Rachunek: 80 osób, najbliższa rodzina - 13 tys. 600 zł. 80 butelek wódki - 1280 zł, kolega załatwił po cenie hurtowej. Tort - 300 zł, koniecznie piętrowy z lukrową parą na szczycie. Zespół czterech grajków - 1200 zł. Suknia: wypożyczenie 1200 zł, choć były tańsze, jednak z argumentem 'bo mi się podoba' się nie dyskutuje, do tego weloniki, rękawiczki, buciki z cekinami i żakardem 'znowu misiowi się podobały', falbanki - 500 zł. Strój dla pana młodego - 1000 zł. Kwiaciarka uplotła bukiet i przystroiła samochód, fryzjerka i kosmetyczka, rozsyłanie zaproszeń, no i fotograf, bez zdjęć po weselnym urlopie do pracy wrócić nie wolno, sprawy urzędowe, ofiara dla księdza - jakieś 1800 zł. Razem około 21 tys.
Podejmując decyzję o ślubie, nie podejrzewaliśmy, że wspólne życie zacznie się od kłopotów, że najbliższe osoby będą kładły kłody pod nogi na drodze do szczęścia tylko dlatego, że widzieliśmy je w innych barwach niż powszechnie zostały przyjęte. Małżeństwo bez wódki i rzucania welonem można swobodnie uznać za nieważne. Nie chciałam, żeby przekładanie jajek przez nogawki i krocze mojego przyszłego męża stało się momentem symbolizującym początek naszego wspólnego życia. Nie byłam gotowa na wystawianie kolana, które mój wybranek miałby rozpoznać z zawiązanymi oczami wśród pół tuzina innych kolan, co miałoby stanowić gwarancję jego oddania, a mojej wyjątkowości chyba anatomicznej.
Na deklarację, że wesela nie będzie, członkowie naszych rodzin reagowali nerwowo, czekali na hasło 'to tylko żart'. Spoglądaliśmy na siebie, zadając głuche pytania: czy chodzi o wódkę i wesele, czy o nasz sakrament? A co ludzie powiedzą? Nie chcesz sobie potańczyć z wujem Władkiem? A suknia? Twoja kuzynka miała takie piękne wesele! (Tak, jedna z kuzynek miała nawet dwa!) Dla rodziców wydanie córki nie było tylko ceremoniałem. Dla taty spacer do ołtarza z pierworodną córką to moment, o którym marzył od moich 18. urodzin. Mama wizję tego wydarzenia snuła, jeszcze zanim przyszłam na świat. Teściowie małżeństwo syna uznali za dobry moment przepisania na nas części posiadłości. Towarzyszyło nam nieodparte wrażenie, że ślub to nie przysięga, ale podpisanie umowy, które załatwi wiele spraw, też naszych rodziców. Napięcie rosło - nie tylko między nami a rodziną, ale również między nami, małżonkami. Nawet słońce świeciło jakby słabiej.
Wesela nie było. Mieliśmy wybór. Zrezygnować z siebie, wbić się w sztywne stroje i zabawiać upitych gości. Postanowiliśmy przyjąć sakrament w ciszy i skromnej atmosferze, w kościele byli rodzice i nasi przyjaciele, kilka osób z dalszej rodziny. Dochowaliśmy wierności swoim postanowieniom. Później przekonaliśmy się, że to jedna z tych sytuacji, które określa się mianem 'bez wyjścia'. Każda decyzja raniłaby czyjeś uczucia. Rodzice zawsze oferowali nam gotowość do pomocy, ale po ślubie przyjęli postawę absolutnego niewtrącania się w nasze sprawy, co było tożsame z częściowym brakiem zainteresowania z ich strony. Teraz, trzy lata po ślubie, rodzice po prostu częściowo zapomnieli, bo na wybaczenie musimy jeszcze trochę poczekać.