie hodujemy koty.