Jestem młodą kobietą. Pochodzę z niewielkiego miasteczka na Dolnym Śląsku, miałam szczęśliwe dzieciństwo. Zawsze chadzałam własnymi ścieżkami i nigdy moi rodzice nie mieli kłopotów z zaakceptowaniem tego. Życie zmieniło się w jednym, na pozór zwyczajnym dniu, kiedy mój tato został zdiagnozowany - rak płuc. 'Bez żadnych szans' - tę drugą część usłyszała już tylko mama. Od tego dnia odgrywałam tragiczną farsę pt. 'Wszystko będzie dobrze, tato'. Walczył dzielnie przez dziewięć miesięcy. Aparatu tlenowego użył może z cztery razy w końcowym stadium choroby, ja za to codziennie budziłam się z poczuciem, że zaczynam kolejny dzień walki o jego uśmiech, pogawędkę, która może być ostatnią. Mama tytan pozornie bez problemu godziła opiekę nad nim z pracą, ktoś musiał przecież pracować, żeby widział, że wszystko jest normalnie. Do dziś dziwi mnie, skąd brała na to siły. Pomagali nieliczni. Wiadomo - rak niczym A/H1N1 przenosi się drogą kropelkową, a właściwie od samego patrzenia można się nim zarazić. Ojciec zmarł z piątku na sobotę, trzymałyśmy go za rękę.
Przez pierwsze miesiące udawałam cholernie dzielną. Okłamywałam siebie, że tamta noc była złym koszmarem, a tata... po prostu wyjechał w kolejną delegację i kiedyś wróci.
Po pół roku, kiedy w kieszeni miałam maturę, przyszła ona - szarobura depresja. Nie potrafiłam jeść, spać. Uciekłam od ludzi. Przestałam czytać. Nie słuchałam muzyki. Był przy mnie chłopak poznany dwa miesiące po tym, jak zabrakło taty. Trwał u mego boku, pomagał i ciągle czekał. Myślałam, że na lepsze jutro. Kiedy poszłam na studia i w wielkim mieście zachowywałam się jak małe bezradne dziecko, on nadal czekał. Zaczęłam działać. Psycholog, nowe leki, trening jogi, wyjścia do ludzi. On czekał, ale jakby mniej. Po dwóch latach podniosłam się. Życie zaczęło mi smakować, tata wrócił w dobrych wspomnieniach, mama stała się najlepszą przyjaciółką. A on przyszedł i powiedział, że to koniec, że już nie czeka.
Nowa rola - partnera szczęśliwej kobiety - przestała mu odpowiadać. Wolał tamtą mnie, która dawno odeszła w przeszłość. Odkrył, że ja potrafię cieszyć się najmniejszą rzeczą, że znów chadzam swoimi ścieżkami, mam przyjaciół, serce pełne miłości i cierpię znacznie rzadziej.
Ja: realizuję się w życiu, idę do przodu, choć bywa trudno. Znowu marzę i się śmieję.
On: chodzi ze spuszczoną głową, zgnuśniały, bez życia, tkwi w kolejnym związku wyglądającym podobnie do naszego.
Czy triumfuję?
Nie.
Olga Tokarczuk napisała kiedyś: 'Człowiek cierpi z powodu przeszłości i cierpienie to przenosi w przyszłość. W ten sposób tworzy się rozpacz'. Moja rozpacz została w przeszłości, przede mną przyszłość. Wolę zapełnić ją czymś innym.