Były dobrowolne, tzn. na zebraniu wychowawczyni poinformowała rodziców, że ich pociechy mają szansę uczestniczyć w wychowaniu do życia w rodzinie, ale jeśli ktoś nie wyraża zgody na to, by dziecko chodziło, wystarczy napisać to na karteczce i przynieść do szkoły.
Prowadziła je kobieta. Mówiła do nas, jak automat. Wykuła na pamięć kilka definicji, z których nie rozumiałam wszystkich słów, ale wstydziłam się o tym powiedzieć, bo myślałam, że tylko ja jestem z domu, w którym ciało i seks jest tematem tabu. Było o codziennej higienie, o tym, że nie można traktować seksu jak zabawy, o budowie męskiego i kobiecego ciała i aborcji - której, rzecz jasna, broń Boże dokonywać!!! Żadnej dyskusji, swobodnych rozmów, żadnej refleksji. Nic o rolach kobiet i mężczyzn we współczesnym świecie, o tym, jaką antykoncepcję wybrać (o prezerwatywach mówiła poprzez pryzmat chorób wenerycznych). Na przedostatnich zajęciach można było napisać anonimowo na karteczkach pytania, na które nasza pani specjalistka miała odpowiedzieć na ostatnim spotkaniu. Kilka osób pisało, więc ja też czułam, że muszę. Nie mogłam nic wymyślić. Nie wiem, czy dlatego, że wydawało mi się, że wszystko wiem, czy się wstydziłam. Nie pamiętam, co napisałam.
Podsumowując: poziom zajęć był fatalny. Dla mnie były straconym czasem. Sądzę, że osoba, która prowadzi tego rodzaju zajęcia poza tym, że powinna być fachowcem w swojej dziedzinie, musi być także otwarta, umieć wzbudzić chęć do dyskusji, potrafić wysłuchać innych.
Wychowanie seksualne powinno być traktowane tak samo, jak język polski czy
matematyka. Każdy z nas ma przecież ciało i powinien je rozumieć. Mam wrażenie, że seksualność i emocje człowieka nadal traktowane są w naszym kraju, jak coś oczywistego, ze zrozumieniem czego ludzie się po prostu rodzą i nie trzeba o tym mówić, nauczać. Szkoda.